Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

sarno nadchodzących zmierzchów
naszych snów nikt nam nie odbierze jak tych czasów
i objawień w monasterach kiedy patrząc na ściany my widzieliśmy
a oni nie i o to byliśmy mądrzejsi i bieglejsi w wierze
więc pisząc do ciebie zamykam cię
w słowie kobieta i słyszę twoje oddechy czuję
ciebie posiadanie obok
- tryl kaszlu w płucach
garść tabletek charkot brak powietrza
i prędkie jego łaknięcie (tego wszystkiego
nie piszę bo jak oddać w słowach szpitalną biel
i uśmiechy godne politowania?) allegro pełnia
dźwięków spokój -

przesuwam całe baczenie na boki
jak poły sukien u weneckich kurtyzan
gdzie inne mógłbym widzieć światy inne odkrywać prawdy
a przecież siedząc teraz w innych miastach
i inne odwiedzając damy przyzwyczajam się
do pustych łóżek astmy ścian i czarnobiałych fotografii
czyjejś nieobecności

chcąc w tym wszystkim ciebie zachować
życie pozostawiam otwarte
na breuegelowskie jesienie i jarmarczne humory
losu

Opublikowano

Grabażu!
Dziękuję za "wygrabażenie" sobie dla się smakowitych kąsków i chęć podzielenia się odczuciami.
A!
Kursywa ma rozróżniać "nas-patrzących" od innych-patrzących.
Jak inaczej patrzy się "kursywą" niż pismem prostym? Tak, że ja-patrzący widzę inaczej niż inni i tę różnicę chciałem jakoś zapisać, więc kursywa była odpowiednia. Sądzę, że wyrażam się jasno? Jeśli coś przekabaciłem - racz wybaczyć i pytać do skutku :)



Sokratexie :)
Myślę, że to od owego S, któregom niegdyś studiował :)
Dziękuję za podważenie komentarza swojego poprzednika i chęć zwrócenia uwagi na to, co powinno być medium rozmów na takich forach, jak to - najpierw treść, potem forma.
Serdecznie dziękuję!


Kajtek

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



No właśnie nie potrafię znaleźć cech, jakie można by przenieść z sarny na zmierzch. No ładne zwierzątko.

A jak Ty rozumiesz?

P.S.

Nie jest moim zadaniem dowodzić Ci jak/czy rozumiem utwór:). A jeśli dokonuję interpretacji, to raczej wtedy, kiedy uważam, że utwór jest tego wart. Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Kajtku - grabaRZu

to, że kursywa ma zmieniać perspektywę jest truizmem
Jak inaczej patrzy się "kursywą" niż pismem prostym - tutaj trochę przybełkotałeś, ale rozumiem, że chpodzi o to, że nie ma innego rozwiązania jak kursywa, w sytuacji, w której chcemy zaznaczyć, że teraz mówi ktoś inny niż dotychczas - otóż takie sposoby są - znacznie mniej bezpośrednie i inwazyjne, ale to nie jest istotą sprawy, którą poruszamy
wracając do użytej przez Ciebie kursywy - jest to zabieg, który w Twoim wierszu nie pełni Żadnej funkcji prócz graficznej i zechciej to mój drogi zrozumieć:

"sarno nadchodzących zmierzchów
naszych snów nikt nam nie odbierze jak tych czasów
i objawień w monasterach kiedy patrząc na ściany my \widzieliśmy\
a oni nie i o to byliśmy mądrzejsi i bieglejsi w wierze"

bez kursywy znaczenie nie zmienia sie w ogóle
abstrahuje już od zaimka osobowego, który jest zwyczajnie zbędny
Twój idiotyczny zapis (sorry) mówi jednoznacznie, że inny podmiot wyraża słowa "kiedy patrząc na ściany my", a inny "widzieliśmy"
- jest to kwestia tak oczywista, że aż dziwnie ją poruszać - szczególnie w tym dziale,

cieszą mnie Twoje słowa: "Sądzę, że wyrażam się jasno? Jeśli coś przekabaciłem - racz wybaczyć i pytać do skutku" raczę wybaczyć, nie - nie wyraziłeś się jasno, tak przekabaciłeś, i - niestety - nie mam czasu na dalsze dyskusje w tej oczywistej kwestii :)

reasumując: diagnoza - błędne i bezmyślne użycie kursywy,

pozdrawiam (bez urazy mam nadzieje)
Opublikowano

Jasne, że bez urazy. Się o beleco nie urażam, no chyba że o widły, albo zło kobito ;)


Jednak nie wyraziłem się jasno.
Kursywa ma precyzować inne widzenie. Coś jak "objawienie". Więc kursywa ma precyzować właśnie owo "objawienie". Dostrzeżenie wśród grupy osób patrzących w to samo miejsce, czegoś ponad to, co widać.


Grabażu! Dziękuję za chęć wymiany myśli :)


Kajtek

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



mówiąc krótko : uważasz za zasadne użycie przez siebie kursywy w tamtym miejscu...
to po co ja tyle pisałem? ;d
przemyśl sprawę i proszę o krztę szczerości wobec siebie
pzd.

ps, kursywa - inne widzenie = objawienie (?) - hmmm, hehe

Dostrzeżenie wśród grupy osób patrzących w to samo miejsce, czegoś ponad to, co widać.
- a tego to już w ogóle nie rozumiem.

Dajmy spokój tej kursywie, rób co chcesz :>
Ale jeżeli chcesz konstruktywną polemikę prowadzić na forum, musisz posiąść trudną sztukę logicznego, a przede wszystkim klarownego (i poprawnego!) wstukiwania na ekran własnych myśli.
Nikt w ten sposób dyskutować nie będzie, bo każdy może pobełkotać i napisać, że w razie czego będzie próbował tłumaczyć dalej, po czym dalej bełkot uprawiać - to się nie broni Kajetanie Chorągiewko.


pps, zachęcam do napisania referatu na temat: "Epifaniczność kursywy w poezji ponowoczesnej w perspektywie sensów naddanych" - wiele o tym nie wiem, ale wiem jedno: to będzie praca pionierska!

pzd! (z małą uszczypliwościa tym razem ;))

nieustające ukłony
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



A wynika? Nawet gdyby, chociaż nie wydaje mi się, aby tak było, to czy mogę wytykać błędy ortograficzne w wierszu, którego nie rozumiem? Moim zdaniem mogę. Tak samo stylistyczne, leksykalne, składniowe, logiczne. Czy może najpierw muszę się pochylić nad lirycznością pięknej osoby poety?
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Poezji nie da się wytłumaczyć zwyczajnie słowami, dlatego bardzo często komentarze też są poezją.

Oczywiście że się da. Ja z tym nie mam problemów.
Wszystko co rozumne, da się wytłumaczyć, o wszystkim rozumnym da się dyskutować i to staram się robić. No a jeśli Ty potrafisz tylko powiedzieć, że "metafora jest piękna", to ja nie zazdroszczę umysłowości. Poważnie. Ja wole powiedzieć że nie rozumiem, zapytać "sarna?" i liczyć że autor wyjaśni, a jeśli nie potrafi to jego też mi żal.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



A co z tymi, którzy już nie żyją? W piątek wieczorem organizujesz seans spirutystyczny,
żeby wyjaśnili o co chodziło im w tym albo tamtym wierszu? Wysyłasz listy z prośbą
o wyjaśnienia żyjącym, bo właśnie kupiłeś ich tomik i nie wiesz co mieli na myśli pisząc to,
co napisali? Podobnie jest z tym wierszem - Autor zakłada, że ktoś zrozumie i pisze:
"sarno nadchodzących zmierzchów" zamiast od razu przystąpić do wielozdaniowych
wyjaśnień, o co mu chodziło (tylko w tym wersie, a co z pozostałymi?).

Pozdrawiam.

Ha. No i właśnie w tym rzecz, że utwór jest utworem, a autor jest autorem i jedno ma się nijak do drugiego. Kiedy czytasz mój komentarz, to zastanawiasz się co jest napisane, a nie co ja myślałem to pisząc, bo do tego nigdy nie dojdziesz. Stan zastany to słowa. Taką metodę interpretacji przyjmuje 99% dzisiejszego świata literatury. Pora się z tym pogodzić drogi Socratexie. Może pójdź na jakiś kierunek humanistyczny? Jestem pewien, że jakiś wykładowca Ci wyjaśni.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



A co z tymi, którzy już nie żyją? W piątek wieczorem organizujesz seans spirutystyczny,
żeby wyjaśnili o co chodziło im w tym albo tamtym wierszu? Wysyłasz listy z prośbą
o wyjaśnienia żyjącym, bo właśnie kupiłeś ich tomik i nie wiesz co mieli na myśli pisząc to,
co napisali? Podobnie jest z tym wierszem - Autor zakłada, że ktoś zrozumie i pisze:
"sarno nadchodzących zmierzchów" zamiast od razu przystąpić do wielozdaniowych
wyjaśnień, o co mu chodziło (tylko w tym wersie, a co z pozostałymi?).

Pozdrawiam.

Ha. No i właśnie w tym rzecz, że utwór jest utworem, a autor jest autorem i jedno ma się nijak do drugiego. Kiedy czytasz mój komentarz, to zastanawiasz się co jest napisane, a nie co ja myślałem to pisząc, bo do tego nigdy nie dojdziesz. Stan zastany to słowa. Taką metodę interpretacji przyjmuje 99% dzisiejszego świata literatury. Pora się z tym pogodzić drogi Socratexie. Może pójdź na jakiś kierunek humanistyczny? Jestem pewien, że jakiś wykładowca Ci wyjaśni.

też się przejdź do jakiegoś świadomego wykładowcy, to z pewnością Ci wytłumaczy, że - jak piszesz- 99% tzw. "świata literatury" - nie przyjmuje żadnej metody
strukturalizm nigdy nie mógł sobie poradzić z autorem jako kategorią pozatekstową
- tak czy owak, uważałbym z uogólnieniami

pzd.
Opublikowano

Najdrożsi :)
O co ta "draka"?
O tekst? A czyż on taki wybitny? Taki godny takich dysput, tyrad?
Nie.
Tekst wstawiłem dlatego, że chciałem poznać opinię, a widzę że opinia obrała kurs w przeciwną stronę.
Ze swojej, odautorskiej, strony pragnę dodać pewną bajeczkę wymyśloną dla potrzeb komentujących.
Posłuchajcie.

2 tygodnie przed wydaniem The Wall do Gilmoura i Watersa wpadają wspólni znajomi. Odsłuchują całą płytę i podczas Another brick in the wall zaczynają się śmiać i twierdzić, że to chyba najgorszy pomysł z tym chórem, jakimiś przekombinowanymi wstawkami. Pomyślcie, że obydwaj rezygnują z tych pomysłów. Pomyślcie wówczas, jak wyglądałaby ta płyta, o ile była by uboższa, ilu straciłaby słuchaczy i fanów zespołu? Podobnie jest z wierszem - przychodzą "znawcy", którzy ingerują w tok myślenia autora chcąc za wszelką cenę powiedzieć, że wg nich ich "wersja", ich poprawki, będą korzystniejsze - nie będą. Dlaczego? Bo to wizja autora, po prostu. Tak samo jak dręcząca wszystkich metafora "sarno nadchodzących zmierzchów", przecież to najzwyklejsza apostrofa do kobiety. Wystarczy spojrzeć na początki literatury rzymskiej. Widać, że niektórym "Znawcom" vide Sz.P. Oscar Dziki, też przydały by się studia humanistyczne. Ale jak kto oporny, to daj Bóg - niech się nie zmienia, bo nie wiadomo na co te zmiany będą.


Grabażu:)
Sienie obrażam, przecia Ci pisałem wyż o co się urażam, ino o te dwie sprawy i czasem jakie ynne :)


Pozdrawiam poniedziałkowo!

Opublikowano

Drogi Sokratexie!
Dziękuję za tak owocną, długą, i potrzebną! analizę "swojego" odbioru tej metafory. Dla mnie ma ona ciut inny wydźwięk. Chociaż sam zostałem wychowany lasem i zwierzętami, posiadam nieco urbanistycznej krwi i równie krwawego konsumpcjonizmu. Niestety.
Dla mnie owa metafora miała precyzować mój stosunek do pewnej kobiety, jakiej? Oj, tego zdradzić nie mogę :)

Prowadzić też miała do pewnego okresu w ciągu dnia, który został jasno nazwany - zmierzchem. Dalszej historii można się domyślić bez moich opisów.

Bardziej interesuje mnie Twój odbiór ostatniej strofy i użycia postaci Bruegela do spuentowania utworu. Dlaczego? Bo spotkałem się z różnym odbiorem, najczęściej nie takim, jakim ja go postrzegam. Chociaż już na początku pozostawiłem pewne ślady do postaci B. I wspomniałem też, że nijak ma się odbiór Czytelnika do odbioru Autora. Jednak forum to takie miejsce, gdzie Autor może pomóc Czytelnikowi, i vice versa. Oczywiście, o ile współpraca ma charakter przyjacielskich rad, a nie akademickich nacisków i rzekomo ugruntowanej wiedzy, włącznie z długoletnimi studiami, co jak widać się nie sprawdza wobec niektórych osób biorących udział w tej dyskusji.



Pozostaje niezmiernie wdzięczny za obronę Twojej, iście herbertowskiej!, potęgi smaku.



Dziękuję!

Opublikowano

Piękny wiersz. Dawno nie czytałam czegoś tak dobrego tutaj.
"Sarna nadchodzących zmierzchów" jest wzruszającą metaforą, z gatunku tych, których nie można przetłumaczyć na język potoczny, ponieważ ich funkcją jest tworzenie nastroju, wywołanie emocji, przypomnienie uczucia - nie zaś logicznego znaczenia. Można zresztą doczytywać się tu wielu znaczeń i w tym wypadku o to przecież chodziło, np.: kobieta-wspomnienie w czasie ciężkiej choroby w szpitalu, a więc w otoczeniu śmierci (zmierzchu); kobieta dzika i płochliwa, która najbliższa była peelowi wieczorami (bo śmielsza, bardziej oswojona, jak w pięknej opowieści Sokratexa; bo fizycznie bliżej peela - "posiadana" we wspólnym łóżku, jak dalej wyjaśniają słowa wiersza). Ale można też całkiem inaczej.
Bardzo podoba mi się również zakończenie: nawiązanie do bruegel'owskiego świata jarmarku, tumultu, chaosu, tłoku, ruchu, pośpiechu, bałaganu, pieniędzy i rzeczy, a także - do "Tryumfu Śmierci", prawda?
Wiersz jednocześnie bardzo smutny, przejmujący, ale i optymistyczny - o tym, że łatwo człowiekowi odebrać zdrowie, życie oraz tych, których kocha, ale nie sposób wyrwać mu tego, co jest w nim samym, czym po prostu ten człowiek jest (miłości, wspomnień, najważniejszych wartości).

Oczywiście, ze poezja nie jest przekładalna na język potoczny - nie sposób wyrazić głębi uczuć, znaczeń i wielu niuansów, jakie wyrażone są w dobrym wierszu. Ale można przełożyć na mowę codzienną to, co w wierszu logiczne i ukryte pod warstwą metafor, a także to, co czytający "zobaczył" oczyma wyobraźni (pod warunkiem, że w zgodzie z logiką słów wiersza). I tu interpretacji może być kilka, można o tym dyskutować, każdy może coś dodać od siebie - na tym polega różnorodność odbioru dzieła literackiego, to, co się nazywa "własnym życiem utworu".

Opublikowano

Nader miła Panno, co się zowiesz - Oxyvia J.,
przyjmij me szczere podziękowania, za ciepłe słowa i chęć "wytłumaczenia" innym niektórych obrazów.
Ze swojej, odautorskiej, strony pragnę dodać, że nie myślimy o śmierci ani na moment, mając te pierwsze -dzieścia lat. Ani-ani :)

Sokretexie,
sonet - CUDOWNOŚCI.
Piszę sobie ot dla siebie, dla niej i tak se mieszkamy obydwoje dzieindziej, a jednak, życie w pojedynkę pozwala czasem ustosunkować się do rzeczywistości. I jakże cudowny jest ten moment właśnie, kiedy:

Ona dla Niego wciąż włosy rozplata

.


PS>


Wyróżniona przez ciebie "astma ścian" to 2 osobne wyrazy.
Widzisz, niestety, mam tę cholerną chorobę, dlatego jest ona motywem często przewijającym się w moich tekstach. Tak że "astma" i "ściany" należy odczytywać jako dwa osobne wyrazy, a nie jako metaforę. Czytaj tak:

do pustych łóżek/astmy/ścian/ i czarnobiałych fotografii[...];

backslash jest podziałem na kolejne segmenty wersu.



Serdecznie Wam po raz n-ty dziękuję za tak rozległą dyskusję i przede wszystkim chęć jej podjęcia.



Pozdrawiam!


Sławek

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Dlatego coś niepokojącego kazało mi napisać między innymi: To dzieje się z ciałem
Ściany kojarzą się klaustrofobią, ktoś ogarnięty nią nagle się dusi, nie może złapac powietrza.
Co by nie napisać o tym wierszu i tak będzie za mało - wspaniała lektura.

Życzę Ci jak najwięcej takich i jeszcze bardziej: zdrowia.
Pozdrawiam.


Na taki wiersz potrzeba czasu i warsztatu :)
A ja i jednego i drugiego nie mam zanadto.
A zdrowie?
Oj, tego nigdy za mało.

Dziękuję i równie serdecznie pozdrawiam!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. taka na odległość rzęs

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Wiechu J. K. Każdy z nas ma jakieś "gdzieś gdzie jeszcze nie był a bardzo chce" Pozdrawiam serdecznie 
    • @Wiechu J. K. zielsko anielsko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @aff dziękuję Agatko  Twoje słowa są niezwykle budujące

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...