Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Patrzysz na ludzi i widzisz mamonę
To tylko pryzmat , to jest porojone
Chęć wzbogacenia każdy to lubi
Lecz Ty nie widzisz, że czasem to gubi
Wpadasz w szaleństwo uciekasz od ludzi
Małą paranoję w swej głowie budzisz

Nie masz przyjaciół bo po co ich mieć
Każdego bez chajsu traktujesz jak śmieć
Dla Ciebie ważne to cel w życiu mieć
By już przed nikim się nie łasić i gnieść

Dwa srebrne Audi w garażu stoją
Willa, basen, to wszystko z ochroną
Byś mógł żyć godnie ze swoją dolą
Nikt Cię nie zrani, chajs twoją ostoją

Czy przyjdzie przyjaciel ze szkolnych lat
Nie, on tu nie przyjdzie, tyś nie jego brat
Kasę wolałeś od bliskich tak
Że zapomniałeś co to już jest przyjaźni smak

Nowymi przyjaciółmi już się otaczasz
Z tymi co pieniędzy mają jak makiem zasiał
Zaproszenie na balangę, imprezę, urodziny
Z chęcią tam idziesz, ale bez rodziny

Gadka o finansach, interesach i kobietach
A wszystko po to żeby im namieszać
Łatwą kasę zdobyć potem się ulotnić
Nowe interesy z nowicjuszami robić

Tak mija rok, dwa i dziesięć lat
Na forsie już śpisz, marzeń już brak
To co chcesz mieć bez trudu to masz
Żadnej przyjemności już nie daje Ci ten świat

Zaglądasz w przeszłość i myślisz jak
Jakby wyglądał bez tej forsy świat
Czy by było ciekawiej na pewno tak
Rodzina, przyjaciele, w miłości trwać

Lecz to już nie wróci nie cofniesz lat
Zmarnowałeś pół życia, drugiego brak
Błędów nie naprawisz, szalałeś tak
Zapomniałeś o rzeczach istotnych i trach

Teraz tylko wiatr pozostał przy Tobie
Pamięć po Tobie śpi też w Twym grobie
Nikt Cię nie odprowadził i nikt nie pożegnał
Jaki byłeś dla świata taki los Cię tu żegnał

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...