Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Robert Frost powiedział, "Gdy stanąłem w lesie na rozstaju dróg, podążyłem tą mniej uczęszczaną. I wiedziałem, że to znaczy już, że jest inaczej."

Właśnie stoję na takim rozstaju. Wybrałem najmniej uczęszczaną drogę, ale zanim na nią wkroczę, muszę się rozliczyć z przeszłością. I to nie jest tak proste, jak się ludziom wydaje. To jest spacer szlakami już przebytymi. I to, niestety, musi być spacer, bo im szybciej się biegnie, tym mniej się widzi. Lepiej jest zestroić spacer w myślach ze spacerem rzeczywistym. Lecz niestety nie spacerowałem. Ostatnio mam coraz mniej czasu na spacery.

Siedziałem na ławce w Parku Saskim. Ludzie przechodzili obojętnie, nikt nie ma już czasu na siedzenie na ławce w parku. Wszystkie były puste. Inna sprawa, że było -10 stopni. Nie przeszkadzało mi to. Wręcz przeciwnie - czułem się bardzo dobrze. Brakowało mi tylko jednego. Brakowało mi muzyki Doorsów. Na ich koncertach ludzie palili marihuanę i rozbierali się do naga. Właśnie tylko taki euforyczny stan mógłby być lepszy od tego. Musiałem przekomicznie wyglądać siedząc na mrozie i uśmiechając się do siebie, z tym, że ja nie uśmiechałem się do siebie. Uśmiechałem się do ludzi... Nikt na mnie nie patrzył. Ich strata – pomyślałem. Uśmiech nieznajomego jest dość cenny w tych czasach. Czasami patrząc na kogoś można ściągnąć jego wzrok. Chciałem ściągnąć czyjś wzrok. Niech patrzą na szczęśliwego człowieka i zazdroszczą.

Udało mi się ściągnąć jej wzrok. Uśmiechnęła się do mnie... Urocza była w tym uśmiechu. Nie prowokuj dziewczyno. Dziś jestem Królem Świata. Chciałem, żeby się zatrzymała. Żebyśmy trwali w tym spojrzeniu. Ludzie się nigdy nie zatrzymują. Nie mają już czasu. Zatrzymała się. Zatrzymała się! Kto by pomyślał? Taka urocza... I do tego ma jeszcze czas. Nie prowokuj dziewczyno, nie prowokuj!

Wstałem tak nonszalancko jak tylko potrafiłem. Ruszyłem w jej kierunku kołysząc ramionami w rytm mojej wewnętrznej muzyki. To Doorsi mi w duszy grali. "Break on trough to the other side". Stanąłem naprzeciwko niej. Dość blisko. Dość bezczelnie.
Hello, I love You, would you tell me your name?
Make me feel alright!

- Czy mogę Panią prosić do tańca? – Wyciągnąłem do niej rękę. Tak, jak to robili na starych filmach. Nie mówiła nic. Patrzyła mi prosto w oczy tak... Tak po prostu. Miała piękny uśmiech. Wspięła się na palce i wyszeptała mi do ucha:

- Nie tutaj. – Znów zaczęła głęboko zaglądać w moje oczy.

Nie prowokuj dziewczyno, nie prowokuj. Dziś jestem królem świata.

- W takim razie jestem zmuszony zabrać Panią na kolację.

Chwyciłem ją za rękę. Nie stawiała oporu. Zaczęliśmy iść. Nie łączyło nas nic, poza naszymi dłońmi i uśmiechem na ustach. Dała się porwać chwili. "Carpe Diem". Nie mówiliśmy do siebie nic. Przez całą drogę nie spojrzeliśmy na siebie ani razu. Dzień powoli przechodził w noc. Noc, która zaczynała się już o szesnastej. Chciałem, żeby trwała do rana. Prowadziłem do celu bocznymi uliczkami. Tłum nie był nam teraz potrzebny.
Love me two times baby, love me twice today
Wybrałem małą knajpkę nieopodal starówki. Miły lokalik. Dobre jedzenie. Brakowało tylko zespołu grającego na żywo. Zamiast tego był DJ.

- Stolik dla dwóch osób. Blisko parkietu jak można.

- Oczywiście. Już prowadzę.

Sala była prawie pusta. Tylko przy barze siedziało kilka osób. Było idealnie. Sala w podziemiach. Półmrok. Usiedliśmy do stolika, kelner podszedł niemal od razu.

- Co państwu podać? – Nie zaglądałem nawet do karty.

- Ja poproszę Jacka Danielsa z lodem.

- Zawsze pijesz whiskey na obiad?

- Kiedy tylko się da.

- W takim razie ja poproszę to samo – oddała kartę kelnerowi – Zrobimy to po Twojemu.

Wyciągnąłem z kieszeni papierosy.

- Palisz?

- Nie. – wyciągnęła papierosa z paczki – Ale dziś robimy to po Twojemu.

Nie prowokuj dziewczyno, nie prowokuj. Dziś jestem królem świata.

Trzeba to przyznać. Jest coś pociągającego w dziewczynie z papierosem w ręku. Nawet się nie zakrztusiła. Musiała już kiedyś palić.

- Gdzie paliło się u was w szkole?

- Za budynkiem. W zimie w toalecie.

- To tak jak u mnie.

Kelner przyniósł whiskey. Nawet się nie skrzywiła. Musiała już pić whiskey. I to wiele razy. Odstawiłem szklankę na stolik i podszedłem do DJ'a.

- Macie coś Doorsów?

- A co Pan sobie życzy? – Trudne pytanie. Czego bym teraz posłuchał?

- "Touch me"

- Się robi.

Wróciłem do stolika

- Czy mogę poprosić Panią do tańca? – Wyciągnąłem do niej rękę. Tak jak to robili na starych filmach. Wstała bez słowa i wyszła na środek parkietu. I zaczęła ruszać się rytmicznie w rytmie głosu Morrisona. Wyglądała cholernie zmysłowo w tej scenerii. Podszedłem do niej. Zaczęliśmy tańczyć. Tańczyliśmy cały czas. Robiliśmy przerwy tylko na kolejną szklaneczkę whiskey. DJ cały czas grał Doorsów.

Po "Moonlight drive" wyszeptała mi do ucha, że pora już iść. Nie byłem w stanie odczytać godziny na zegarku. Zapłaciłem rachunek i wyszliśmy. Szliśmy pod rękę spokojnym, miarowym krokiem. Było mi gorąco, choć tak naprawdę musiało być cholernie zimno. Tym razem ona prowadziła. Szła pewnie i dostojnie. Dokładnie wiedziała czego chce.

Gdy dochodziliśmy pod jej blok zatrzymałem się. Chciałem się pożegnać, życzyć miłego dnia. Nie pozwoliła mi. Jak tylko się zatrzymałem pocałowała mnie. Pocałowała mnie tak, jak jeszcze żadna kobieta mnie nie całowała. Było w tym coś "magicznego". Nie pozwoliła mi odejść. Chwyciła mnie za rękę i zaczęła biec. Wbiegliśmy po schodach na piąte piętro. Nigdy nie byłem zadowolony, kiedy biegałem. Wtedy było inaczej. Wtedy czerpałem radość z tego biegu. Gdy byliśmy już pod jej drzwiami oparła się o nie plecami. Przyciągnęła mnie do siebie i pocałowała jeszcze raz. Nie był to zwykły pocałunek. Nie było też jak na dole. Teraz było elektryzująco. Było w nim coś niepokojącego, ekscytującego... Widziałem te dwa ogniki w jej oczach. To te ogniki nadały temu pocałunkowi taki posmak. Elektryzujący posmak. Wpadliśmy do jej mieszkania. Było ciepło, ona prowadziła. Padliśmy obydwoje na jej duże lóżko.

Now you show me your thing.

Wrap your legs around my neck,

Wrap your arms around my feet, yeah

Wrap your hair around my skin.

I'm gonna huh, right, ok, yeah.

(...)

Make me feel all right!


Później już nie zasnąłem. Patrzyłem jak pięknie ona śpi. Jej spokojna twarz była zadowolona. Spała z bardzo miłym półuśmiechem... Musiało śnić jej się coś bardzo, bardzo przyjemnego. Czasami jej twarz się zmieniała na chwilę. Wyrażała wtedy prawdziwą rozkosz, żeby po chwili stać się znowu spokojna. Nie chciałem jej budzić. Zsunąłem się z łóżka, ubrałem się. Chciałem jej napisać liścik, ale stwierdziłem, że to nie ma sensu. Pocałowałem ją na dowidzenia i wyszedłem.



Robert Frost powiedział, "Gdy stanąłem w lesie na rozstaju dróg podążyłem tą mniej uczęszczaną. I wiedziałem, że to znaczy już, że jest inaczej."

Ja już wybrałem swoją drogę. Pełną pasji i uniesień. Wybrałem swoją drogę, a pierwsze kroki na niej postawiłem dzisiejszego wieczoru.

Opublikowano

Urocze, ach ten słodki okres dorastania... Jeszcze coś pamiętam. Tylko wiesz co? Jeśli chcesz pisać, unikaj powtarzania się. "nie prowokuj dziewczyno" "Jestem królem świata" itp, powtarzasz tak często, że aż zanudzasz. I trochę mało spójny fragment w knajpce, najpierw jak na twardziela przystało, zamawiasz whiskacza, częstujesz laskę papierochem, a po chwili pytasz "gdzie paliła w szkole". No i po twardzeniu. Popracuj na stylem i dojrzewaj z każdym tekstem i nie wrzucaj za dużo tekstów doorsów, rozumiem, że miał to być klimat pubowo - hippisowo - woodstokowy z Morrisonem w tle, ale przesadzać w niczym nie wolno.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Benjamin Artur Ciekawe odniesienie do najwyższej góry, walka z sumieniem- sędzią moralnym takim indywidualnym. Te powtórzenia robią robotę
    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu? ─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie w linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ───   Gdyby sam [Włodzimierz Wysocki](https://www.google.com/search?q=w%C5%82odzimierz+wysocki&kgmid=/m/0252s_#sv=CBwSjAQKzwMSzAMKjANBTW4zLXlUanVOclVlYWdGWEJtVUhBVU9weFVkZHVOYlAyQV91dmNiME1pRnJlbkljT3VGd3BLNHZUeVpOSkZKTUZZTE5ING9NRmJLdDAxTjdvM2R0UG85V1VmT0pveE81WHVQeVpUbUhQUkVSMHAxUGhvUWtuQWRBZEdXTUxXV0trN3JEZllyUkpmalpFMFc0bWxvVTJ0SmtRYUIzVXFnMEx6c0g4VEFrbldhTXUzNUVpb3RPM2hKckIyR1RHSzg4NDhnUTdLMk9iU190UnJDSVRFclpaMk9QeFNQUUFsdHRkU2N0Z2VmRlV1WDhfOHBtYWl6cXF0bXpHTHc3RUpTcV9uZkQwR2UydUQwNjhkUkFmbnRHcHA5MTR1VmlrZ0EtYXFFeUVmQ0dzNFU5ajdnTWoxUmdvalVReVRGUHM1WERJR2szdmZnOUFqcTRuRkhlYlI4bWViWnpkNm52dHRlYXFYbm5fQlhPd1RLU1hEdHYyOVUtNnZ0QkI2ME5SMzFzTHdxS0JoN3ZlcHYSF2N3WWxhdVh1Skx5eDVOb1AwdGF3Z1FRGiJBSktMRm1MWTJlTmx1R2lGVVV4YjBIR3prQlZaX3EzLTN3EgQ3ODU0GgEzIhkKAXESFHfFgm9kemltaWVyeiB3eXNvY2tpIhIKBWtnbWlkEgkvbS8wMjUyc18oABhFIKj_xMsB) stał na scenie – wymięty, z papierosem w kącie ust i nienastrojoną siedmiostrunową gitarą, charkocząc w mikrofon przed Waszym wieloczęściowym poematem – jego zapowiedź (wstęp) brzmiałaby dokładnie tak: ------------------------------ ## Wstęp (Mówi Włodzimierz Wysocki) (Szarpnięcie basowej struny, głęboki, chropowaty kaszel, chwila ciszy na dostrojenie) Wiecie... Napisałem kiedyś taką pieśń, „Moskwa – Odessa”. O tym, jak człowiek siedzi na lotnisku, patrzy w niebo, a tam lód, chmury, i nigdzie go nie puszczają. Człowiek chce do Odessy, a jemu mówią: leć do Paryża, leć do Władywostoku, wszystko otwarte! A ty, jak ten idiota, uparłeś się na jedno miejsce, bo tam akurat jest mgła, zamieć i lód. Bo tam cię najbardziej nie chcą... Myślałem wtedy, że najgorsze, co może spotkać człowieka, to pas startowy pokryty lodem i uśmiechnięta stewardesa, która przesuwa rejs o kolejną godzinę. Jakże byłem młody. Jakże byłem naiwny. Dziś ten pas startowy to cała nasza ziemia. A loty odwołano na zawsze. Popatrzcie na to, co dla Was przygotowaliśmy. To nie są ładne wierszyki do poduszki. To meldunek z frontu, który przebiega przez nasze własne podwórka. Kiedyś Bułat śpiewał o papierowym żołnierzyku, co chciał ratować świat i spłonął w ogniu. Piękna, smutna bajka. Ale dzisiaj ten żołnierzyk nie jest zrobiony z czystego papieru i marzeń. On jest zrobiony z wezwań na przesłuchania, z wyroków, z raportów policyjnych. Stał się żołnierzem biurowym. I śruby... Kiedyś dokręcało się je w motocyklu, w rowerze, żeby maszyna szła do przodu. A teraz? Teraz przyszedł wujek Wołodia. Wielki mechanik. I dokręca te śruby tak, że nam wszystkim zaraz pękną ramy, pękną kości, a krew zacznie tryskać z uszu. I wiecie co jest najstraszniejsze? Że ludzie stoją w kolejce i proszą: „Wujku, dokręć jeszcze trochę! Mocniej kręć, aż po sam grób!” Ale ja wam powiem jedno. Przeżyłem swoje, biegałem z wilkami, omijałem czerwone flagi. I wiem, że każda, nawet najbardziej wściekła sfora majorów, w końcu się zmęczy. Każdy dyktator, który dziś trzyma imperium u swoich stóp, jutro będzie tylko zimnym, sinym trupem w kostnicy. Słuchajcie tego. Słuchajcie uważnie, dopóki struny nie pękną, a w gardle nie zabraknie tchu. Bo to minie. Jak nad Moskwą majowa burza. Musi minąć. (Potężne, agresywne uderzenie w akord Hm... I płynne przejście w Część I: „Który już raz lecę z Moskwy do Odessy...”) ------------------------------ Jak podoba Ci się ten wstęp? Czy idealnie buduje napięcie przed Twoim tekstem, czy chciałbyś dodać do wypowiedzi Wysockiego konkretny szczegół (np. o wilkach lub o paralizatorach)?    
    • @jan_komułzykant Janko, Ty też jesteś figlarz, pozdrawiam :)
    • ~~ Wokanda sądowa w Zakopanem. Sprawa pomiędzy Panią a Panem. Pani przed sądem zeznaje, że jej mężowi nie staje. Żąda rozwodu. Woli z kapłanem. ~~
    • @violetta zapętlone odczucia budzą skojarzenia. Dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...