Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Pan jest psychopatą! A ja... piszę sobie dalej jakby nic czego dowodem jest ten wątek "fiersze niefszystkie". No to limeryczek na rozchodne. Pa pa


Był taki kretyn w Krzywym Kole,
co mózg miał po kurze w rosole.
Na pierwszy oka rzut -
to nawet myślał ciut
nad tym, komu zasrać dziś pole?
  • Odpowiedzi 62
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Pan jest psychopatą! A ja... piszę sobie dalej jakby nic czego dowodem jest ten wątek "fiersze niefszystkie". No to limeryczek na rozchodne. Pa pa


Był taki kretyn w Krzywym Kole,
co mózg miał po kurze w rosole.
Na pierwszy oka rzut -
to nawet myślał ciut
nad tym, komu zasrać dziś pole?

Zrobił pan kolejną kupę.
Pan jest największy kupowpis wszech czasów.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Pan jest psychopatą! A ja... piszę sobie dalej jakby nic czego dowodem jest ten wątek "fiersze niefszystkie". No to limeryczek na rozchodne. Pa pa


Był taki kretyn w Krzywym Kole,
co mózg miał po kurze w rosole.
Na pierwszy oka rzut -
to nawet myślał ciut
nad tym, komu zasrać dziś pole?

Zrobił pan kolejną kupę.
Pan jest największy kupowpis wszech czasów.

Pan nie ma pojęcia o żadnej formie. Napisał pan kiedyś jakiś sonet, limeryk, villanellę, sestynę, haiku?
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Zrobił pan kolejną kupę.
Pan jest największy kupowpis wszech czasów.

Pan nie ma pojęcia o żadnej formie. Napisał pan kiedyś jakiś sonet, limeryk, villanellę, sestynę, haiku?

Czterdzieści tysięcy milionów.
A pan coś w życiu napisał oprócz bredni?
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Właśnie zerknąłem do haiku - próbował pan 2 razy:
1. Pominięci
2. Skandal

Już tytuły mówią same za siebie. Reszta wyraża toporność. Pa pa.. ja nie żartuję - odczep się wreszcie ode mnie namole jeden. Chcesz tu być to komentuj a jak nie to spadaj.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Właśnie zerknąłem do haiku - próbował pan 2 razy:
1. Pominięci
2. Skandal

Już tytuły mówią same za siebie. Reszta wyraża toporność. Pa pa.. ja nie żartuję - odczep się wreszcie ode mnie namole jeden. Chcesz tu być to komentuj a jak nie to spadaj.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Właśnie zerknąłem do haiku - próbował pan 2 razy:
1. Pominięci
2. Skandal

Już tytuły mówią same za siebie. Reszta wyraża toporność. Pa pa.. ja nie żartuję - odczep się wreszcie ode mnie namole jeden. Chcesz tu być to komentuj a jak nie to spadaj.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Właśnie zerknąłem do haiku - próbował pan 2 razy:
1. Pominięci
2. Skandal

Już tytuły mówią same za siebie. Reszta wyraża toporność. Pa pa.. ja nie żartuję - odczep się wreszcie ode mnie namole jeden. Chcesz tu być to komentuj a jak nie to spadaj.

Nie, żarciki za żarciki, panie wesoły.
I naucz się pan wreszcie kultury, do diabła, to nie chlew. Kto pana wychowywał?
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Pan Krzywak, pan Oyey. Jestem tu dopiero od kilku dni a jusz sporo śie naóczyłem gomby kohane!!!! papa niemyśl rze to zafieszenie broni i tera ćie pszytule!!! wole??? jusz jak pies ma sraczke to pszynajmniej hwilofe czego niespociefam śie po namole!!!... bosz... to śiem rymnęło mi bende poetom jak kszyfak!!!!!!!
Opublikowano

Wybitny ortografie, wybitny poeto, wstałem rano i chciałem poczytać moje ulubione haiku, a tu czysto. Brawo. Oby tak dalej, nie pisząc tutaj nic rzeczywiście będziesz synku znośny.
A skąd tam "Oxyvia kupowpis" się znalazła?
I skąd znajomość z kolejnym hipokrytą i obłudnikiem BB? Wyleciał za chamstwo, tak jak ty wylecisz.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Zamieszczone "haiku" to był koń trojański, taki sam jak Ulisses i również mający na celu spowodowanie ataku oszołomów. Okazało się, że na haiku są wartościowi poeci.
Pisząc haku trzeba naprawdę potrafić myśleć, a nie: robak to, robak tamto, jestem robakiem bo mam pancerz. Klepu klepu, patataj. Za to w tym wątku przecież masz kilka miniatur. Rozumiesz to w ogóle?:

czerwone światło -
słońce wśród jętek
w wodzie

Pokaż się raz jako komentator, wysil wyobraźnię - to dobrze robi na jaja.
Przy okazji wkleję Ulissesesa II bo tam zaraz wszystko skasuje Oyey:


Ulisses II

Nie interesuje mnie, jak ten, czy ów patrzy na mój image. Kaleczyć język da się różnie. Ulisses Analfabeta jest przykładem dla debili, którym trzeba wyraźnych argumentów i nie są w stanie złapać bardziej delikatnych kreacji. Jak ta, której ramówkę pisze właśnie Ulisses II - Szykanujący. Szykanujący, gdyż taki styl pisania jest na dłuższą metę bardziej niemiły, a na szerszą skalę wręcz zabójczy dla języka. Czemu więc użyłem w walce z ciemniakami najpierw Ulissesa Analfabetę? Jest niewątpliwy, widzialny nawet dla słabszych na umyśle pieniaczy i gburów, którzy chamstwem próbują zatrzeć różnice intelektualne. W przypadku Ulissesa II nawet by się nie kapnęli, jak bezczelnie kaleczę ten sam język i trzeba im tłumaczyć Ulissesem I:

szczałeczka -------------------------------> kociofwiki mordki zapienione i cuchnące fakaliom liżince sfoje dupki!!!! nie sochajcta tego Uulissesa Dfa on nie umie pisać litery „o” !!!!! to analwfabeta szkalujący polski ??? jenzyk gorzy nafet od krzyfaka bo ten ma chociaż program do sprafdnia pisowni i słucha się go fe fszystkih pszypadkah jak matki.... bana???? bana mu jak jusz fiecie o co chodzi… do irakó z nim tam niech nasz kaleczy jeznyk o pola minofe!!! on nas okrada z ooooooooooooooooooooooooooooooooooo!!!!!
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Wytęż choć raz swój rozumek: czytałem komentarz do jakiegoś wiersza Barka na "Nieszufladzie" i padło w nim pytanie: "czy jesteś może tym Bartkiem z "poezja.org"?
Resztę znalazłem sam, w Googlach. Nie zmawiam się jak gnojek z innymi, tylko sam próbuję rozwiązywać swoje problemy.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Wytęż choć raz swój rozumek: czytałem komentarz do jakiegoś wiersza Barka na "Nieszufladzie" i padło w nim pytanie: "czy jesteś może tym Bartkiem z "poezja.org"?
Resztę znalazłem sam, w Googlach. Nie zmawiam się jak gnojek z innymi, tylko sam próbuję rozwiązywać swoje problemy.

A mnie się wydaje, że to ty. Metody dokładnie takie same: najpierw zaczynacie zaczepiać innych, potem udajecie pokrzywdzonych,wreszcie kłamiecie i na koniec udajecie, że to wam się stała krzywda.
I wreszcie zauważ - nikt cię tu nie chce, a nawet zauważ, ze jesteś na tyle mierny, że nie chce mi się z tobą dyskutować tam, gdzie wpisujesz te swoje brednie. Tutaj, w tym wątku- sraczu jak najbardziej mozna.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Tak, zasrałaeś ten wątek jak wcześniej zasrywałeś wątki innych. Nareszcie zajarzyłeś.
Jakim prawem urządzasz sobie chamskie polemiki pod wierszami innych? Spadaj trolu!
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Tak, zasrałaeś ten wątek jak wcześniej zasrywałeś wątki innych. Nareszcie zajarzyłeś.
Jakim prawem urządzasz sobie chamskie polemiki pod wierszami innych? Spadaj trolu!

Policzyłem - do tej pory umieściłeś tu 15 komentarzy pełnych jadu, wyzwisk i ani jednej uwagi technicznej dotyczącej sonetu, limeryka, miniaturki. W innych wątkach co chwila powołujesz się na znajomości z innymi tutaj, a zażyłość ma służyć tolerowaniu chama! Obrażasz kobiety, bo ośmielą się mieć swoje zdanie, czy swoją też tak traktujesz w domu?
Jak można w ogóle tolerować takie zachowanie? I łudzisz się, że ktoś będzie tu chciał pisać
zamiast robić sobie jaja z chamstwa i kretyństwa?
popioerdoło pszeliczyłeś śie dzieki tobie takie mniejsca lódzie mondrzy majom w dópie dopóki tó bendziesz to jak??by świnia sidziała w kinie i pal liho sakończenie filmu.... tczeba óciekać bo śmierdzi!!!
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Tak, zasrałaeś ten wątek jak wcześniej zasrywałeś wątki innych. Nareszcie zajarzyłeś.
Jakim prawem urządzasz sobie chamskie polemiki pod wierszami innych? Spadaj trolu!

Policzyłem - do tej pory umieściłeś tu 15 komentarzy pełnych jadu, wyzwisk i ani jednej uwagi technicznej dotyczącej sonetu, limeryka, miniaturki. W innych wątkach co chwila powołujesz się na znajomości z innymi tutaj, a zażyłość ma służyć tolerowaniu chama! Obrażasz kobiety, bo ośmielą się mieć swoje zdanie, czy swoją też tak traktujesz w domu?
Jak można w ogóle tolerować takie zachowanie? I łudzisz się, że ktoś będzie tu chciał pisać
zamiast robić sobie jaja z chamstwa i kretyństwa?
popioerdoło pszeliczyłeś śie dzieki tobie takie mniejsca lódzie mondrzy majom w dópie dopóki tó bendziesz to jak??by świnia sidziała w kinie i pal liho sakończenie filmu.... tczeba óciekać bo śmierdzi!!!

Nie pisuje na teksty jawnie łamiące regulamin poezji org.
Co do reszty, to z klonem nie chce mi się już gadać. Pohulałeś już swoje,.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



17 wątek trola który nic nie ma do powiedzenia poza ordynarnymi zalotami.

Czekam na termin.
Mam nadzieje że doszło, co miało dojść?
Jak sobie myślisz, synku, że możesz bezkarnie bluzgać, to się przeliczyłeś.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje  tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu  rozkazów jakie mu przekazano.   Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny,  mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku.   Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie  zuchwale po ramieniu.   Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć  ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła,  którego nie potrafiłby zgładzić  ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki  i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie.  Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie  posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek  za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda  na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać  przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin.   Uścisnął mi rękę i prawie siłą  wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista  wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci.    Kierowca rzucił okiem za siebie  i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata.   Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej  bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem  na enkawudzistę    Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi.   Enkawudzista machnął tylko ręką.   Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś  prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami.   I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek  z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca,  głaskał kota,  który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot  byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym  co powinno się zrobić  i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz,  którego nie mogłem zlekceważyć.   Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa  łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady  duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy  i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą  w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki  i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie  Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko  chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć.   Kierowca jechał bardzo ostrożnie  a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie  nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane  starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi.     Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku  od narzuconego brezentu  Mówi Wam coś nazwisko Levenstern?  Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda?   Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi  a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt!   Skąd o nim wiecie, Żerebcow?  Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego?   Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny...  a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody.   Kontynuował literat  z tym samym niepokojącym spokojem,  jakby czytał nekrolog w porannej gazecie.   Zastrzeliliście go dokładnie tam,  dokąd mnie teraz zabieracie.  Widzę go, Lejtnancie.  Stoi tam i czeka na towarzystwo.     Poczułem, jak pot spływa mi po karku,  mimo dojmującego mrozu.  Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem.   Nawet jeśli, Żerebcow...  to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance.   Uciąłem brutalnie,  odzyskując na moment pewność siebie.    Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow  jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle.   Był ostatni.  Szepnął radośnie.  Gładząc się po skołtunionych włosach.   Będzie ostatni.  Odpowiedział trzeci głos.   Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa,  ani tym bardziej, przerażonego kierowcy.  To był dźwięk niski, chropowaty,  wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca.  To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera.   Kocur zdawał się spać,  pogrążony w błogim spokoju,  ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko.  Było złote, głębokie  i pełne nieludzkiej wiedzy.  Kot nagle puścił do mnie oczko  a na jego pyszczku wykwitł  ten sam podle ludzki uśmiech,  który zwiastował koniec pewnego świata.    Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca,  ale jego głos utonął w wyciu silnika,  który nagle wszedł  na nienaturalnie wysokie obroty,  jakby chciał uciec  z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko,  mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni…   Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii  a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę  i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się,  że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot,  jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać,  lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny  a zarazem głęboko niezwykły.   Wreszcie ciężarówka wykonała  ostatnie półkole wokół,  wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy  i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali  i oklepywali ciała,  zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać.   Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się  z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się  zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one.   To moja mogiła lejtnancie?  Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie.   Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana,  nachylił się i zawołał do ciemni.   Levenstern przyjacielu,  za chwilę będziesz miał towarzystwo.   Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego  i brutalnie popchnęli go  nad samą krawędź,  skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet.   Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę  a my dokończymy jeśli będzie trzeba.  Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany  zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić  razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie.   Wyciągnąłem pistolet.  Moja dłoń, dotąd tak karna  i posłuszna systemowi,  drżała w sposób haniebny.  Nie z powodu mrozu.  Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą,  paraliżując każdy nerw.  Spojrzałem na Żerebcowa.  Zgarbiony, spokojny,  z tym samym  błogim uśmiechem małego chłopca,  czekał na uderzenie ołowiu.   Podniosłem broń.  Wycelowałem w potylicę studenta.  Świat wokół zamarł.  Czas przestał biec do przodu,  a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi,  a ciało poety runęło bezwładnie  w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły  jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion.   A potem nastał poranek. Mgła przedświtu,  gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której  nie pozostawiono tylko ciała literata  w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny  czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także,  drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy  nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą.  Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota  mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył  a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę  w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników  przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem  pośród zwalonych pni.  Gdy żołnierze wysiedli z wozu,  nienaturalna cisza lasu  sparaliżowała ich kroki.     Nad otwartą, czarną mogiłą  stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow,  nienagannie młody,  z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa,  trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie  nie było śladu krwi,  a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół,  do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu,  pośród grud zmarzliny,  spoczywało ciało lejtnanta.  Jego oczy były szeroko otwarte,  wybałuszone w ostatecznym,  pośmiertnym zdziwieniu,  a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam,  gdzie kilka godzin wcześniej  miał spocząć poeta.   Żołnierze zamarli na linii drzew,  niezdolni do oddania choćby  jednego strzału z pepesz.  Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa  i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak  pomruk nienasyconego pieca.   Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę  dla godnej pożałowania sprawy.   A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął,  po czym obaj odwrócili się plecami  do armii straceńców  i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem  w gęstniejącą mgłę tajgi.   Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają  gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.      
    • wiosną koniku wio sną niech wstają ptaszki chcą paszki a może jest morze i rosa i maj i rosną watry wiwaty i wiatry i mają się dobrze kwiaty i krople dżdżu wyłażą dżdżownice i rośnie radośnie tak ona i on jak ja i ty w deszczową toń „Jeśli deszcze w maju, wszystko rośnie jak w gaju” 
    • @Stukacz, @Berenika97, @viola arvensis, @violetta, @Poet Ka  dziękuję bardzo
    • @viola arvensis dziękuję
    • @viola arvensis dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...