Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W rdzawo złotych rozbłyskach ukryta gdzieś na dnie,
dzisiaj zdobią ją glony w Neptuna komnatach,
morska głębia wyznacza jej miejsce ostatnie.

Czy tym statkiem płynęła i dokąd? Kto zgadnie?
Fale wszystko zakryły, na zawsze to strata.
W rdzawych barwach i złocie ukryła się na dnie.

Wilhelm Gustloff"- ta nazwa okrętu, zapadnie
w pamięć, bowiem tragedię historia oplata,
ludzkim losom wyznacza ich miejsce ostatnie.

Pośród mrozu, w ciemności nie mieli już żadnej
szansy na ocalenie. Ze śmiercią ich swatał
wystrzał z łodzi podwodnej. Spoczęli gdzieś na dnie.

Wszystko dawno minęło, żałować zasadnie
ludzkich istnień - choć wrogów. Czas miejsce wyznacza
temu co pamiętamy. To miejsce ostatnie.

Zaginionego skarbu, już nikt dziś nie znajdzie,
zniknął wraz z tymi, którzy wędrują w zaświatach.
W rdzawych barwach i złocie znalazła gdzieś na dnie
Bursztynowa Komnata swe miejsce ostatnie.

Opublikowano

Akurat miałem przyjemność posłużyć się dwoma strofami tego wiersza do porównania ich z dwoma innymi (dwa piętra niżej), więc chcąc nie chcąc oceniłem i pani wiersz. Pani wyszedł z testu pozytywnie.
Pozdrawiam.

Opublikowano

No nie :)
O namiętnościach i owszem wiersze można pisać, ale lepiej takich słów bez potrzeby nie używać, bo może wyjść gniot.
Tamten wiersz jeszcze skomentuję .

A w moim wierszu na początku było tak:
W pomarańczach i złocie....:)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



No zawsze to pasujące pod względem zarówno barwy, jak i koegzystencji, czy nawet kształtu - tylko mam wrażenie, że jednak to już gdzieś funkcjonowało (takie porównanie), dlatego zostałbym prze tej mniej egzotycznej opcji, czyli tak, jak teraz jest.
Opublikowano

No właśnie. Mnie się te pomarańcze podobały, ale pomarańcze :) to nie to samo co czerwienie.
A rdzawe barwy pasują do wraku okrętu. Ale nie do końca mi się podoba. Pierwsza wersja była bardziej melodyjna.
A gdzieś jest takie określenie "w pomarańczach i złocie"?

Opublikowano

Może spróbuj połączyć Sokratesie historię Bursztynowej Komnaty z tragedią ludzi. Czas nienawiści i fascynację pięknem. Ludzkie życie i bezcenny skarb. Miejsce dla każdej rzeczy i dla każdego człowieka. I umieść to w czasie, który zaciera w pamięci wszystkie sprawy , zarówno te bolesne jak te wspamiałe.
To niewiele. Takie ostatnie miejsce.

Opublikowano

Sokratesie
Nie wiem co to za tekst, który napisałeś w wątku. Może się podpisz jeśli Twój, albo wpisz autora.
Poniżej zażarcie bronisz bardzo złego wiersza z przerysowanymi metaforami. Został tam umieszczony fragment mojego wiersza. Ta krytyka to też ma być argument pasujący do pstrąga?

Nie wiem czy wiesz ale z zatonięciem statku Wilhelm Gustloff wiąże się pogłoska, że przewoził w ładowni Bursztynową Komnatę, więc i w moim wierszu nieprzypadkowo te dwie historie się łączą.
Komnaty nigdy nie odnaleziono. Stała się legendą i symbolem zaginionego skarbu.
Tajemnicza kraina morskiego dna, bursztynowego domu, wydała mi się odpowiednim miejscem, aby sobie wyobrazić, że może tam się znajduje.
To według Ciebie za mało na wiersz? Mniej niż pstrąg w grafomańskim wierszu?

Piszesz: tragedia uciekających przed wojskami sowieckimi ludzi

To prawda. Jedna z największych morskich tragedii. Na pokładzie mogło być nawet 8000 ludzi. W tym, oprócz ludności cywilnej, także świeżo wyszkoleni marynarze.
Zbudowany w 1937 roku statek, w czasie wojny był bazą szkoleniową dla załóg okrętów podwodnych i tę funkcję sprawował do stycznia 1945 roku, czyli do chwili katastrofy.
O tym, że kapitan statku, otrzymał rozkaz by ewakuować uchodźców, kapitan sowieckiej łodzi podwodnej, nie musiał wiedzieć. Atak na Wilhelma Gistloffa był więc działaniem wojennym.
Jedna chwila i wszystko traci znaczenie, i skarb, i życie ludzi.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Po prostu zabrakło moim zdaniem poezji. Zastąpiły ją bolesne wspomnienia,
przypomnienie tragedii uciekających przed wojskami sowieckimi ludzi:


Kto dziś przechadzał się po bursztynowej komnacie?
Jakże musi być samotną ta, z której sukni jasna muszelka
zsunęła się na pociemniałą posadzkę i nikt się po nią nie schylił.
Zabrakło chętnej ręki, czy tylko rękom zabrakło mięśni wyżartych przez sól?
Jak co dzień pod oknami wesoło rży morski konik, słychać skrzypienie drzwi
a potem długo, coraz dłużej nikt nie zapuszcza się w głębie komnaty.



A czym jest wg pana poezja, panie Sokratex???
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



To chyba akurat jest proste?
Czymś, co wielkim łukiem omija większość wierszy.

Pozdrawiam.

A rozumiem, zawsze byłem pewny, że tak tutaj w Z jest, aczkolwiek ja w tym przypadku pozwolę sobie jednak uznać ten wiersz (czyli wg Ciebie coś, co nie jest "poezją") za poezje. Korzystając z prawa indywidualnego przedmiotowego przeżycia estetycznego jakie towarzyszy odbiorcy przy czytaniu tekstu. Pomijam już takie dyrdymały jak układ tekstu, czy podział tegoż na wersy i takie tam, bo to oczywiście nie nazywa się "poezją", tylko "wierszem". Swoją drogą - bardzo ciekawa koncepcja, mam tylko nadzieję, że na określanie tego, co "poezją" jest, a co nie, zabraknie Ci czasu. Bo czas jest drogi, a tyle przecież Arcydzieł masz do napisania, a tak zrujnujesz cały dorobek dzisiejszej poetyki.
Opublikowano

Sokratesie
To cytat ze strony, którą podałeś:
"Od 1940 roku stał w Gdyni, podówczas przemianowanej na Gotenhafen, jako okręt-baza II szkoleniowej dywizji
okrętów podwodnych U-boowaffe"

Zajrzyj też tu:
http://historicus.pl/prace/xx/wojna/senior.htm

To co ja napisałam
"Zbudowany w 1937 roku statek, w czasie wojny był bazą szkoleniową dla załóg okrętów podwodnych i tę funkcję sprawował do stycznia 1945 roku.

Poza tym w czasie katastrofy także znajdowało się tam ok. 3750 świeżo wyszkolonych w Gdyni marynarzy.
O tym, że kapitan statku, otrzymał rozkaz by ewakuować uchodźców, kapitan sowieckiej łodzi podwodnej, nie musiał wiedzieć. Atak na Wilhelma Gistloffa był więc działaniem wojennym, a nie zbrodnią, tak jak data wydarzenia i rozmiar tragedii by sugerowały.

Piszesz:
"Atak nie był aktem wojennym tylko aktem bestialskim. Wiadomo było, że na okręcie są
sami cywile.
A niby skąd wiadomo i skąd ta pewność, że wtedy o tym wiedziano. Trwały działania wojenne.
Niemcy nie oszczędzali cywilów, czyżbyś o tym nie wiedział.
Doprawdy nie wiem co myśleć.
Jeszcze tylko brakuje abyś napisał, ze wojnę wymyślili Rosjanie na spółkę z Polakami, a Niemcy byli tylko ofiarami.

Piszesz: "Tymczasem wiersz to takie ślizganie się po łebkach - właściwie to o niczym."

Nie widzisz związku między skarbem kultury, a skarbem jakim jest ludzkie życie? Nie widzisz tego, że nienawiść i wojna może wszystko zniszczyć i nic się wtedy nie liczy?
To raczej Ty prześlizgnąłeś się po wierszu nie zastanawiając się o czym jest.
"Czas miejsce wyznacza temu co pamiętamy. To miejsce ostatnie."

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



"Wszystko dawno minęło, żałować zasadnie ludzkich istnień - choć wrogów"
To poezja? Poczytaj sobie wobec tego "Mówią wieki" czy Pawła Jasienicę.
I jakich wrogów, jakich wrogów? Wiesz ile polskich rodzin tam zginęło?
Uciekali, żeby nie dać się ogłupić systemowi komunistycznemu, jak Ty poezji ;)

Pozdrawiam.

To już jest jakiś amok, gorączka, szanowny pan lubi byle co, byle proste, jasne i zabawne. Gorzej,że szanowny pan nie rozumie tego, co czyta i na tej podstawie nieumiejętnego czytania wyrokuje. Gorzej, bo szanowny pan pewnie należy do jakiejś partii z określonymi i z góry ustanowionymi poglądami na życie i przez to jest pan zamknięty jak słoik z dżemem (proszę potraktować to jako metaforę).
Opublikowano

Bardzo ciekawa jest ta cała dyskusja.
Nie popierając ani nie negując stanowiska żadnej ze stron, muszę szczerze napisać, Joanno, że - choć Twój wiersz mi się podoba od strony formy (sprawnie napisany, w trudnym gatunku, liryczny, smutny - jak to u Ciebie) - to jednak ja też nie lubię zestawiania strat ludzkich istnień ze stratami materialnymi, choćby najwyższej wartości (kulturowej czy pieniężnej). Nie lubię takich zestawień ani w statystykach, ani w publicystyce dotyczącej kataklizmów, wojen, wypadków i zbrodni, ani w literaturze (także w poezji, oczywiście). W dodatku Bursztynowa Komnata jest tylko legendą, zaś na opisywanym przez Ciebie statku [u]naprawdę[/u] zginęły tysiące niewinnych ludzi. I tylko to jest prawdziwą, straszną tragedią, zaś Ty w wierszu rozwodzisz się głównie nad legendarnym skarbem. Nie gniewaj się, ale to mnie razi w Twoim wierszu.
Bo można było napisać wiersz wyłącznie o legendzie Bursztynowej Komnaty i w ogóle nie wspominać w nim o prawdziwej tragedii wojennej, w ogóle nie pisać o zatopieniu tego statku. Albo napisać wiersz tylko o tym prawdziwym, strasznym wydarzeniu, żeby oddać hołd jego ofiarom. Ale w historii niestety było tak wiele równie przerażających zdarzeń... Nie sposób o wszystkich napisać. (Co nie znaczy, że nie można pisać tylko o wybranych).
Pozdrawiam.

Opublikowano

Dzięki Oxywio za komentarz.
Komentarze Sokratesa, skupiające się na tragedii okrętu spowodowały, że patrzysz na wiersz z innego punktu widzenia niż w moim zamyśle.

W wierszu łączą się te dwie sprawy, bo tragedię statku i Bursztynową Komnatę połączyła HISTORIA. Historia NIE JEST kontrowersyjna, kontrowersyjna może być jej ocena, a ja w wierszu NIKOGO nie oceniam.

Z zatonięciem statku Wilhelm Gustloff wiąże się pogłoska, że przewoził w ładowni Bursztynową Komnatę. Po wojnie wrak i dno morskie wokół wraku, były przez kilka lat przeszukiwane przez nurków. Komnaty nie odnaleziono. Nie odnaleziono jej także w innych miejscach i nikt nie wie gdzie jest.

W wierszu NIE MA przeciwstawienia tragedii ludzi i strat materialnych, NIE MA żadnego wartościowania. Jest coś co się wydarzyło wiele lat temu i wiąże się z legendą o Bursztynowej Komnacie.
Nie jest wykluczone, że skrzynie mogły wypaść ze zniszczonego okrętu. To był styczeń, sztormy, nikt całego morza nie przeszuka. Tajemnicza kraina morskiego dna, bursztynowego domu, jest odpowiednim miejscem, aby sobie wyobrazić, że właśnie tam się Komnata znajduje.

Jeśli już chcieć coś odczytać poza legendą, to raczej refleksję nad dwoma biegunami ludzkiej egzystencji: wrażliwości na piękno z jednej strony, z drugiej zdolności do nienawiści i okrucieństw. To temat, który nie raz się przewija w literaturze.

Pozdrawiam :)

Opublikowano

Historią niech się zajmują historycy.
Można sobie przy okazji wiersza przypomnieć tamte wydarzenia i to chyba plus dla wiersza, ale one się z legendą o Bursztynowej Komnacie łączą, czy to Ci się podoba czy nie.

To ta legenda jest treścią wiersza, a co chciałam przekazać, jest powyżej w komentarzu dla Oxywii i jest to refleksja ogólna.
Nie serwuję wyroków, ani nie oceniam nikogo i niczego. Nie ma w wierszu żadnej szali, na której coś można położyć, bo już nic nie jest ważne, przepadło i nie ma. To Ty próbujesz coś rozliczać.

Jak będę chciała napisać wiersz o tragedii okrętu, to będzie to zupełnie inny wiersz. A Ty wciąż oceniasz coś czego nie ma. Sam mówisz, że nawet w tytule większy nacisk jest na bursztyn niż okręt.

Opublikowano

To jest miejsce ostatnie. I nie koniecznie jest to dno morza, a na przykład pamięć.
Przecież nikt już, po tylu latach, nie szuka Bursztynowej Komnaty.
Jest symbolem zaginionego skarbu. Ludzkie życie to też skarb bezcenny.
A Bursztynowa Komnata? Ma się dobrze :)
Pod koniec lat 70-tych XX wieku w Carskim Siole (przemianowanym w czasach ZSRR na Puszkino) rozpoczęto jej rekonstrukcję. Dziś w pałacu znajduje się kopia stworzona na trzechsetną rocznicę założenia Petersburga.
Też przyciąga turystów z całego świata. :))

Za opinię o moim talencie dziękuję.
Marnowanie to moje ulubione zajęcie :)
A czy następny wiersz będzie związany z historią? Tego nie wiem? Równie dobrze może to być kołek w płocie np. :)
Czasem człowiek musi, inaczej sie udusi...
Czyż nie?

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Więc jeszcze słówko na usprawiedliwienie mojej upierdliwości ;)
Masz talent, co widać, słychać i czuć. Dlatego nie marnuj go na rymowane
podsumowywanie kolejnych z sensacyjnych odcinków Bogusława Wołoszańskiego.

Pozdrawiam.

Dawaj takie rady "Liliannie" jak to tej pory robisz i tam raczej hulaj, a nie szukaj dziury tam, gdzie ktoś stara się coś napisać wartościowego. Brakuje usprawiedliwienie na temat wpisywania kosmicznych krytyk, czyli klekotu. Nawet nie wiesz, co to jest "metafora" na dobrą sprawę.
Bez urazy, albo z urazą, jak tam sobie chcesz.
Wielkie yoł.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ty nie dajesz żadnych rad, potrafisz tylko napisać kura, pokazując na kurę.
Co do moich metafor, to nagradzano je na prestiżowych Konkursach,
kiedy tylko coś na nie posłem. Oczywiście, Ci co je oceniali też są cymbałami
zdaniem metafory poety - pana Krzywaka.

Pozdrawiam.

Ten narcyzm mnie przeraża, ta megalomania mnie odstręcza, weź sobie wyobraź, że nie jesteś jedynym guru na świecie i że komuś może się robić niedobrze jak czyta takie samochwały. A jak wiemy - samochwała w kącie stała.

PS1- a na jakie konkursy posłeś? Może też sobie pójdę.
PS2 - kto "cymbał"? Daj tekst, daj ocenę krytyków, ich nazwiska to wtedy zobaczymy, czy cymbał (literacki, rzecz jasna).

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Chodzę jak na szpilkach Biodrami zataczam spiralę Spojrzeniem Idę wolniej w dół Tam gdzie skarby schowane Biodrami zataczam spiralę Prowadzę dłońmi wnet Tam gdzie skarby schowane Naciągam spojrzenie kuse Prowadzę dłońmi wnet Po drodze zbieram klejnoty Naciągam spojrzenie kuse Zakrywam nieco iluzję cnoty Po drodze zbieram klejnoty Spojrzeniem Idę wolniej w dół Zakrywam nieco iluzję cnoty Chodzę jak na szpilkach
    • Mało! Woła mu Nel. Tlenu mało! Wołam
    • Ale antał piwa RP sprawi płatna Ela
    • Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje  tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu  rozkazów jakie mu przekazano.   Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny,  mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku.   Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie  zuchwale po ramieniu.   Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć  ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła,  którego nie potrafiłby zgładzić  ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki  i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie.  Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie  posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek  za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda  na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać  przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin.   Uścisnął mi rękę i prawie siłą  wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista  wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci.    Kierowca rzucił okiem za siebie  i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata.   Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej  bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem  na enkawudzistę    Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi.   Enkawudzista machnął tylko ręką.   Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś  prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami.   I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek  z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca,  głaskał kota,  który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot  byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym  co powinno się zrobić  i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz,  którego nie mogłem zlekceważyć.   Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa  łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady  duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy  i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą  w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki  i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie  Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko  chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć.   Kierowca jechał bardzo ostrożnie  a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie  nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane  starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi.     Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku  od narzuconego brezentu  Mówi Wam coś nazwisko Levenstern?  Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda?   Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi  a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt!   Skąd o nim wiecie, Żerebcow?  Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego?   Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny...  a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody.   Kontynuował literat  z tym samym niepokojącym spokojem,  jakby czytał nekrolog w porannej gazecie.   Zastrzeliliście go dokładnie tam,  dokąd mnie teraz zabieracie.  Widzę go, Lejtnancie.  Stoi tam i czeka na towarzystwo.     Poczułem, jak pot spływa mi po karku,  mimo dojmującego mrozu.  Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem.   Nawet jeśli, Żerebcow...  to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance.   Uciąłem brutalnie,  odzyskując na moment pewność siebie.    Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow  jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle.   Był ostatni.  Szepnął radośnie.  Gładząc się po skołtunionych włosach.   Będzie ostatni.  Odpowiedział trzeci głos.   Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa,  ani tym bardziej, przerażonego kierowcy.  To był dźwięk niski, chropowaty,  wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca.  To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera.   Kocur zdawał się spać,  pogrążony w błogim spokoju,  ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko.  Było złote, głębokie  i pełne nieludzkiej wiedzy.  Kot nagle puścił do mnie oczko  a na jego pyszczku wykwitł  ten sam podle ludzki uśmiech,  który zwiastował koniec pewnego świata.    Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca,  ale jego głos utonął w wyciu silnika,  który nagle wszedł  na nienaturalnie wysokie obroty,  jakby chciał uciec  z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko,  mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni…   Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii  a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę  i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się,  że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot,  jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać,  lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny  a zarazem głęboko niezwykły.   Wreszcie ciężarówka wykonała  ostatnie półkole wokół,  wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy  i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali  i oklepywali ciała,  zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać.   Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się  z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się  zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one.   To moja mogiła lejtnancie?  Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie.   Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana,  nachylił się i zawołał do ciemni.   Levenstern przyjacielu,  za chwilę będziesz miał towarzystwo.   Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego  i brutalnie popchnęli go  nad samą krawędź,  skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet.   Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę  a my dokończymy jeśli będzie trzeba.  Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany  zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić  razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie.   Wyciągnąłem pistolet.  Moja dłoń, dotąd tak karna  i posłuszna systemowi,  drżała w sposób haniebny.  Nie z powodu mrozu.  Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą,  paraliżując każdy nerw.  Spojrzałem na Żerebcowa.  Zgarbiony, spokojny,  z tym samym  błogim uśmiechem małego chłopca,  czekał na uderzenie ołowiu.   Podniosłem broń.  Wycelowałem w potylicę studenta.  Świat wokół zamarł.  Czas przestał biec do przodu,  a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi,  a ciało poety runęło bezwładnie  w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły  jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion.   A potem nastał poranek. Mgła przedświtu,  gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której  nie pozostawiono tylko ciała literata  w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny  czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także,  drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy  nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą.  Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota  mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył  a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę  w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników  przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem  pośród zwalonych pni.  Gdy żołnierze wysiedli z wozu,  nienaturalna cisza lasu  sparaliżowała ich kroki.     Nad otwartą, czarną mogiłą  stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow,  nienagannie młody,  z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa,  trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie  nie było śladu krwi,  a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół,  do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu,  pośród grud zmarzliny,  spoczywało ciało lejtnanta.  Jego oczy były szeroko otwarte,  wybałuszone w ostatecznym,  pośmiertnym zdziwieniu,  a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam,  gdzie kilka godzin wcześniej  miał spocząć poeta.   Żołnierze zamarli na linii drzew,  niezdolni do oddania choćby  jednego strzału z pepesz.  Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa  i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak  pomruk nienasyconego pieca.   Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę  dla godnej pożałowania sprawy.   A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął,  po czym obaj odwrócili się plecami  do armii straceńców  i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem  w gęstniejącą mgłę tajgi.   Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają  gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.      
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...