Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zanim zdążę otworzyć oczy moje wybudzenie przebiega niczym jedna po drugiej mijana granica świadomości. Przełączenie systemu z czuwania na przeczuwanie zajmuje zaledwie ułamki sekundy, ewidentnie wyczuwam kolejne tego fazy. To jakby upić się do nieprzytomności i zaraz następnie wytrzeźwieć. Etapy wymiocin, bólu i kaca zlewają się w jedno. Po tym brutalnym przepoczwarzeniu świadomości zaczynam zdawać sobie sprawę ze, podjąć należy wyzwanie dnia numer jeden…. wysuwam nogi poza obszar mojej nocnej skrytki i przyklejam nagie stopy do paneli niczym jęzor przywiera do zmrożonej blachy. Lekki chłód wrześniowego poranka przedziera się przez ostatnie pokłady ciepła a senne obrazy po raz ostatni przelatują przed oczami….
… nocy około środek, w całkowitym struchleniu przykucam gdzieś przy ścianie, przerażenie i samotność raz po raz wyrywa mi oddech, za oknem błysk gwałci grzmot, potężne uderzenia potrząsają ścianami domu, szyby wiercą się i wykręcają we wszystkie możliwe strony. Wewnętrzne przekonanie o osobistej wyjątkowości zostaje brutalnie przerwane nagłą cisza, która wrednie wdarła się pomiędzy setki eksplozji. Ogromna siła przyciągania zwabia Ją do mnie, żelbetowy dach ustępuje bez jakichkolwiek emocji, upada na wprost moich wygiętych kolan, staje z nią bezpośrednio twarzą w twarz. Zapada chwila konsternacji dwóch jakże odmiennych charakterów. Gdybym mógł bardziej zacisnąć powieki i przez to łatwiej przełknąć tą mieszankę bezradności z przerażeniem. Eksplozja. To moment. Jestem gotowy na przyjęcie kolejnych fal uderzeniowych. Pierwsza przenika mnie tysiącami promieni i wgniata w ścianę, nie wyczuwam bólu, druga, trzecia każda kolejna, czekam, która wreszcie To zrobi…….
WC, czyli, witam ciepło, od kiedy więzienna pensyjka grzecznie zezwoliła mi skorzystać z wynalazków najnowszego kalibru. Odkręcam gorąca wodę i odchodzę na kilka sekund zanim lustro całkowicie zaparuje. Ja już po prostu śmiałości nijakiej nie mam, aby siebie samego w nim obserwować. Starzenie się jest bardziej wyczuwalne niż wrzody na żołądku wiec Ta choroba jedynie poprzez zapominanie jest zjadliwa. Wsmarowywanie wszelakiego autoramentu to już cos więcej aniżeli rytuał, to walka o przetrwanie, świadome konserwowanie, czegoś, co i tak bezwzględnie runie, rozpadnie się na kawałki…
Poranne posiłki przez gardło są niemożliwe do przełknięcia, nie wspominając o słowie komentarza żołądka, wiec tuż zaraz po naciągnięciu na siebie wystarczającej ilości łaskawych szmatek albo raczej kombinezonu rajdowego udaje się na półgodzinna przejażdżkę. Szczurzy wyścig poranny przy zawodników uderzającej ilości. Poranna zmiana ubrudzonych myśli oraz nagminnej ilości kompleksów kojarzy się ze sobą na dość wąskiej, ale długiej przestrzeni asfaltu. Wszelkiej maści ściek spływa o poranku w kierunku głównego szamba. Nie ma chyba większej przyjemności niż każdego poranka swoje życie kilkakrotnie zaryzykować. Przynajmniej wejście do swej celi obywa się bezemocjonalnie, a wręcz uśmiech zadowolenia może zagościć na pojedynczej twarzy.
Przygaszone pomimo wszystko powitanie jest dopiero początkiem wydłużającej się w nieskończoność doby. Rzeka czasu przelewa się pomiędzy nosem a ustami, oddechu brakuje już na samym starcie. Fotel bezwładnie przykleja się do dupy i osiem godzin trwa w swym postanowieniu. W momencie styku klawiatury z moich rąk palcami więź szczególna maszyny cielesnej z mechaniczną następuje. Impulsy nerwowo-mózgowe przetwarzane bezpośrednio na ciągi cyfrowe generują możliwości wszechobecnego kontaktu z dowolnie każdą przypiętą fizycznością. Jeszcze tylko mocno kofeinowo - pobudzający napój orzeźwiający ze środkiem przeczyszczającym wprost się kojarzący pozwala w szybkości swej nadnaturalnej pewne procesy przyspieszyć, wiec bez żadnych większych oporów do zamiejscowego kibla się udaje. Godzina dziesiąta to nie tylko godzina duchów, jej poranna siostra zupełnie innych zdarzeń świadkiem pozostaje a kolejka ciągnie się w nieskończoność.
W drodze powrotnej plątaniną korytarzy przy całkowicie wyłączonym systemie jakiegokolwiek postrzegania, prowadzony wydeptanymi w firmowych wykładzinach ścieżkami docieram pod drzwi salonu wzajemnej adoracji, przyjaźni i nienawiści. Splot jedenastu osób na dwudziestu paru metrach kwadratowych daje możliwości, co najmniej jedenastu żywotów egipskiego kota, tylko, że odbywanych jednocześnie. Ta wzajemna kopulacja przeplatających się życiorysów, pozbawiona jakiejkolwiek mocy twórczej, nie pozwala jednak przejść obok siebie obojętnie. Poranny nastrój dość silnie sprzęgnięty z warunkami pogodowymi daje się czasem ostro we znaki. Wysokie ciśnienie w powiązaniu z silnym nasłonecznieniem wywołuje wzajemnie pobudzające się stany euforii a zewnętrzna ohyda wywołuje stan jej wewnętrznej odmiany. Pozostaje osobista izolacja, która nie zawsze jest w stanie zatrzymać napór emocji innych. Twoje istnienie w tej grupie uzależnione jest od kombinacji stosunków odbywanych w każdej wolnej minucie.
Pomimo tych wszystkich udogodnień, którymi obdarowywuje nas współczesność silne wrażenie utraty każdej kolejnej przemijającej minuty nie opuszcza mnie nawet przez chwile.
……….
Godzina trzynasta spędza wszystkich do pobliskich barów w celu konsumpcji bynajmniej jednak nie alkoholowej. Ostro wyregulowane żołądki rwą się do kotletów w wydaniach chińskich, hinduskich, wiejskich i miejskich. Szczególnie przy tej okazji jakieś dziwne skojarzenie mnie nachodzi, prywatne moje obsesje każą mi dwa pociągi ze sobą porównać. Pociąg męski seksualny kontra pociąg damski żywieniowy. Tak jak samiec w każdej wolnej chwili zaspokajałby się z pobliska samica, tak często ona zaspokajałaby się z pobliskim żarciem. Głód kobiecy jest jeszcze bardziej niewymierny aniżeli męski. Mężczyzna pozbawiony zaspokojenia popada w lekką nerwowość, kobieta będąc w tej samej sytuacji dostaje szału. Powyższa tezę kobiecych namiętności żywieniowych sprawdziłem osobiście i żadna z nich powyższego się nie wyprze. Zresztą wystarczy naprawdę krótka obserwacja.
Po wspomnianym posiłku następuje już tylko nerwowe wyczekiwanie na domową przepustkę, punktualnie o godzinie zero, wszyscy symultanicznie wybiegają do swoich środków transportu i nieokrzesanym pędem udają się na miejsce tymczasowego spoczynku.

2.

Po drodze do domu zrobiłem krótkie niewymagające zakupy. Na miejscu pojawiłem się standardowo około osiemnastej trzydzieści. Firmowy żakiecik noszony zresztą na prywatne życzenie wszechwładnej zrzuciłem z siebie szybciej niż zagotowała się woda na herbacianą zawiesinę. Wraz z przewietrzeniem mieszkania automatycznie wywietrzałem z wszelkich smrodliwych obowiązków i ze sporym zaangażowaniem rzuciłem się na podręczny zestaw uwalniający. Jeszcze tylko kilka nerwowych, ale jakże wirtuozerskich ruchów dłońmi i jest. Pierwszy papieros po całodniowym obumieraniu przynosi dawno wyczekiwaną ulgę. Wszelaka nieznośność rzeczywistości umyka niczym za walnięciem czarodziejskiej pały. Muzyka zaczyna wypełniać każda wolna przestrzeń nudy, zmęczenie wyczuwalnie spływa po poręczach fotela w kierunku środka ziemi a ciało przybiera formę łaskawej bezwolności. Optymizm wciska się we mnie każdą wolna przestrzenią międzycząsteczkową, radość praktycznie mnie paraliżuje. Popadam w łaskę losu. Jestem czysta przyjemnością.
Odgłos dzwonka wydobywał się z dalekiej otchłani. Ledwo wyczuwalny, wewnętrznym uchem dawał mi do zrozumienia swoja potrzebę kontaktu. Sięgnąłem intuicyjne w kierunku podręcznej torby. A jednak to telefon. Chwila potrzebna na zebranie jakichkolwiek myśli trwała kilka sekund zanim nadludzką siłą wydusiłem z siebie:
- halo!
W odpowiedzi usłyszałem mnóstwo szurnięć i kaszlnięć, a to zapewne z powodu niskiej emisji fal telekomunikacyjnych śmiało powstrzymywanych przez spora odległość mojego domu od miasta….
- halo! – X darł się w niebogłosy.
- co słychać? - Grzecznie zapytałem.
- słuchaj, X starał się mówić wolno i niewyraźnie…. na dzisiaj wieczór zaplanowałbym jakieś na gramofonie granie przy okazji przybycia dwu dalekich znajomych oraz siostry brata jednego z nich.
Propozycja, brzmiała, co najmniej dziwnie, ale mój stan obecny przełknąłby każdego rodzaju zaproszenie.
- kiedy?
- teraz….
-no to jadę ….pa !
Pierwsza myśl o jakimś szczególnym przebieraniu szybko przepadła, wiec bezpośrednio jak siedziałem tak wyszedłem. Co najmniej wiosenny nastrój po przekroczeniu drzwi wyjściowych przepadł w bezkresach otaczającej mnie przestrzeni. Krótki dach nad głową przestał obowiązywać, wszelkie granice skrępowania przestały istnieć, poczułem przyjemne zawieszenie w próżni. Ograbiony z wszelkiej grawitacji przedostałem się kilkoma susami do podręcznego statku kosmicznego. Po odpaleniu wszystkich potrzebnych maszynerii wynurzyłem się z lokalnego podwórza i wyjechałem na szlak. Moje zdziwienie wzrastało wraz ze zwiększającą się prędkością. Trasa wylotowa oświetlona tysiącami świateł do złudzenia przypominała taflę wzburzonego morza, to jakby każda latarnia będąc oddzielnym projektorem rzucała na ulice swój kawałek obrazu. Łącznie powstawał jednolity pejzaż błękitnej tafli. Wrażenie żaglowania potęgowały liczne wzdłużne koleiny. Falę goniła fala. Kiedy skręciłem w kolejną przecznice obraz uległ gwałtownej zmianie. Wprost z wody wyjechałem na idealnie gładka powierzchnię żółtego piachu. Efekt pustynnych bezdroży potęgowały spaliny poprzedzającego mnie samochodu, które unosiły się w powietrzu niczym wzbijany kurz. Nadmiar wrażeń powoli wytrącał mi kierownicę z rąk, zacząłem odczuwać zagubienie. Z prawej strony, z pobliskiej stacji benzynowej, która podświetlona była na wzór osiemnastowiecznej gospody, wyjechało sześciu jeźdźców na swoich dwukołowych wehikułach. Przyłączenie się do nich było dla mnie jedyną szansą dojechania do centrum.
Blokowiska wyrosły przede mną nagle, najwyraźniej prędkość wspólnego orszaku zdecydowanie wzrosła zanim zdążyłem się zorientować. Małpi gaj to jedyne określenie, które mogło przyjść mi na myśl, kiedy spoglądałem na ścisłe centrum tego mieniącego się miasta.
Tutaj obrazu nie żałowano. Ściany budynków raz po raz mieniły się opadającymi wodospadami na przemian z jakże żywą wiecznie zieloną dżunglą. Ulicami spływały rzeki a ronda wybuchały gejzerami. Co raz strzelisty dach kościoła symulował pokryte śniegiem górskie szczyty. Zaparkowałem i wyszedłem z samochodu olśniony wyrazistością wszechogarniającego mnie obrazu. Naprzeciwko mnie tuż przy krawędzi chodnika stał hipopotam. Ten zwid zwierzęcia wypasającego się nad uliczną rzeką wprawił mnie w niezłą konsternację. Ruszyłem raźno w jego kierunku celem upewnienia się w swym szaleństwie. Dopiero silne uderzenie głowa o pokrywę śmietnika wybudziło mnie na tyle, e pędem skoczyłem w kierunku ziejącej czernią bramy w kształcie wybujałej jaskini.
Na szczęście X mieszkał na krańcowym piętrze wiec wybór odpowiedniego przycisku nie sprawił mi większych trudności. Dzwonek do drzwi wydarł się głosem popiskującej małpy. W lokalu X –a panował rześki harmider, kilka osób żywo dyskutowało na przechodnie tematy. Całkiem wygodnie rozsiadłem się na pobliskiej kanapie i milcząco dawałem znaki mojej przypadkowej obecności. Pierwszy z rozmówców, był prawdziwym wulkanem energii. Słowna lawa wybuchała mu prosto z gęby i rozlewała się po ścianach wracając umocniona echem. Drugi nieśmiało potakiwał dość sporej wielkości głową, na której przymocowane nauszniki w kształcie jelenich rogów kiwały się raz w jedną, raz w druga stronę. Dziewczyna o nieskomplikowanej urodzie siedziała okrakiem w pobliżu palącego się papierosa, który postanowił użyć jej w trakcie aktu swego samospalenia.
- Silna ekipa, masz ochotę zapalić? Wybełkotałem w kierunku X
- I już mnie namówiłeś, X odpowiedział i niemal jednocześnie zaciągnął się głęboko do samego dna swych płuc.
-, Kim ona jest? Walę przy niej bez żenady.
- Sam ją zapytaj, odpowiedział wymijająco i odszedł w kierunku drzwi, z powodu kolejnych gości dobijających się do mieszkania. W tej sytuacji zmuszony własnym tekstem ruszyłem dupę z kanapy, chwyciłem pierwszego lepszego drinka i wygodnie z gracją prawdziwego dżentelmena przysiadłem się do pięknej nieznajomej.
- Tango tańczysz? zagadnąłem nieśmiało.
- Tylko parami.
- Gdzie, więc twój partner?
- W ramach protestu urzeczywistnia rogami swoje podejrzenia.
- Ma powody?
- Dla niego każdy powód jest dobry.
- Ten też? Pochyliłem się nad nią nagle i prowokacyjnie a wręcz widowiskowo pocałowałem ją w usta. Chwila ciszy z porannego snu stanęła mi jak żywo przed oczami. Los został sprowokowany wprost bezczelnie. Chwyciłem longa silniej niż zawsze, w celu odparcia ewentualnego ataku. I czekałem. Stupięćdziesięcio kilowy tur żwawo poderwał się z fotela mocno szarżując w moim kierunku. Jego pluszowe rogi naprężyły się nienawistnie. Dzierżona przeze mnie szklanka, nijak nie mogła stawić oporu tej pędzącej lokomotywie. Poderwałem się z kanapy wylewając drinka wprost na głowę dziewczęcia. W ataku furii wypchnęła mnie z trajektorii lotu swego narzeczonego, samej stając na moim miejscu. Zderzenie całkowicie zmieszało imprezową atmosferę. Brat obstawił wyjście, więc pozostał mi jedynie balkon jako ostatnia droga ucieczki. Stanąłem okrakiem na barierce, na ścianie palma wyrastała z palmy, gdzieś pomiędzy nimi przesuwała się mocno rozbujana liana. W szybie ujrzałem nabrzmiałe oczy rozjuszonego nieprzyjaciela, skoczyłem w kierunku ratunkowej liny. Oczywiście dopiero spadając zdałem sobie sprawę, że liana to jedynie naświetlony hologram. Mogłem liczyć jedynie na to, ze szczęśliwie wyląduje na balkonie piętro niżej.
Poderwałem się raptownie, obraz wrócił mi po dwóch sekundach. Powyżej, grupa ludzi dziko wyła w moim kierunku, ucieczka trwała dalej. Uchylone drzwi pozwoliły wsunąć mi się niepostrzeżenie do mieszkania. Kiedy zorientowałem się, ze jestem sam, pozwoliłem sobie na kulturalne zapalenie światła. Wykończony usadowiłem się na pobliskim taborecie, wyjąłem papierosa i z nieukrywaną przyjemnością zaciągnąłem się gęstym dymem. Dosłownie po dwóch minutach ktoś zapukał do drzwi, szarpnął za klamkę i z pełnym maniery krokiem wszedł do mieszkania. Mężczyzna wieku środka w nienagannym stroju lokaja grzecznie zaprosił mnie do limuzyny, która podobno czekała na mnie na pobliskim parkingu. Nie wyczuwając żadnego śladu agresji, podążyłem za nim oślepiony jego pańską prezencją i wyczuwalną sympatią. Okazały samochód w kolorze czerni stał wyprężony w swej gotowości do natychmiastowej podróży. Lokaj otworzył mi drzwi, wsunąłem się sprawnie do środka. Ruszyliśmy od razu, zanim zdążyłem policzyć przyciski na lewym podłokietniku. Kolory świateł całkiem ciepłego wieczoru rozmazywały się w przyciemnionych szybach limuzyny. Kierowca nie zważając na zasady ruchu ulicznego pędził w nieznanym kierunku. Wyjąłem niedopalonego papierosa i znów napawałem się jego pełnym smakiem. W środku pojazdu zrobiło się całkowicie siwo. Opary absurdu pochłaniały mnie w zastraszającym tempie pędzącej maszynerii. Po około pół godzinie zatrzymaliśmy się w szczerym polu, którego widnokręg ograniczały jedynie zarysy moich własnych powiek. Kierowca zamknięty w szoferce nie dawał żadnych znaków życia, wyszedłem z samochodu. Na dworze szalał silny wiatr, który ledwo pozwalał utrzymywać mi się na nogach. Zupełnie odkryte niebo bezwstydnie wystawiało goły tyłek księżyca ku radości wszystkich żab w pobliskim bajorku. W oddali dostrzegłem gromadę potężnych dębów, które w swej ciekawości nachylały się nad niewielkim ogniskiem, jakby w zamiarze miały zduszenie jego płomienia własnymi ciałami. W możliwie szybkim czasie zbliżyłem się na wystarczającą odległość, aby dojrzeć, że drzewa tworzyły ogromną kopułę o wysokości kilkunastu metrów i promieniu około 20 kroków. Po środku sączył się ogień obłożony wieloma głazami a dym swobodnie unosił się pomiędzy konarami dębów. Wichura zupełnie nie potrafiła przebić się przez tą naturalną ścianę milczenia. Kiedy wślizgnąłem się pod kopułę wszelki hałas ucichł, trzask palonego drewna to jedyne co udawało się usłyszeć. Po drugiej stronie ogniska dojrzałem siedzącą, mocno wyprostowaną postać, która chłodnym wzrokiem obserwowała mnie od dobrych paru chwil. Jej naga głowa odbijała światło niczym energetyczna kula a nagie stopy zawijały się w korzenie najbliższych drzew niczym przedłużenie ich splątanych kończyn.
-Witam wuja! Wykrzyknąłem pewnie.
-Witaj! Co tam słychać w twoim klimatyzowanym pudełku, grzyby ci służą?
- Dziękuje, regulatory są pełne wszelkiej maści flory, moja fauna jest im wdzięczna.
- A posłuszny jesteś permanentnym wizjom?
- Przecież wiesz, że wszelka pożyteczność jest mi obca.
Lechu lubił wiercić mi dziurę w brzuchu. Moja życiowa droga była tylko krzywym uśmiechem, stałym tematem kwaśnych dowcipów.
- A co tam słychać w rezerwacie? Zapytałem.
- Trawę skosiłem, teraz ją wypalam.
- A drzewa to wdychają?
Wtem za moich pleców wyszedł X. Po chwili skojarzyłem, ze to on musiał być wcześniejszym lokajem. X miał setki twarzy, jego umiejętność przeistaczania się w dowolnie wybraną maskę była dopracowana na tyle dobrze, ze nawet ja wciąż się na to nabierałem. Wymieniliśmy złośliwe uśmieszki, bez zbędnego tłumaczenia zrozumiałem, że przyjazd tutaj był zaaranżowany od samego początku. Nasuwało się tylko dręczące pytanie, w jakim celu? Co mogło wiązać mnie z tym wieczorem? Jaką rolę odgrywali w tym obaj panowie? Odpowiedź była jedna. Tylko Lechu posiadał moc planowania zbiegów okoliczności, te zbytnie zbratanie z rezerwatem pozwalało mu czasem wykorzystywać los do uwydatniania swojej prywaty.
- Naradziłem się dziś z dębami, powoli, ale dobitnie zaznaczył Lechu. Podziemne żyły wodne przyspieszają bieg swoich strumieni, zazdrosny wiatr ciska się po okolicy, jutro świat będzie obchodził urodziny Zwodnego Człowieka.
Wuj zwykł był wypowiadać różnego rodzaju pozorne głupoty, ale ta zakrawała na prawdziwą. Owszem jakaś mglistość wyczuwalna była od samego początku dnia a bieg wydarzeń był kręty, ale czy na tyle?
- Zwodnego?
- Tak, sam do końca tego nie rozumiem, ale myślami swoimi miałem dzisiaj ściągnąć tutaj kogoś, kto zadość uczyni odpowiedniej uroczystości.
- Przyjechałem tu z X-em, może jego zapytajmy.
X zrobił niewyraźną minę, wzruszył tylko ramionami i zaapelował o wyrozumiałość. Najwidoczniej nie wiedział, ani jak mnie znalazł ani jak mnie tu przywiózł. Jego spokojna i opanowana twarz wyrażała teraz zdziwienie i przestrach. Jakaś niewidoczna siła na cały wieczór opanowała go w zupełności, a teraz było mu po prostu głupio.
- Sam nie wiem, co o tym sądzić, starałem się jakoś uspokoić sytuację. Skoro tu jesteśmy to proponuję coś płynnego spożyć. Lechu szybko przytaknął tej propozycji, nikt nie pozostawał przeciw. Wuj wyciągnął spod jednego z kamieni przezroczysty wąż gumowy i zaciągnął się sporą dawką mętnego płynu. Najwidoczniej zbiorniki z zawartością tej cudownej mieszaniny zakopane były pod ziemią niemal całej kopuły. Opowieści zaczęły snuć się same. Od tego jak to drzewo wyprowadziło traktor na spacer, przez klucz od kawki, do podwójnej natury dłut rzeźbiarskich. Dopiero, gdy X postanowił dorzucić do ogniska, przekonaliśmy się o mocy świątynnego napoju. Szarpnąwszy się on przy powstawaniu, chyba przesadził, bo jego ciało zarzuciło do tyłu, aż głową sięgnął podłoża. Powstał swojego rodzaju pomost, którym postanowiliśmy przejść na drugą stronę swojej trzeźwości. Ogień buchał silnym płomieniem wiec skierowałem wylot rurki wprost w tamta stronę. Napój parował w szalonym tempie. Gęsta mgła wypełniła całą kopułę i zaczęła się wydostawać poza nią. Lechu rozpoczął swoisty taniec twarzy. Ptaki sfrunęły z drzew i obsiadły jego ramiona niczym publiczność wypełnia teatralną salę. X w orbitalnym zwidzie przegryzał porozrzucane żołędzie wraz ze stadem przybyłych dzików. Już myślałem, że to granica naszej poczytalności, kiedy nagle, drzewa pochwyciły mnie swymi konarami i wyniosły na szczyty swoich możliwości. Świat rozkręcił się pode mną a rozrzucone myśli uniemożliwiały jakąkolwiek koncentracje. Z drzewa do drzewa podawany niczym sztafetowa pałeczka rozpocząłem wędrówkę w kierunku środka lasu. Zauważyłem, ze dołem podążał za mną X, podskakując starał się chwycić mnie za rękę i ściągnąć w dół. Na szczęście szybko odzyskał świadomość i koordynację, bo za czwartym razem wyrwał mnie z uścisku gałęzi. Runąłem w dół jak długi. Tylko mech uratował mnie przed zbyt mocnym uszkodzeniem. Zerwałem się do ucieczki, za mną las gniewnie falował wyrzucając w górę przypadkowo napotykane zwierzęta. Chmura dymu z Lechowego ogniska wyraźnie podrażniła naturę, a las, to się po prostu wściekł.

3.

W porywającym tempie, ramię w ramię, uciekaliśmy w niewiadomym kierunku. Teren był wystarczająco pofałdowany abyśmy szybko stracili siły. Dobiegliśmy do rzeki, X bez wahania wskoczył do niej, woda sięgała mu ledwo do kolan, więc podążyłem za nim bez namysłu. Dosłownie trzy skoki wystarczyły, abym znalazł się na drugim brzegu. Co najciekawsze zarówno spodnie jak i stopy pozostały zupełnie suche. Najwidoczniej siła moich kroków rozbryzgała wodę zbyt mocno, by udało się jej mnie zmoczyć. Po dalszych 100 metrach panicznej ucieczki wypadliśmy na asfalt. Droga była szeroka na, tyle, że ani drzewa, ani poboczne krzaki nie były w stanie nas dosięgnąć. Wyglądaliśmy jak gwiazdy filmowe przechadzające się po czerwonej szmacie, a setki unieruchomionych fanów starały się za wszelką cenę przynajmniej zerwać z nas koszulki. Totalnie zmęczeni ciągłymi atakami przydrożnej roślinności, głodni i wyczerpani, powłócząc nogami błagaliśmy bogów o zlitowanie. Siły opuściły nas już całkowicie. Położyliśmy się na środku drogi i postanowiliśmy wyczekiwać poranka, który może mógłby wyrwać nas z tego koszmarnego snu. Świt jednak nie nadchodził. Zacząłem zdawać sobie sprawę, że ta noc trwa już zdecydowanie za długo. Spojrzałem na zegarek, dochodziła dopiero dwunasta. Albo straciłem poczucie czasu, albo nasza akcja była naprawdę szybka. Kończyliśmy wypalać pierwszego fajka. Z daleka dało usłyszeć się warkot sporego silnika. To była nasza jedyna szansa. Zamiast podnosić się z asfaltu, stanąć przy bocznej linii drogi i wymachiwać na zatrzymanie, leżeliśmy pokotem. X podniósł jedynie rękę i zapalniczką dawał znaki naszego tam wylegiwania. Stara, brudna ciężarówko-chłodnia, zatrzymała się parę metrów przed nami. Drzwi szoferki otworzyły się z hukiem, para kaloszy przywarła do chłodnego asfaltu.
-, Co wy tu chłopaki wyrabiacie? Lekko rozbawionym głosem zagadnął do nas nieznajomy.
- Właściwie czekaliśmy na ciebie – odrzekł X
- Ma pan ochotę na papierosa? Kontynuował X.
-Aaa chętnie, oo dziękuje bardzo. X podał mu cigarete wraz z ogniem.
-Właściwie to, dokąd pan jedzie? Zapytałem.
Nieznajomy zanim odpowiedział zaciągnął się dwukrotnie. Oparł się o drzwi kabiny, otworzył usta, ale nie był w stanie nic z siebie wydusić. Pociągnął jeszcze ze dwa razy, nadal nie udzielając jasnej odpowiedzi. Kiedy papieros dopalał się już do połowy, jego oczy zaszły dość gęsta mgłą. Popatrzył na nas przez chwilkę, i raźnym krokiem ruszył na tył swojej ciężarówki. Otworzył drzwi i wskoczył na pakę. Jak się okazało, przewoził mrożone ryby. Półmetrowa warstwa lodu już od dawna nie była stamtąd usuwana. Chwycił saperkę i ze sporą siłą rozpoczął zdrapywanie skostniałego śniegu. Drzwi zablokował za sobą, ale na tyle niedokładnie, że mogliśmy obserwować jego poczynania. Po chwili warstwa zdartego lodu wystarczyła na zbudowanie czegoś w kształtcie igloo. Sytuacja stawała się, co najmniej trudna. Nie zanosiło się na dalszą podróż. Facet, zakopał się w śniegu po szyję. Rozdziawił gębę i ruchami gałek ocznych wyraźnie dawał nam znaki abyśmy zaczęli podkarmiać go rybami. Tego już było lekko za wiele, domknąłem drzwi naczepy, wsiadłem do kabiny, odpaliłem silnik i ruszyliśmy do przodu. Jechaliśmy dość szybko, rozbijając skłaniające się ku nam gałęzie. Byłaby jakaś szansa byśmy dotarli do miejskiej dżungli gdyby po kilkunastu minutach, właśnie, kiedy osiągnęliśmy szczyty prędkości, jedno z przydrożnych drzew nie wygięło się, by całkowicie zagrodzić nam drogę przejazdu.
Unikając tragicznego zderzenia, ostro skręciłem w lewo. Ciężarówka z hukiem wpadła do rowu, który ostro wybił ją w powietrze. Kawał blaszanej puszki, zaczął turlać się w dół zbocza. W ostatniej fazie przewalanki, pojazd wpadł ze sporym impetem do leśnej sadzawki. Zaczęliśmy tonąć. Na szczęście lód z tylniej naczepy utrzymywał nas wciąż na powierzchni. Przez okna wydobyliśmy się na zewnątrz. Utrapiona maszyna stała się teraz wyspą. Nieznajomego ujrzeliśmy już po paru chwilach. Z rękami szczepionymi na plecach, nurkował radośnie w gnijącej wodzie bajorka. Sprawiał wrażenie najszczęśliwszej ryby na świecie. To, że pozostawałem wciąż suchy nawet już mnie nie dziwiło. Ale to, że woda sadzawki zaczęła wirować wokół własnej osi, owszem tak. Co było tego przyczyną? Może, to nieznajomy wyciągnął korek w jej dnie, może to ruchy tektoniczne, nie wiem. Wraz z ciężarówką woda wciągała nas prosto pod ziemię.

4.

Tuż przed zanurzeniem maksymalnie nażarłem się powietrza. Woda chwyciła nas za karki i wciągnęła w podziemny tunel z prędkością światła. Wewnętrznie ugładzony wlot nie dał nam szans na jakikolwiek opór. Po kilku metrach opadania, tunel skręcił w bok. Zaczynało mi brakować powietrza, X przyjął pozycje, co najmniej opływową. Gdy myślałem, że nie wytrzymamy już dłużej tego zanurzenia, woda zaczęła wyciągać nas w górę raptownie wyrzucając ponad lustro sporego jeziorka. Ten zbiornik wodny, najwidoczniej zasilany podziemnymi źródłami, znajdował się gdzieś pośrodku niedużej leśnej polany. Cały teren oświetlony był dziesiątkami pochodni. X odkrytą żabką powoli acz skutecznie brnął do brzegu. Ja podążałem za nim już lekko uspokojony, ale wciąż czujny. Na brzegach wokół, dało się zaobserwować dość liczną grupę rozbawionych ludzi. Właściwie prawie wszyscy byli w naszym wieku. Brak dzieci i starców nie niepokoił. Kiedy wyczołgaliśmy się na plażę, poczułem straszliwą suchość w ustach. Równie suche było moje ubranie. Tubylcy, co najciekawsze, wcale nie zdziwili się naszym pojawianiem. Po krótkiej wymianie grzeczności poczęstowali nas dziwnie niesprecyzowanym pokarmem koloru zielonego o smaku zbliżonym do kurczaka. Ich jedynym schronieniem było kilka potwornie starych szałasów, wyglądających niemal jak zaniedbane, podpruchniałe nagrobki. Drzewa chwilowo odpuściły swój obłędny pościg. Minęliśmy rzadko porozstawiane siedliska i doszliśmy do granicy gałęzi. Powstała chwila na przedyskutowanie szybko narzucających się przypadków. Słuchaj stary, zagadnął X, może tu pozostaniemy do rana, poznamy obowiązujące zwyczaje, może wykręcimy jakieś ciekawe znajomości? Rano wskażą nam drogę powrotną i będzie po kłopocie.
W zasadzie było mi już wszystko jedno. Zmęczenie topniało z sekundy na sekundę, co mogło być skutkiem wcześniej spożytego pokarmu. Nielicha energia raz po raz wybuchała gdzieś w głębi mojego ciała. X również dziwnie ożywiony, nerwowo stąpał z nogi na nogę. Po upływie kilku minut, radośnie rzuciliśmy się na konsumowanie nowych znajomości. Okazało się, że grupa ludzi składa się z około 20 osób. Twierdzili, że każdy z nich jest tu od jakiegoś czasu i że spędzają go tu głownie na tym, na co każdy z osobna ma ochotę. Ich ubiór nie wymykał się szczególnie współczesnym stylom. Nie posiadali także żadnych zdobyczy nowoczesności. Jeziorko dawało potrzebny im pokarm w ilościach całkowicie satysfakcjonujących. Wystarczało nazrywać pływającego przy brzegu zielska i głód był zaspokojony. Ludzie żwawo rozmawiali ze sobą, w niewielkich damsko-męskich grupkach, rozsianych wokół jeziorka. Kiedy X odszedł za potrzebą, ja zbliżyłem się do najbliższej mi dyskusji.
Cześć, zagadnąłem nieśmiało. Nie wiem czy zauważyliście, ale wraz ze znajomym parę minut temu wyskoczyłem z pobliskiego źródła. Nic was to nie dziwi? Zawiesiłem swój głos pytająco.
Nie, odpowiedziała najbliżej mnie stojąca, dosyć młoda kobieta. Miała długie, czarne, mocno skręcone włosy. Była szczupła i uśmiechnięta.
Nie, powtórzyła bez przekąsu, nie dziwi nas to, że wypłynęliście wraz z wodą. Nie rozumiemy tylko pojęcia „paru minut”. Czy mógłbyś wyjaśnić, o co ci z tym chodziło?

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...