Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Sąsiadka z góry

ona wystaje na balkonie
pod dziurawym parasolem
pieści dłonią wewnętrzną stronę ud
i zewnętrzną warg

polewaj szampana!

pali waniliowe slimy
macza słodkie truskawki
w musującym płynie
i śmieje się głośno

podaje numer, tylko raz i niewyraźnie

wraca do domu skołowana
do różowego kota o imieniu Julian
i zasypia drapiąc go po głowie.
czasem pochrapuje.



Sąsiadka z dołu

ona jest już stara
choć nogi ma zgrabne
wygolone i muśnięte słońcem

gdy zaswędzi ją jedna łydka nie unosi drugiej
by delikatnie pomuskać zaczerwienione miejsce
bo nie utrzymałaby zgarbionej sylwetki w takiej pozycji

lubię sobie jednak wyobrażać jak wykonuje tę czynność



Sąsiadka z naprzeciwka

ona nosi bluzki z dużym dekoltem
bujny biust z naprzeciwka
jak wygląda gdy kocha się z mężem?
nie wiem,
ale biust musi odgrywać tu ważną rolę!
jeżeli coś jest duże to nie może mieć małego znaczenia,
choć tak byłoby lepiej dla zachowania równowagi


Sąsiadka nie moja

ona to prawdziwa rozkosz
dla krótkowidza
Duża, postawna
Biodra do rodzenia,
Uda do zwijania cygar,
Brzuch do tańców arabskich
Ręce do unoszenia
słabych mężczyzn
i sadzania ich
na swoich silnych nogach
by mogli wtulić się
w naprawdę ogromne piersi!

Opublikowano

Z góry proszę żebyście nie gnębili mnie jakoś bardzo, bardzo (jak już musicie, to trochę można ;) ) za potraktowanie tych kilku tekstów całościowo. Po prostu pasowały mi razem, razem powstały, to też chciałam pokazać je w takim, a nie innym zestawie.

pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...