Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ten narcyzm mnie przeraża, ta megalomania mnie odstręcza, weź sobie wyobraź, że nie jesteś jedynym guru na świecie i że komuś może się robić niedobrze jak czyta takie samochwały. A jak wiemy - samochwała w kącie stała.

PS1- a na jakie konkursy posłeś? Może też sobie pójdę.
PS2 - kto "cymbał"? Daj tekst, daj ocenę krytyków, ich nazwiska to wtedy zobaczymy, czy cymbał (literacki, rzecz jasna).

Wiedzę, że czerwona płachta na byka ciągle działa :) To nie narcyzm - czy to, że zostawia się z tyłu
ponad tysiąc zestawów wierszy jest ujmą, czymś z czego potem trzeba się tłumaczyć gęsto?
Nazwiskami profesorów mam sypać? Po co... nie jestem narcyzem :)
Natomiast sam nim jesteś - takie ciągłe hukanie na tego i tamtego przestraszonego adepta arkanów sztuki poetyckiej: gniot! Gniot! GNIOT! to nic innego, jak podbudowywanie własnej,
z tego wynika, że dla samego siebie wątpliwej wartości. To kopanie słabszego, leżącego
na ziemi przeciwka, żeby czasem nie ustał na nogach i nie urósł kiedyś w siłę,
nie przewyższył starszego (w tym przypadku tylko stażem poetyckim, bo na pewno nie talentem) napastnika.
Jak znam takie charaktery - sam nie raz już wysyłałes tu i ówdzie jakieś gnioty na konkursy,
choćby te w Kaczych Dołach i skopali tyłek, dlatego teraz czerpiesz satysfakcję
z dokładania innym. Można mieć pretensje do Moderatora, a nie tych, którzy
dopiero próbują tu swoich sił. Skąd wiesz, że są zarozumiali? Może nie potrafią ocenić
wartości tego co piszą. Jeszcze! Nie na nich krzycz, tak jak nie krzyczy się na dzieci,
że są dziećmi i nie wiedzą co robią bawiąc się w egzekucję Sadama Husajna.
Krzycz na tych, którzy im ją pokazali, tak jak tym co piszą tutaj
wiele razy ten i ów pokazał w tym dziale, jak pisze się Wiersze.


Pozdrawiam.

Po pierwsze - oczywiście, że chcę nazwiska i teksty, żeby mieć podstawy do dyskusji na temat Twoich prestiżowych konkursów.

Po drugie - o ile nie wiesz, to Ci przypomnę - to forum ma 3 poziomy, ten jest umownie najwyższy, zatem adepci, którzy nie grzeszą skromnością i tutaj wklepują to, co ja uważam za gniota, dostają takie recenzje. To jest proste jak budowa cepa. I wreszcie - nie czuję potrzeba szukania przyjaźni stylem dupowłaza, bo tego nie lubię i nie będę wypisywał debilizmów tylko dlatego, żeby mnie jakiś adept polubił - vide Twoje dokonania i zalewanie landrynkami to forum. Mnie jest mdło i póki tak będzie, tak będę pisał.

Po trzecie - Twoja znajomość charakterów (jak i krytyki) jest zerowa - jedyne konkursy w których uczestniczyłem, są tylko tutaj, na orgu. Na pytanie, czy gdzieś drukuje, to nie będę jak małpa z gołą dupą latał i pisał: "mam, mam", bo to na tym gruncie to jest też nieważne. Szacun wynika z tego, co tutaj piszę, a nie, co o mnie sądzi znajomy wujek profesor hab. Kura.

Po czwarte - jak czujesz potrzebę opiekowania się adeptami, Twoja wola, lecz póki będziesz wcinał się w moje posty pisząc głupoty, na które nie potrafisz odpowiedzieć, to jednak się zastanów, czy warto - po co sobie psuć nerwy. Masz prawo, oczywiście, ale jak na razie to kompromitacja. Zresztą tak ja ja mogę być "złym wujkiem", ty możesz być tym dobrym.

Po piąte - pretensji do moderatora nie można mieć, bo go nie ma. Można natomiast mieć pretensje do tych, którzy nie czytają, co i gdzie wklejają. Oczywiście taki adept po Twojej opinii pomyśli, że piszę doskonale i wtedy poczuje się głupio, chociaż z tego, co widzę, takim adeptom to nie przeszkadza. Na razie.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Wiedzę, że czerwona płachta na byka ciągle działa :) To nie narcyzm - czy to, że zostawia się z tyłu
ponad tysiąc zestawów wierszy jest ujmą, czymś z czego potem trzeba się tłumaczyć gęsto?
Nazwiskami profesorów mam sypać? Po co... nie jestem narcyzem :)
Natomiast sam nim jesteś - takie ciągłe hukanie na tego i tamtego przestraszonego adepta arkanów sztuki poetyckiej: gniot! Gniot! GNIOT! to nic innego, jak podbudowywanie własnej,
z tego wynika, że dla samego siebie wątpliwej wartości. To kopanie słabszego, leżącego
na ziemi przeciwka, żeby czasem nie ustał na nogach i nie urósł kiedyś w siłę,
nie przewyższył starszego (w tym przypadku tylko stażem poetyckim, bo na pewno nie talentem) napastnika.
Jak znam takie charaktery - sam nie raz już wysyłałes tu i ówdzie jakieś gnioty na konkursy,
choćby te w Kaczych Dołach i skopali tyłek, dlatego teraz czerpiesz satysfakcję
z dokładania innym. Można mieć pretensje do Moderatora, a nie tych, którzy
dopiero próbują tu swoich sił. Skąd wiesz, że są zarozumiali? Może nie potrafią ocenić
wartości tego co piszą. Jeszcze! Nie na nich krzycz, tak jak nie krzyczy się na dzieci,
że są dziećmi i nie wiedzą co robią bawiąc się w egzekucję Sadama Husajna.
Krzycz na tych, którzy im ją pokazali, tak jak tym co piszą tutaj
wiele razy ten i ów pokazał w tym dziale, jak pisze się Wiersze.


Pozdrawiam.

Po pierwsze - oczywiście, że chcę nazwiska i teksty, żeby mieć podstawy do dyskusji na temat Twoich prestiżowych konkursów.

Po drugie - o ile nie wiesz, to Ci przypomnę - to forum ma 3 poziomy, ten jest umownie najwyższy, zatem adepci, którzy nie grzeszą skromnością i tutaj wklepują to, co ja uważam za gniota, dostają takie recenzje. To jest proste jak budowa cepa. I wreszcie - nie czuję potrzeba szukania przyjaźni stylem dupowłaza, bo tego nie lubię i nie będę wypisywał debilizmów tylko dlatego, żeby mnie jakiś adept polubił - vide Twoje dokonania i zalewanie landrynkami to forum. Mnie jest mdło i póki tak będzie, tak będę pisał.

Po trzecie - Twoja znajomość charakterów (jak i krytyki) jest zerowa - jedyne konkursy w których uczestniczyłem, są tylko tutaj, na orgu. Na pytanie, czy gdzieś drukuje, to nie będę jak małpa z gołą dupą latał i pisał: "mam, mam", bo to na tym gruncie to jest też nieważne. Szacun wynika z tego, co tutaj piszę, a nie, co o mnie sądzi znajomy wujek profesor hab. Kura.

Po czwarte - jak czujesz potrzebę opiekowania się adeptami, Twoja wola, lecz póki będziesz wcinał się w moje posty pisząc głupoty, na które nie potrafisz odpowiedzieć, to jednak się zastanów, czy warto - po co sobie psuć nerwy. Masz prawo, oczywiście, ale jak na razie to kompromitacja. Zresztą tak ja ja mogę być "złym wujkiem", ty możesz być tym dobrym.

Po piąte - pretensji do moderatora nie można mieć, bo go nie ma. Można natomiast mieć pretensje do tych, którzy nie czytają, co i gdzie wklejają. Oczywiście taki adept po Twojej opinii pomyśli, że piszę doskonale i wtedy poczuje się głupio, chociaż z tego, co widzę, takim adeptom to nie przeszkadza. Na razie.


Ja tutaj wchodzę, a tu wojna na dwa fronty!!!
czy mugę wyjść!
Opublikowano

Tomaszu Romanie
Ale tutaj (oprócz wojny) nadal jest wiersz i zapraszam do komentowania

W męskie potyczki się nie mieszam bo Panowie przy najbliższej okazji i tak pewnie pójdą na piwo :))

Przy okazji pozdrawiam Sylwestera Lasotę i dziękuję za komentarz.
Dziękuję również wszystkim, którzy zechcieli tu zajrzeć.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Taaa... to z iloma stąd choćby pijałaś, bo ja jeszcze z nikim.
Pod tym względem też robisz z gęby cholewę.

Pozdrawiam.

Ale ja nie jestem kobietą, tylko, że tak powiem, mężczyzną, zaklep to sobie, chyba, ze swoim zwyczajem piszesz myśląc o czymś zupełnie innym

A czy się pijało? No bez zdziwa, bez zdziwa...
Że ty nie pijałeś - to mnie nie dziwi:)))))
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ale ja nie jestem kobietą, tylko, że tak powiem, mężczyzną, zaklep to sobie, chyba, ze swoim zwyczajem piszesz myśląc o czymś zupełnie innym

A czy się pijało? No bez zdziwa, bez zdziwa...
Że ty nie pijałeś - to mnie nie dziwi:)))))

Nie dlatego, że nie szanuję piszących tutaj. Wiem, że Ty podbudowujesz sobie
reputację i szukasz poparcia właśnie w taki sposób. To datego czujesz się tak pewnie mimo,
że Twoja rola tutaj jako choćby komentatora jest żenująca. "No tak, no tak..."
to można powiedzieć jak ma się 5 lat, nawet o wierszach Herberta. Ale jak sam się chwalisz,
pijesz przecież alkohol, więc masz pewnie już ze dwanaście a taki wiek powinien
zobowiązywać do czegoś więcej młodzieńca, niż tylko dukania co chwila: "no tak, no tak.."

Pozdrawiam.

hehehehe
hahahaha
hihihihihihi
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Joasiu, dokładnie to samo mi się nasunęło, kiedy czytałam Twoją odpowiedź na mój koment. Naprawdę tak jest: wiersz kładzie większy nacisk na Komnatę, zaś tragedia ludzi ze statku jest tłem dla tej legendy. Nie obraź się, ale przyjrzyj się dokładnie swojemu utworowi - tak jest w rzeczy samej.
Jak już pisałam, jeśli chciałaś napisać wiersz o legendzie, lepiej byłoby napisać tylko o niej (i to np. w sposób "bajdowy", czyli balladowy, jak załóżmy Messalin czy Mickiewicz). I wtedy w ogóle pominąć śmierć ludzi na statku (można wspomnieć wyłącznie o ewentualnym tajemniczym zatonięciu Komnaty, co jest tylko jedną z hipotez, dlatego wcale nie trzeba nawiązywać tu do wydarzeń historycznych i robić z nich tła).
Takie jest moje odczucie.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


hehehehe
hahahaha
hihihihihihi
O, Michale, teraz to żeś podniósł poziom swej argumentacji nad wyraz! To jest nareszcie klasa! Równie owocnie można sobie podyskutować tylko z osłami!
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


hehehehe
hahahaha
hihihihihihi
O, Michale, teraz to żeś podniósł poziom swej argumentacji nad wyraz! To jest nareszcie klasa! Równie owocnie można sobie podyskutować tylko z osłami!

No nie mów, że nie zrozumiałaś tej wypowiedzi, taka mądra kobieta, nie osioł bynajmniej, nie osioł. Ja po prostu tak się uchachałem, że aż po pachy. Pomijam też fakt, że na takie argumenty ludzkim słowem się nie da odpowiedzieć.
Ale nie denerwuj się, osioł to osioł, wreszcie się przyzwyczaicie i polubicie, a to, że wam czasem przeszkodzę jakimś tam prostym wpisem, to chyba nic strasznego.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


O, Michale, teraz to żeś podniósł poziom swej argumentacji nad wyraz! To jest nareszcie klasa! Równie owocnie można sobie podyskutować tylko z osłami!

No nie mów, że nie zrozumiałaś tej wypowiedzi, taka mądra kobieta, nie osioł bynajmniej, nie osioł. Ja po prostu tak się uchachałem, że aż po pachy. Pomijam też fakt, że na takie argumenty ludzkim słowem się nie da odpowiedzieć.
Ale nie denerwuj się, osioł to osioł, wreszcie się przyzwyczaicie i polubicie, a to, że wam czasem przeszkodzę jakimś tam prostym wpisem, to chyba nic strasznego.
Ależ Michałku, ja Ciebie lubię! Chyba wiesz, że jestem przywiązana i przyzwyczajona do Ciebie? Ej, nie tylko nic strasznego, ale wręcz nie wyobrażam sobie Orgu bez Ciebie!
Dlaczego zrobiło Ci się smutno? Niepotrzebnie... :-)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



No nie mów, że nie zrozumiałaś tej wypowiedzi, taka mądra kobieta, nie osioł bynajmniej, nie osioł. Ja po prostu tak się uchachałem, że aż po pachy. Pomijam też fakt, że na takie argumenty ludzkim słowem się nie da odpowiedzieć.
Ale nie denerwuj się, osioł to osioł, wreszcie się przyzwyczaicie i polubicie, a to, że wam czasem przeszkodzę jakimś tam prostym wpisem, to chyba nic strasznego.
Ależ Michałku, ja Ciebie lubię! Chyba wiesz, że jestem przywiązana i przyzwyczajona do Ciebie? Ej, nie tylko nic strasznego, ale wręcz nie wyobrażam sobie Orgu bez Ciebie!
Dlaczego zrobiło Ci się smutno? Niepotrzebnie... :-)

Zrobiło mi się smutno, bo pomyślałem sobie - że ja co bez Was zrobię.
Za to jedno pozostaje niezmienne - wiersz Pani Joanny dalej mi się podoba i dalej uważam, mimo humorystycznych makabresek kłótniowych, że pewne myśli mojego szanownego interlokutora są na wyrost. Zresztą każda,że tak powiem monografia historyczna nie jest do weryfikowania moralnie czynów ludzkich. Jest fakt i koniec, nawet jak Franz Babinger piszę o Vladzie Diable (Draculi, de facto pomilil ojca z synem nawet).
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Właśnie, co Ty byś beze mnie zrobił? :) I chyba wolno mi podtrzymywać dalej swoje zdanie,
że jest to proza oparta na faktach, zakamuflowana rymami? Ten wiersz nic więcej mi nie powiedział
niż oglądana kiedyś na ten temat audycja telewizyjna. A nawet mniej.
Poza tym jest tu kilka niezręczności, na przykład:

Wszystko dawno minęło, żałować zasadnie
ludzkich istnień - choć wrogów

Czyżby po śmierci ciągle byli naszymi wrogami? Albo jak wiersz przeczyta Niemiec,
to co, powie: dziękuję bardzo za współczucie, nigdy bym nie pomyślał że kiedyś będziecie nas żałować,
jak dobrze że ta torpeda...

Ja tego nie kupuję, poza sprawnym warsztatem. I właśnie ze względu na ten warszat,
tym bardziej wymagam od Autorki jeszcze i Poezji.
To jak fotografia z automatu - ładna, ostra, ale prawdziwy fotograf nie pstryka wszystkiego jak leci, tylko wyłapuje to,
co jest szczególne w zwykłym wydawałoby się otoczeniu.

Pozdrawiam.

Hm, tutaj nie chodzi o kwestie narzucania mojego (w tym wypadku) zdania. Weźmy na ten przykład ten przytoczony przez Ciebie dwuwers - gdzie ja właśnie bardziej poszedłbym w stronę, że jest mowa tutaj o przebaczeniu, niż np. w wypowiedziach naszych rządzących. Szczególnie, że na tamte czasy to byli nasi wrogowie i tutaj nie może być niestety "przyjaciół" (a nawet nie powinno). Dlatego tutaj kłócę się nie z gustem, bo to jest indywidualna sprawa, a raczej o sam odbiór, że tak napisze - treści, gdzie na dobrą sprawę obydwoje możemy się mylić. Dalej - już ten wskazany dwuwers wskazuje, że ten wiersz nie jest ściśle historyczną opowieścią, bo język historii TAK nie mówi.

PS - a jak Niemiec przeczyta Kraszewskiego czy Żeromskiego?
Opublikowano

Tomasz roman napisał: "Joannie zrobiło się smutno że zamiast mówić o jej utworze, pisaliście o swych wadach dżentelmeni...."

Tomaszu, dzięki. Są e-maile, priwy, można sobie nawtykać ile wlezie. Dobrze chociaż, że ostatnie wpisy znów dotyczą wiersza (jaka by nie była o nim opinia) :)

Wiersz z pewnością nie jest prozą i nie wiem skąd ten zarzut, (w dodatku jest villanellą).
Temat ludzkich losów i legend można często znaleźć w wierszach. Kontrowersje przy interpretacji treści, też nie są czymś nowym.
Wpisuję to co napisałam w komentarzu dla Oxywii, bo taki był mój zamysł przy pisaniu wiersza i myślę, że także w całej dyskusji właśnie to można odczytać.

".....W wierszu łączą się dwie sprawy, bo tragedię statku i Bursztynową Komnatę połączyła HISTORIA. Historia NIE JEST kontrowersyjna, kontrowersyjna może być jej ocena, a ja w wierszu NIKOGO nie oceniam......
......Jeśli już chcieć coś odczytać poza legendą, to refleksję nad dwoma biegunami ludzkiej egzystencji: wrażliwości na piękno z jednej strony, z drugiej zdolności do nienawiści i okrucieństw...."

I jeszcze "to miejsce ostatnie" dla każdego człowieka i każdej rzeczy.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie.:)
A Michałowi szczególnie dziękuję za obronę wiersza :)

Opublikowano

Bitwa o wiersz jest zawsze w porządku, mniej jest jednak "tykanie" interlokutora i w tym wypadku rzeczywiście trochę nas poniosło, ale to nie jest raczej powód do smutku Autorki, szczególnie, że powodem był wiersz - a jakie emocje wywołał. W naszych czasach rzadko ktoś się "bije" o tekst :)

Opublikowano

Tłumaczenie jest Stanisława Barańczaka :)
Znam tę villanellę oczywiście i zauważ, że w tłumaczeniu Barańczaka, vilanella już nie jest mocna, bo powtarzające się wersy nie są dokładne.

Sama villanella też się zmieniała i np. w w jej włoskiej, pierwotnej wersji, układ rymów i zwrotek był zupełnie inny.
Według Wikipedii : włoska villanella miała następujący układ rymów:
a / b / R
a / b / R
a / b / R
c / c / R
Czas zmienia wszystko. Słabe villanelle pisał Stanisław Barańczak, Elizabeth Bishop i wielu innych, czemu ja bym nie mogła? :)
Jeszcze jest jedna zasada, bardzo ważna i dla mnie ważniejsza niż powtarzający się, niezmieniony refren. Powtórzenie ma dodać znaczenia, musi być czymś uzasadnione. Powtarzające się wersy powinny wynikać z treści, a to co jest w wierszu, ma być w nim konieczne. Jeśli wiersz może się obejść bez tych powtórzeń, to znaczy, że ta forma żadnego znaczenia mu nie dodaje.

Ale autorka cieszy się z dyskusji oczywiście :))

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Raczysz żartować: napisałaś, że ofiary były naszymi wrogami, nie dając czytelnikowi
możliwości własnej oceny tego, kto naprawdę był tu wrogiem:
zbrodniarz wojenny, czy Niemcy (nie tylko!) na statku.
Biorąc pod uwagę fakt, że statek zatopiła torpeda rosyjskiego okrętu podwodnego,
bolszewicy tym samym stają się jakby naszymi przyjaciółmi, nie ważne za jaką cenę.
Przemyśl to może sobie głębiej?

Pozdrawiam.


Zdaje mi się, że to Ty zbyt płytko i jednostronnie ten temat traktujesz.
Ja w wierszu żałuję LUDZI.
Ty koniecznie chcesz odnaleźć wrogów i nie bardzo możesz się zdecydować, po której stronie ich szukać.
W czasie wojny to BYLI WROGOWIE, niezależnie od tego jak to z perspektywy czasu oceniać.
To już historia i ja do niej polityki nie mieszam.
Opublikowano

I jeszcze jedno Sokratesie
Dylan Thomas pisał villanellę, którą zacytowałeś, dla swojego ojca i dotyczy starości, a nie śmierci z powodu tragedii. Zarówno śmierć jak i tragedia to tematy, które przewijają się w wielu wierszach, nie widzę więc powodu aby jeden z nich wykluczać z poezji

Fragment mojej villanelli:

"Pośród mrozu, w ciemności nie mieli już żadnej
szansy na ocalenie. Ze śmiercią ich swatał
wystrzał z łodzi podwodnej. Spoczęli gdzieś na dnie."

Fragment villanelli Dylana Thomasa:

" Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy,
Starość u kresu dnia niech płonie, krwawi;
Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy."

To są dwa różne tematy. Ale jestem zaszczycona że mogą stać obok :))))

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Masz rację dla Twojego też, bo dotyczy starości i radzenia sobie z życiem gdy ta starość przyjdzie. W tym sensie napisał ją także dla Ciebie i dla każdego człowieka.
:)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Chodzę jak na szpilkach Biodrami zataczam spiralę Spojrzeniem Idę wolniej w dół Tam gdzie skarby schowane Biodrami zataczam spiralę Prowadzę dłońmi wnet Tam gdzie skarby schowane Naciągam spojrzenie kuse Prowadzę dłońmi wnet Po drodze zbieram klejnoty Naciągam spojrzenie kuse Zakrywam nieco iluzję cnoty Po drodze zbieram klejnoty Spojrzeniem Idę wolniej w dół Zakrywam nieco iluzję cnoty Chodzę jak na szpilkach
    • Mało! Woła mu Nel. Tlenu mało! Wołam
    • Ale antał piwa RP sprawi płatna Ela
    • Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje  tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu  rozkazów jakie mu przekazano.   Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny,  mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku.   Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie  zuchwale po ramieniu.   Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć  ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła,  którego nie potrafiłby zgładzić  ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki  i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie.  Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie  posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek  za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda  na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać  przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin.   Uścisnął mi rękę i prawie siłą  wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista  wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci.    Kierowca rzucił okiem za siebie  i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata.   Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej  bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem  na enkawudzistę    Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi.   Enkawudzista machnął tylko ręką.   Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś  prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami.   I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek  z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca,  głaskał kota,  który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot  byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym  co powinno się zrobić  i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz,  którego nie mogłem zlekceważyć.   Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa  łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady  duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy  i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą  w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki  i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie  Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko  chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć.   Kierowca jechał bardzo ostrożnie  a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie  nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane  starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi.     Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku  od narzuconego brezentu  Mówi Wam coś nazwisko Levenstern?  Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda?   Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi  a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt!   Skąd o nim wiecie, Żerebcow?  Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego?   Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny...  a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody.   Kontynuował literat  z tym samym niepokojącym spokojem,  jakby czytał nekrolog w porannej gazecie.   Zastrzeliliście go dokładnie tam,  dokąd mnie teraz zabieracie.  Widzę go, Lejtnancie.  Stoi tam i czeka na towarzystwo.     Poczułem, jak pot spływa mi po karku,  mimo dojmującego mrozu.  Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem.   Nawet jeśli, Żerebcow...  to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance.   Uciąłem brutalnie,  odzyskując na moment pewność siebie.    Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow  jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle.   Był ostatni.  Szepnął radośnie.  Gładząc się po skołtunionych włosach.   Będzie ostatni.  Odpowiedział trzeci głos.   Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa,  ani tym bardziej, przerażonego kierowcy.  To był dźwięk niski, chropowaty,  wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca.  To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera.   Kocur zdawał się spać,  pogrążony w błogim spokoju,  ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko.  Było złote, głębokie  i pełne nieludzkiej wiedzy.  Kot nagle puścił do mnie oczko  a na jego pyszczku wykwitł  ten sam podle ludzki uśmiech,  który zwiastował koniec pewnego świata.    Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca,  ale jego głos utonął w wyciu silnika,  który nagle wszedł  na nienaturalnie wysokie obroty,  jakby chciał uciec  z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko,  mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni…   Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii  a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę  i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się,  że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot,  jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać,  lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny  a zarazem głęboko niezwykły.   Wreszcie ciężarówka wykonała  ostatnie półkole wokół,  wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy  i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali  i oklepywali ciała,  zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać.   Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się  z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się  zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one.   To moja mogiła lejtnancie?  Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie.   Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana,  nachylił się i zawołał do ciemni.   Levenstern przyjacielu,  za chwilę będziesz miał towarzystwo.   Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego  i brutalnie popchnęli go  nad samą krawędź,  skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet.   Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę  a my dokończymy jeśli będzie trzeba.  Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany  zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić  razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie.   Wyciągnąłem pistolet.  Moja dłoń, dotąd tak karna  i posłuszna systemowi,  drżała w sposób haniebny.  Nie z powodu mrozu.  Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą,  paraliżując każdy nerw.  Spojrzałem na Żerebcowa.  Zgarbiony, spokojny,  z tym samym  błogim uśmiechem małego chłopca,  czekał na uderzenie ołowiu.   Podniosłem broń.  Wycelowałem w potylicę studenta.  Świat wokół zamarł.  Czas przestał biec do przodu,  a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi,  a ciało poety runęło bezwładnie  w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły  jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion.   A potem nastał poranek. Mgła przedświtu,  gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której  nie pozostawiono tylko ciała literata  w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny  czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także,  drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy  nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą.  Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota  mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył  a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę  w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników  przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem  pośród zwalonych pni.  Gdy żołnierze wysiedli z wozu,  nienaturalna cisza lasu  sparaliżowała ich kroki.     Nad otwartą, czarną mogiłą  stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow,  nienagannie młody,  z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa,  trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie  nie było śladu krwi,  a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół,  do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu,  pośród grud zmarzliny,  spoczywało ciało lejtnanta.  Jego oczy były szeroko otwarte,  wybałuszone w ostatecznym,  pośmiertnym zdziwieniu,  a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam,  gdzie kilka godzin wcześniej  miał spocząć poeta.   Żołnierze zamarli na linii drzew,  niezdolni do oddania choćby  jednego strzału z pepesz.  Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa  i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak  pomruk nienasyconego pieca.   Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę  dla godnej pożałowania sprawy.   A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął,  po czym obaj odwrócili się plecami  do armii straceńców  i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem  w gęstniejącą mgłę tajgi.   Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają  gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.      
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...