Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

- A jak mi się zachce spać po północy, to zrezygnujesz z imprezy i będziesz mnie wiózł tyle kilometrów, czy każesz spać z głową w talerzu?
Norton tylko przelotnie uśmiechnął się na myśl o głowie Gizy robiącej - klap, tak jak zdarza się to robić jego Simce z gry komputerowej, zbyt długo randkującej z kolejnym kochankiem, którego jej wyznaczył.
Z tonu kobiety o wiele wyraźniej, niż pytanie, wyłaniała się apatia, mająca mówić o znajomości odpowiedzi i nie czekaniu na inną, płynacą z jego ust. To musiało oznaczać, że ona nie chce spędzić z nim sylwestra... Nie mogło być o tym, że wypomina coś z zaistniałych relacji między nimi. W zasadzie nic ich nie łączyło poza studiowaniem tego samego kierunku. Kierunku...
Poczuł się urażony, że nie zostawiła mu miejsca na odpowiedź, ale zarazem nabrał pewności siebie, że słowa których Giza boi się usłyszeć, nie są jej obojętne.
- W jakim taletrzu? Tym za który zapłacę 500 zł. wejściówki? Zsunę cię pod stół, żebyś go nie zapaprała.
To bezpardonowe zapominanie Nortona, ile ona ma lat, wpędzało ją w tak głupie stany emocjonalne, że w pierwszym odruchu, to by najchętniej uciekała, tylko wzgląd właśnie na wiek nie pozwalal jej posuwać się do tak niepoważnych zachowań. Sama uważała za naturalne i warte wdrażania, żeby relacje w grupie studenckiej były koleżeńskie bez względu na zróżnicowany wiek. Nie chciała funkcjonować jako matrona między dzieciakami z jakąś jedyną koleżanką "tylko" o 10 lat młodszą. Przecież ich rola była równa... To ona zaczepiła Nortona pierwszego dnia, jak i niejedną z wycofanych, nieszukających kontaktów osób. I jeszcze była zadowolona z siebie, że to zwracanie na Ty, przychodzi jej z łatwością, niczym do własnych dzieci. Dopiero informacja zwrotna w tej komunikacji zaczęła ją przerastać. Była bardzo różna, choć z tym samym Ty w treści. Równość równością, ale na partnerstwo nie jest gotowa z nikim. Z nikim kompletnie: ani z rówieśnikiem, ani ze starcem, a tym bardziej z dzieciakiem - z rówieśnikiem jej dzieci!
Może tylko ma obsesję? Może dla Nortona, to wszystko jest jedynie normą koleżeńską, a tylko ona nie potrafi tego prawidłowo identyfikować, jako człowiek z innego pokolenia? To napewno ona jest nienaturalna i robi z siebie ofiarę molestowania...
Tak bardzo różnie wyglądała zwyczajność jej młodości, a młodości jej dzieci. Ich goście nie tylko nie zamykają się po kątach i nie starają trafić na nieobecność rodziców w domu, ale w ogóle nie umieją myśleć o sobie, że są inni od domowników, na jakiś innych prawach. Jak są głodni, to robią sobie jeść, szperając bez pytania w lodówce, jak są śpiący, to kładą się spać pokotem z jej dziećmi i zostają tyle ile chcą, ile mogą, a jak są niedopieszczeni, mówią do niej "mamo", czekają na śniadanie do łóżka i picie, a nawert kanapki do szkoły. Jeden przestawił meble, bo poprzednie ustawienie mu nie pasowało. Normalka...
- Nortonku, jak załatwisz łóżko i złożysz ślubowanie, że my w tym łóżku będziemy tylko spali, to możemy iść na tego sylwestra - nie chciała mówić protekcjonalnie, tylko poważnie, ale ilekroć zaczynała słyszeć swój za dziecinny do wieku głos, kończyło się to nabijaniem z rozmówcy. Nie zawsze w temacie przemyślanym.
Żałowała swoich słów z automatu: "Żesz (...!) nie dość, że jestem stara i z obsesją seksualną, to jeszcze znerwicowana!"
- Jadę załatwiać łóżko - Norton starał się przybrać równie rzeczowy ton odchodząc.

*********************************************************

Giza zasnęła łatwiej niż sobie wyobrażała. Obecność drugiego ciała w łóżku nie denerwowała jej w ogóle. Może dlatego, że wcześniejsza wielokrotna styczność z nim w tańcu uspokoiła wszekie podejrzenia o zakusy Nortona do zbyt bliskiej zażyłości; może przez szampana, dającego nieprzyjemne wrażenie, że jeśli nie zaśnie się natychmiast, to zostanie go tylko zwrócić; a najpewniej z powodu zbliżającego się świtu po nieprzespanej nocy, który okazał się doskonałą porą do zaśnięcia glęboko.

*********************************************************

Jeżeli dotknie tych włosów leżących na poduszce, to one nic nie poczują, i to w zasadzie tak, jakby dotykał poduszki...
Pomimo takiego myślenia palce Nortona nie wybiegały w stronę Gizy. Nie dlatego, ze umawiał się z nią na spanie w łóżku. Do żadnego ślubowania w końcu nie doszło. Właściwe szkoda...
Czuł, że gdyby miało miejsce, już teraz by spał, a nie przkręcał się, udajac że któryś z boków daje mu wiekszą wygodę, niż ulubione leżenie na wznak, w zasadzie niemożliwe przy Gizie na tym łóżku.
Przesadza... Ono jest możliwe z łatwością, tylko że wówczas dotykałby jej...
Co to za problem? Dotykał jej całą noc! Dotykał rąk, pleców, czuł nogi, brzuch.
Tak, ale wtedy chciał, żeby się uspokoiła, żeby przestała się go bać. A teraz, z tym czuciem jej, zostałby sam. Ono byłoby dla niego...
Nie musi leżeć ani na plecach, ani na bokach, może jeszcze leżeć na brzuchu!
No i źle zrobił. To już nie tylko ręka przylegająca wzdłuż jej ciała znalazła się w zacieśnionej pozycji... Teraz wszystko jedno.
Norton powoli odchylił kołdrę, usiadł na łóżku i ze spokojem zaczął się rozbierać. Zupełnie. Nie bardzo mógł zebrać myśli, dlaczego chce być całkiem goły, ale właśnie tak chciał się czuć - nagi.
Gdy w pościel zanurzył obnarzone ciało i przylgnął nim do odwróconej plecami Gizy, to tym razem wcale nie wydawała mu się ona za bliska, tylko ciągle za daleka. Miękka sukienka, promieniująca ciepłem z ciała Gizy, była jakimś trupem oddzielającym go od życia. Nieproszoną granicą, przez którą należało się przedrzeć.
Postanowienie jej zadarcia do góry, by zdjąć majtki Gizie przyśpieszyło oddech Nortona. Jakby całe jego ciało wpadło w panikę, że przed czymś nie zdąży i powinno wydłużyć czas jego życia szybkim oddechem.
Giza nie miała rajstop w łóżku i zadzieranie jej sukienki posuwało rekę po miłej goliźnie, przez którą ciało Nortona musiało chłodzić go zlewnym potem od narastającego w nim gorąca. Szybko zsunął majtki, jako wroga miejsca swojego całowania, którego był pewien, gdy poczuł, że teraz powinien w nią wejść. Zaraz, natychmiast! Ale chce zobaczyć ją z przodu. Przecież nie może nie widzieć! Gwałtownym ruchem przerzucił nogi Gizy na wznak, upajając widokiem owłosionego sromu, i odkrywając w rozgoraczkowaniu, że nie jest w stanie rozwieść jej nóg z powodu majtek zsuniętych tylko na uda.
Nagle drobne dłonie Gizy wbiły się ostro jak szpony w przeguby rąk Nortona, ciągnących majtki do dołu.
- Nie kradnij! - wysyczała rozbudzona. Właściwie to chciało jej się płakać, że nie usłyszała swojego dziecinnego głosika, tylko taki akuratny i stary, jaki tu pasował.
Dłonie Nortona zwiotczały jak i prącie, ale pozostał jedną nogą w przyklęku między jej nogami. Był goły... Wielki przerośnięty bobas z fałdami tłuszczu i skąpym owłosieniem, które nie chciało się wykształcić pomimo metrykalnej dorosłości. Taki dumny ze swojego wyglądu, a jej nie rozebrał? Wiedział, że nie znajdzie wymion jak u jego bab z tapet notebooka... Za nią się wstydził? Wrażliwiec - (...!). Norma mu się nie zgadzała.
Podciągnęła majtki, wysuwając nogę spomiędzy jego nóg, poprawiła sukienkę i nakryła się kołdrą kładąc jak najdalej od niego. Na wznak. Nie zamierzała opuszczać pokoju. Zamierzała powiedzieć coś takiego, żeby go strasznie bolało, ale miała pustkę w głowie.
Norton zrozumiał to jako oczekiwanie na tłumaczenie i wszedł pod kołdrę kładąc obok niej. Jedynie ogromne napięcie w oczach Gizy, wpatrującej w niego bez choćby jednego mrugnięcia powiekami, kazało mu zachować dystans. Niemal wyszeptał, starając się w każdej sekundzie umieścić tylko pieszczotę i gładząc odruchowo palcem kołdrę:
- Byłoby ci dobrze...
Zapalnik zadziałał ze zdwojoną mocą, bo błyskawiczna wyobraźnia Gizy przeniosła ją do oglądania Takiej, której musiał już sprawić przyjemność... Wrzask Gizy, która nagle skoczyła na nogi z łóżka, uświadomił mu pomyłkę:
- Nie możesz tego wiedzieć! Gnojku!
Norton usiadł.
- Wejdź do łóżka. Porozmawiajmy spokojnie - przyjął swój komenderujący ton.
- My nie mamy o czym rozmawiać!
- Mów za siebie.
- A, prze cie bardzo... Nawijaj, nawijaj! - Giza nie zbliżyła się do łóżka, a swój ironiczny ton ubrała w najnowocześniejszą formę językową, na znak swojej zdolności do pełnego zrozumienia młodzieży.
Po czym - jakby nagle zakończyła przytomnienie po śnie - z zupełnie obojętną, a może nawet zawstydzoną twarzą, wyszła.

Opublikowano

Powiem tak: technicznie dobre.
Nic więcej jednak nie mam do dodania. Bo dla mnie to jest po prostu obrazek. Coś jak wyjątek z jakiejś większej całości - opis jednego zdarzenia, któregoś z kolei.
Czegoś mi tu brakuje...

Pozdrawiam, R.

Opublikowano

Mściwość na miarę faceta. Gdyby jeszcze ten facet umiał powiedzieć jak według niego miałaby wyglądać "większa całość", to dodałabym - mojego formatu (faceta).
Opowiadanie zakończyłam tym, że bohaterka uświadamia sobie własną winę zaistniałego zdarzenia. Winę swojej gorliwości. Gorliwości w nadążaniu za Duchem Czasu, w rozumieniu wszystkich i wszystkiego. Nie przypadkiem dzieci wchodzą jej na głowę razem ze swoimi gośćmi. To nie jest symptomatyczne dla całego pokolenia, jak ona sobie błędnie tłumaczy. To jest symptomatyczne dla kobiety altruistycznej, ze zbyt słabym kręgosłupem.
Tak patrząc na "obrazek" nie ma w nim nic do dopisania.

Opublikowano

Nie napisałam, jak miałaby wyglądać większa całość, bo nie mam pomysłu. Zresztą, kiedy mówię, co można by dodać/odjąć - zazwyczaj dostaję po łbie. Nie chcę się więc specjalnie wychylać...

A mścić się? Za co? Bardzo mi się podobał Twój koment pode mną... Dziękuję za niego. :)

Zresztą - może i masz rację. Może faktycznie źle na to spojrzałam.
Domyśliłam się, że pokazanie tych dzieci, co to panoszą się po mieszkaniu, miało czemuś służyć, a nie było takie ot, po prostu. I wiem, wiedziałam już wcześniej, że w opowiadaniu chodziło o to, że ona usiłuje nadążyć za Duchem Czasu.

Fakt - odwołuję zdanie "taki tam po prostu obrazek", czy jak to tam brzmiało. Bo ma drugie dno. Okej.

Ale - mimo wszystko - obstaję przy twierdzeniu, że czegoś tu brakuje.

Pozdrawiam, R.

Opublikowano

Po troszę, to i mi czegoś w tym opowiadanku brakuje. Ale ponieważ to nie wynika z jego niezamkniętej formy, ponieważ do puenty dochodzi, pomimo maleńkiego rozmiaru, to ten dyskomfort może wynikać jedynie z wadliwego przesłania. Być może bohaterka kończy nie na tej mądrości na której powinna. Dosyć pospolitym i kompletnie nie odkrywczym jest myślenie, że to kobieta winna jest całemu złu dziejącemu na świecie, bo strąciła mężczyznę do przynoszacego mu śmierć świata seksu. Całe życie tak nauczają mężczyźni, a tu jeszcze jakaś kobiecina zaczyna się walić w pierś, w oznace skończonego oświecenia (skończonego opowiadania), że tak właśnie jest, że Oni mają rację. W tym sensie opowiadanie pozbawione jest pazura.
Z drugiej jednak strony, gdy kobieta sama dochodzi do takiego wniosku - że jest winna - to mężczyźni nie mają jej już nic do powiedzenia, mogą się wypchać z tym swoim nadrzędnym człowieczeństwem, nie mają jej czego nauczać...

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Możliwe... No, fakt - kończy się jakąś puentą. Tylko - moim zdaniem - dobrze ukrytą. Nie rzucającą się w oczy. No, ale jest. I nigdy nie twierdziłam, że jej nie ma. Zawsze ją widziałam.

No, a on - Biedny Mały Żuczek - nie umiał odmówić. Jakby nie miał własnego mózgu. A większość z nich z niewiadomych powodów uważa się za lepszych, niż kobiety...

Tylko czemuż ta kobieta jest winna? Jeśli mówimy o bohaterce - chyba tylko swojej głupoty i chęci przypodobania się mężczyznom.

Pozdrawiam, R.
Opublikowano

Do zapytanka kolegi tymczam się nie odniosę, bo jeszcze się nie połapałam czy jest retoryczne, czy nie do końca. Proszę o rowinięcie.
Natomiast moja interlekutorko R:
Nie wierć mi dziury w brzuchu, przecież sama już przyznałam, że bohaterka odkrywa jedynie własną głupotę. Zresztą całkiem podobnie jak Twoja z "Biura podróży", która wypatrując zbawiciela od dyndania na sznurze doczekała jedynie pocięcia swojego ciała przez oprawcę z głębią (ewidentnie inteligent wedle tego jak się jej przedstawił).
Idź do tego filozofa piętro nade mną, co to postanowił zobaczyć w wirusie HIV oręż meżczyzn, mogących dzięki niemu karać kobiety wyłamujace się z wiernego sprawowania społecznych funkcji zawodowych. A przy tym kobiety podnietliwe pod wpływem rozmarzenia, że potrzebne są jako opiekunki dla dziadka...
Nie mogę Dziada roztrzelać za to jak mu poukładały w głowie tzw. naleciałości kulturowe (w istocie - religijne), ale mogę pisać o całkiem innej seksualności kobiet, niż ta wygodna dla mężczyzn, mówiąca o seksualnosci różnej psychologicznie z uwagi na płeć, bo mogę pisać o seksualności godnej podziwu, wprowadzającej sprawiedliwość ze swej kobiecej natury, ilekroć kobieta ma odwagę ją zamanifestować. Nie zaspokoiłeś kobiety - jesteś człowiekiem nieudanym, chocbyś był jej mężem. Chyba należy się to kobietom po wiekach glindzenia na wspak?

  • 3 tygodnie później...
Opublikowano

Ech, miałem nie komentować, ale że się chwila wolnego czasu znalazła to w sumie czemu nie. ;) Najpierw trochę o treści, a potem "poskaczemy" po technikaliach. ;)

Autorka za swoich bohaterów obrała siebie i swojego kolegę z grupy. Jak sama napisała, jeszcze żadnego Sylwestra nie było zatem znają się co najwyżej kilka miesięcy. Ponieważ Autorka ma lat około czterdziestu (czysto subiektywne odczucie, ale: student ma powiedzmy 20-21 lat kiedy jest na pierwszym roku, a Autorka napisała, że jej kolega jest w wieku jej dzieci, zatem ma te circa 40 lat z możliwym wachnięciem w górę lub w dół) chodzi zapewne o studia wieczorowe lub zaoczne. A ile można dowiedzieć się o człowieku którego spotyka się tylko w czasie zajęć w ciągu kilku miesięcy? Niewiele, zwłaszcza, że jest to typ aspołeczny, co również znalazło się w tekście: "(...)To ona zaczepiła Nortona pierwszego dnia, jak i niejedną z wycofanych, nieszukających kontaktów osób.(...)". Taki człowiek nie rozpowiada o sobie na prawo i lewo. Spore znaczenie ma też fakt czy pracuje, jeśli tak to z kim (tj. w jakim wieku są współpracownicy), jakie warunki panują w pracy, i wiele innych czynników.

W powyższym tekście Autorka stworzyła bohatera na podstawie fałszywych i/lub niepełnych przesłanek. Zapewne opis całej sytuacji to opis niespełnionych pragnień Autorki. Zapewne opisywany przez Nią kolega dał jej do zrozumienia, że coś do niej czuje, a ona, bojąc się swoich uczuć stworzyła postać z której może się nabijać i pozwalać na to innym. A może w ogóle nie dał żadnego znaku, że na czymś mu zależy, a Autorka wymyśliła sobie resztę?

Teraz to co tygrysy lubią najbardziej :) Strona techniczna tekstu.

"(...)Norton tylko przelotnie uśmiechnął się(...)"
"(...)wpędzało ją w tak głupie stany(...)"

Czy czas jest aby taki sam w całym opowiadaniu? Bo mi się nie wydaje.

"(...)To bezpardonowe zapominanie Nortona, ile ona ma lat, wpędzało ją w tak głupie stany emocjonalne, że w pierwszym odruchu, to by najchętniej uciekała, tylko wzgląd właśnie na wiek nie pozwalał jej posuwać się do tak niepoważnych zachowań.(...)"

Po pierwsze i najważniejsze - literówki. W Wordzie jest taka opcja, która pozwala sprawdzić pisownię, nie wolno się jej bać.
Po drugie, czas, czas i jeszcze raz czas. Albo wszystko piszemy w czasie przeszłym, albo w teraźniejszym. Pisanie w dwóch czasach to kpina.
Po trzecie, enigmatycznie mówiąc, coś mi "zgrzyta" w zacytowanym zdaniu. Konstrukcyjnie jest, mocno skomplikowane. Proponuję jeszcze raz się nad nim zastanowić.

Nie oszukujmy się. Tekst na kolana nie powala. Styl taki sobie, ale widzę, że na tym forum Autorów traktuje się bardzo łagodnie, więc i ja się nie wyłamię z tego kanonu. Proponuję zamieścić tekst na Forum Mirriel i poczytać komentarze. Na pewno będą bardzo "ciekawe".

Pzdr. for All :)

Opublikowano

To, co napisałam nie jest pracą zrobioną z wielkiej weny, ale Ty spokojnie mógłbyś się na tym uczyć, pomimo umiejętności posługiwania się programem sprawdzającym błędy.
Jednym z walorów tego opowiadania jest właśnie narracja. Ten narrator zajmuje się nie tylko pokazywaniem bieżącej akcji, ale też rysowaniem czytelnikowi postaci od środka - emocji i uprzedzeń, przemyśleń bohaterów. Odznacza się specyficznym obiektywizmem wynikającym z falowania od punktu widzenia jednej postaci do drugiej. To dzięki niemu z kilku ruchów i kilku słów bohaterów dało się zrobić całe opowiadanie. I to takie opowiadanie nad którym w napięciu śledzi się bieg, gdyż można się spodziewać nawet tego, że ktoś tu kogoś zabije.

Pośmiać przy nim też się można, chociaż wcale nie z bohatera, co Ci się jakoś widzi. Zupełnie nie wiem czemu. Czy z powodu jego niekopulowania, czy obnażenia ciała? Chyba nie dlatego mężczyźni instalują sobie tapety z kobiecą golizną, żeby się nią nobilitować, czy poczuć nieśmiesznymi w odróżnieniu od golasek? W każdym razie nie wyjaśniasz w czym zobaczyłeś moją wolę do ośmieszenia kogoś moim opowiadaniem. Elementy tragikomiczne dotyczą bohaterki np. jej interpretacja, dlaczego ona nie jest zupełnie naga po przebudzeniu, która nawiązuje do kierunku ich studiów.

Rasowa literatura, bo niepodlegająca żadnej ekranizacji poza tą w umyśle. W odróżnieniu od tego, co Ty umieszczasz w Mirell (do której odsyłasz). Piszesz sensacyjne gnioty pozbawione polotu. Z raz spróbuj to przerobić na scenariusz, to może będzie to strawniejsze. Literat z Ciebie i tak nie wyrośnie - nie umiesz korzystać z narratora, chociaż walisz opisy sytuacji zajmujące 90% całości. Na dodatek nie jesteś zdolny do tworzenia żadnych nowych przesłań, nowych myśli. Jesteś niekreatywny, zaledwie odtwórczy.

Dzieli nas wizja dobrej postaci - takiej, której warto poświęcić czas na opisywanie jej. U mnie bohater dąży do jedności swojego światopoglądu z tym co robi i jest obserwatorem siebie samego w pierwszym rzędzie. Tworzenie przy tym akcji wymaga talentu polegającego na właściwym doborze okoliczności sprawdzającej tą jego kompatybilność w praktyce. Ciebie natomiast zadowala pokazywanie bohatera będącego świadkiem niezwykłych wydarzeń, które mają mówić o jego głębokim doświadczaniu życia, cierpienia... Tam nie ma nic, poza taplaniem się w tęsknocie za tragedią, jakby od tego człowiek robił się wielki. Tandeta.
Lepiej pij mleko...

Dobrze, że pilnie uczyłeś się w szkole o jedności czasów dla przejrzystości opowiadania, ale zupełnie nie wiesz na czym polega jej brak zakłócający odbiór (bo generalnie nie ma nic kompromitującego w zastosowaniu dwóch przemiennie, o ile tylko czemuś to służy). W każdym razie w przytoczonym cytacie nie występuje rozbieżność czasów.

A o co chodzi z tą moją nieznajomością koleżanek z pracy mojego pierwowzoru? Choćby on był samym alfonsem, czy świętym, to ja nie pisałam jego biografii.

Opublikowano

Przepraszam użytkowników Forum Mirriel za niepoprawne napisanie nazwy ich witryny, to nie z braku szacunku, jak zinterpretował jeden z twórców w korespondencji do mnie. Po prostu robię błędy.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...