Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Margałski - Cinkov

Z CYKLU „WESOŁE PRZYGODy KONIA MIECZYSŁAWA”:
CZTERY ZAPAŁKI

Poranny tłok w autobusie. To z pewnością nie jest to, co konie lubią najbardziej. Cóż jednak miałem począć? Przejechałem kopytem po pysku i wgramoliłem się do środka. Po mej prawicy siedziała sporych rozmiarów świnia z gromadką prosiąt. Przede mną dla odmiany stał nieco aromatyczny bawół, co chwila zerkając w moim kierunku spod - niemalże wciśniętego w ścianę - byka.
- ?eiwordz mat kaJ – zagadnął ktoś z lewej.
Odwróciłem się błyskawicznie i ujrzałem niewielkiego nietoperza.
- Przepraszam, pan do mnie mówi?
- ?ogok od A
Za cholerę nie wiedziałem, o co mu chodzi.
- Eee… czy you… sprechen… po das angielsku? – zapytałem grzecznie. Mój rozmówca spojrzał na mnie zdenerwowany.
- .ułyt do ęiwóm utsorp op aJ
- E… - wciąż nie mogłem zrozumieć tego dziwnego języka.
- Od tyłu mówię, kurwa! – ryknął. Cały autobus spojrzał w naszą stronę, on jednak, niezmieszany tym wcale, kontynuował:
- ?zseimuzoR
- Tak, teraz tak… to wiele wyjaśnia.
- ?eiwordz mat kaJ – powtórzył swoje pierwsze słowca.
Normalnie pewnie zdziwiłbym się tym, jakże obcesowym pytaniem, wszak nie znałem go ani trochę. Nic jednak nie było w stanie już mnie zaskoczyć.
- A nie narzekam. Dlaczego pan pyta?
- .ęlodreip ein einap ęis aj oB .mecub mipułg tsej eż, iwofezs meiwop i ędjóp, acarp at ęis im abodop ein elA .ęibor eibos ęteikna i mecwokuan metsej zareT.
Kiwnąłem głową i w trybie natychmiastowym opuściłem autobus. Dość miałem jego wywodów, nie lubię, jak dziwni nieznajomi zaczepiają mnie w środkach komunikacji miejskiej. Na szczęście do domu Mruczjana miałem tylko dwa przystanki. Nie ma to jak poranna przechadzka.

Po pysku Mruczka od razu widać było, że coś jest nie tak. I nie chodziło nawet o poroże z modeliny, które dotychczas wkładał tylko na Boże Narodzenie. A był przecież dopiero październik. Deszczowy, mokry i paskudny październik bez krzty jesiennego uroku. Niektórzy, jak siostra Eulalia na ten przykład mawiają, że piękna, złota jesień jest symbolem przemijania. Nie zgadzam się z tym, jeśli coś ma obrazować upływ czasu, to z pewnością jest to właśnie ta plucha, słota. Deszcz. Jesień na przełomie października i listopada. Bez kolorowych liści, bez…
- Długo będziesz tak stał w drzwiach? – głos Mruczjana wyrwał mnie z tych niezbyt optymistycznych rozmyślań. – Wchodź, bo mi po kulasach daje.
- A gdzie masz swoje lakierki? Te w kształcie kopyt jelenia? – zdziwiłem się. Do tej pory nigdy się z nimi nie rozstawał.
Machnął tylko łapą:
- Potem ci powiem. Jak Morda przyjdzie.
- Nie ma Józka jeszcze?
- Nie.
Dziwne, zawsze przychodził co najmniej godzinę przed ustalonym czasem. Podobno miał to po dziadku, Iwanie Burkowiczu, któremu zdarzyło się kiedyś przyjść na umówione spotkanie tydzień wcześniej.
- Rozgość się… - mruknął Mruczjan. – Kawy? Herbaty?
Zamurowało mnie na chwilę. Sam z siebie proponował mi coś do picia! Tak, to był kolejny dowód, że coś musiało się wydarzyć.
- A… - potarłem brodę kopytem. – Herbaty.
- No, to wiesz gdzie jest kuchnia. Idź se zrób. I mnie przy okazji też.
Może jednak nie było z nim aż tak źle?

Płonne jednak okazały się me nadzieje – było. I to bardzo źle. Wszystko zaś wyjaśniło się z przyjściem Józefa Azorowicza Mordackiego.
- Coś chciał? – od drzwi rzucił owczarek.
- Widzicie, panowie, jest taka sprawa…
- Nie mam kasy – zaznaczyłem odruchowo, ale Mruczjan przecząco pokręcił głową.
- Nie o to chodzi. Rzecz jest dużo bardziej poważna. W sklepie… moim – mocno podkreślił to słowo – ulubionym sklepie, przy Jelenickiej 12, nie ma brązowej pasty do butów! Od tygodnia!
- No i co? – zdziwił się Józek popijając własnołapnie zrobionej kawy.
- Jak to co?! – z rozpaczą ryknął nasz przyjaciel. – Jak to co?!! Jak to co?!!!
- No co?
- Moje lakieeeerkiii!!! – zaniósł się spazmatycznym płaczem. – Bidulki, już tydzień ich nie pastowałem...
Spojrzałem na Mordę, ten ze smutkiem pokręcił głową. Chyba dopiero wtedy zauważył brak obuwia Mruczka. Wam, Drodzy Czytelnicy, może wydaje się to zabawne, my jednak, jako przyjaciele Mruczjana, doskonale rozumieliśmy jego rozpacz. Lakierki były dla niego świętością, jak zresztą wszystko, co jeleniowate. To tak, jakby ktoś ukradł Waszej babci berecik. Z antenką.
- Co zamierzasz? – spytałem nieśmiało.
Mruczjan głośno wytarł nos i spojrzał wprost na mnie. A w oczach jego zapłonął ogień piekielny:
- Spalimy im tę budę! Józek, załatwisz jakiś sprzęt?
- No benzynkę jaką mogę.
- Nieee… no wiesz, coś ekstra. Ty jesteś naukowiec, nie?
- Nawet o tym nie myśl – obruszył się Mordacki. – Moje wynalazki to dzieła sztuki, można z ich pomocą niszczyć całe planety. Zdmuchiwać z powierzchni Ziemi cywilizacje. Użyć ich do spalenia sklepu? Phi! Profanacja!
- Dobra, już dobra – zmieszał się Mruczjan. – Weź tę benzynę.
Nie wiedzieć czemu, chwilami miałem wrażenie, że nie pasuję do ich towarzystwa. Jestem spokojnym koniem, rozumiem – dać komuś w ryj, wyrwać kręgosłup. Ale żeby od razu palić sklep? Nic to, kumpel jest kumpel. Za honor!

Nie lubię gołębi. Czy też może nie tyle – nie lubię, co boję się ich. Chodzi toto po ulicach, parkach, dworcach. Często chore. Czasem w stadku, czasami samotnie. Tak najgorzej. I żebrzą o coś do jedzenia, czekają na łaskę innych, wyżej postawionych stworzeń. Żal mi gołębi. Być może część z nich chciałaby wziąć się do jakiejś uczciwej pracy. Ale nikt im jej nie da, większość nie ma nawet złudzeń. Tak… Najgorzej być samotnym gołębiem. Autobus jak zwykle się spóźniał. Zastanawiam się, po co oni w ogóle piszą te rozkłady, skoro i tak każdy jeździ jak chce? Nie łatwiej byłoby spalić to wszystko w cholerę? Albo dać na makulaturę? Po prostu przychodzisz na przystanek i czekasz. Jest autobus – fajnie, masz szczęście. Nie ma – czekasz dalej. Ewentualnie idziesz na piechotę. A tak patrzysz w rozkład i tylko się denerwujesz.
Na przystanku nie byłem sam, obok mnie siedziała starsza, pomarszczona już foka. Miała na sobie bladoróżową, zrobioną na drutach czapeczkę i wytartą puchową kurtkę. Mimo tego trzęsła się z zimna, pojękując od czasu do czasu. Gołębie nie próżnowały. Dookoła chodziło ich co najmniej piętnaście. Co chwila któryś z nich wystawiał głowę w kierunku mnie albo starej foki i błagalnym wzrokiem prosił o coś do jedzenia.
- I co się patrzysz? – wystękała babcia do jednego z ptaków. – Jak miałam, to wam dawałam. Tylu tu … tylu… a żaden nawet kaszy wam nie sypnie. Dwie zimy chodziłam, dawałam wam co miałam. Codziennie. A teraz? Teraz sama chora jestem… Jakbym miała, to bym wam dała…
Jęknęła i ciężko nabrała powietrza. Odwróciłem głowę. Podjechał autobus.
Jakież było moje zdziwienie, gdy na miejscu kierowcy zobaczyłem znajomego nietoperza. Uśmiechnął się na mój widok:
- !ęcarp ąwon mam I ?mełaizdeiwoP ?mecub mipułg tsej eż, um mełaizdeiwoP

W tej chwili z całą stanowczością mogłem już powiedzieć, że był to dzień pełen wrażeń. Ale to nie koniec.
Na drzwiach do mieszkania znalazłem – przypiętą różową pinezką – karteczkę. Nawet zbytnio nie podziurawili mi drzwi. Karteczka owa poprzez koślawe pismo miała przekazać mi enigmatyczną wiadomość – „Zebranie w sprawie kranu – 18.00 na pierwszym piętrze”. Podrapałem się w łeb, nie miałem pojęcia, o co im znowu może chodzić. Dozorca, dzik, dość obfity cieleśnie i umysłowo wprost przeciwnie, znany był z nieczystych i nie do końca zrozumiałych zagrywek. Ostatnio wprowadził zakaz wchodzenia na klatkę lewą kończyną, kazał też postawić wartownika z kałachem przed drzwiami wejściowymi. Dodatkowo opracował specjalny klucz wchodzenia po schodach. Pomyślicie, że to proste, wystarczy naprzemiennie stawiać nogi /łapy? Nic bardziej mylnego. „Reforma drogą do postępu, nowość podstawą wzajemnej koegzystencji gatunków i rozwoju społeczeństw.” Taki napis kazał wyrzeźbić w brązie, obok swojego pomnika na Kasztance, na drugim piętrze. Wracając do rzeczonego klucza, brzmi on tak (każdy z mieszkańców musiał zdać specjalny egzamin z jego znajomości): lewa – lewa – lewa – prawa – prawa – lewa – prawa – przysiad – lewa – lewa – prawa – prawa – prawa – okrzyk radości – lewa – prawa – prawa – pieśń bojowa – prawa – lewa – prawa… To rzecz jasna tylko wycinek ze znacznie obszerniejszej całości, wszak mieszkam w ośmiopiętrowym bloku bez windy i poręczy na parterze.
Zebranie nie odbiegało specjalnie od przyjętych przez dozorcę standardów. Najpierw on sam, przy marszowych dźwiękach kotłów i orkiestry strażackiej wszedł na podwyższenie, zmarszczył brwi i przemówił, głosem wesołym, a ogromnie przez to smutnym:
- Szanowni współmieszkańcy! Z wielkim niepokojem zaobserwowałem, że relacje między nami stały się ostatnio dużo chłodniejsze! Gdzież jest, ach gdzież, wzajemna przyjaźń i poczucie wspólnoty? Wszak jest to budulec, z którego ulepić mamy szansę idealną społeczność! Społeczność mieszkańców! Nie marnujmy raz danej szansy, zaklinam! – Tu otarł łzę i wysmarkał się głośno. Wśród zebranych dało się słyszeć szmery.
- Dlatego – uniósł rękę – postanowiłem, co następuje: od dnia jutrzejszego odcięta zostanie woda w mieszkaniach! W zamian, na trzecim piętrze, żeby mniej więcej było pośrodku, postawimy naszą nową, wspólną toaletę i łazienkę! Z pewnością stanie się ona wspaniałym pretekstem do wspólnych spotkań! Tak mi dopomóż Bóg i Święty Krzyż.
Odpowiedziała mu burza oklasków – tak na wszelki wypadek. Następnie przeprowadzono specjalne zapisy, wiadomym jest przecież, że jedyna łazienka w ośmiopiętrowym bloku, stale będzie okupowana. Wskutek tego ja zostałem uprawniony do korzystania z łazienki i toalety w każdy wtorek o czwartej dwadzieścia trzy rano, piątek o trzynastej jedenaście i niedzielę o wpół do pierwszej w nocy. Po skończeniu zapisów miejsce dozorcy zajęła mała krówka odziana w ludowe szaty, skrępowana łańcuchem i z oderwanymi rogami na znak przywiązania do tradycji. Zaczęła recytować natchnionym głosem:

Woda – życie to powiecie.
Woda to jest życie przecież.
Wody brak – brak życia zatem.
Kto bez wody ten denatem.

Niechaj szklankę wieszcz wychyli,
Byśmy wszyscy wodą żyli.
Woda życiu dopomoże.
Patosamen. I o Boże.

Dzik z trudem powstrzymywał się od płaczu. Podziękował krówce i łamiącym się głosem przedstawił nam swojego nowego zastępcę. Mały nietoperz ukłonił się zgromadzonym na korytarzu:
- .yrbod ńeizD

Z Mruczjanem i Mordą umówiony byłem na dziewiętnastą w parku. Przed wyjściem wyjąłem z chlebaka starą bułkę. Pokruszy się gdzieś po drodze. Dla gołębi.
Czekali na mnie na ławce.
- Po co ci ten pasiak? – zdziwiłem się na widok ubrania naukowca.
- No jak. W komiksach przestępcy zawsze mają pasiaki jak popełniają zbrodnię.
Mruczjan spojrzał na mnie zrezygnowanym wzrokiem i machnął łapą, żebym dał spokój. Szybko powtórzyliśmy cały plan akcji.
- Ty – Mruczek wskazał na Józefa – masz stać gdzieś w pobliżu i nas nie denerwować. I patrzeć, czy nikt nie idzie. Mietek, ty wchodzisz do środka i wywabiasz jakoś sprzedawcę na zewnątrz.
- Jak?
- Nie wiem, powiedz, że mu ktoś kradnie auto.
- A co, jak nie ma auta?
- To żonę.
- A jak już ją ktoś ukradł?
Westchnął z nieskrywaną irytacją:
- Nie szukaj dziury w niedziurawym, dobra? To kochankę! Solniczkę! Nie wiem, drożdżówkę! Wymyśl coś.
Kiwnąłem łbem na znak, że rozumiem. Wyraźnie ucieszyło go to.
- No. To gitara. I ja wtedy wpadam do środka i podpalam.

Pierwsza część planu poszła całkiem sprawnie, Mordacki znalazł dobrą kryjówkę po drugiej stronie ulicy. Stał w tym swoim pasiaku i udawał latarnię. My zakamuflowaliśmy się jako ławki. Kosze na śmieci uznaliśmy za rozwiązanie zbyt radykalne i bardzo przy tym ryzykowne. Ja, jak się okazało, nie miałem nic do roboty, sklep był już zamknięty, czego naturalnym następstwem było to, że nikogo nie musiałem wywabiać na zewnątrz. Mruczjan zaklął.
- Jak wyglądał ten sprzedawca? – spytałem.
- Taki tam, nietoperz. Od tyłu gadał.
Chwycił cegłówkę. Nim zdążyłem go powstrzymać, zbił oszklone drzwi sklepu.
- Dawaj benzynę. I zapałki – rzucił. – Szybko!
- Jakie zapałki?
- No zapałki!
- Przecież ty miałeś wziąć zapałki!
- Ja?! Ty miałeś wziąć zapałki!
Zobaczył moją minę, po czym zamknął oczy a jego dziurki od nosa zaczęły poruszać się w tempie około 120 bpm.
- Kurrrrwaaaaaa!!! – przejechał łapą po pysku. - Dobra, bierz Józka, spadamy.
Spojrzałem na drugą stronę ulicy. Akurat wtedy, gdy Morda kichnął, a siła odrzutu pchnęła go na ścianę budynku. Tym samym zdradził swoją kryjówkę.
- Może być problem…
Spojrzeliśmy po sobie i dalej udawaliśmy ławki. Po jakimś czasie, gdy wszystko ucichło, oddaliliśmy się niespiesznie, miarowym krokiem, w przeciwnych kierunkach.

A Józka jutro powinni wypuścić, jak tylko dojdą, że to nieporozumienie. Owszem był w pobliżu, a jego strój od razu zwrócił uwagę stróżów prawa. Wzięli go za recydywistę. Dodatkowo, zarzucili mu zakłócanie porządku publicznego głośnymi przekleństwami. Ale przecież to nie on zbił szybę…

KONIEC

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • RONDO ALLA POLACA

      Jeśli Twój majestat żąda, bym
      Zamilkł jak po zachodzie ptak,
      Ciemności nie skalam głosem mym,
      Nie ubliżę nim urodzie dnia.

      Nic nie powiem już,
      Będę tylko trwał, aż
      Policzony będzie każdy oddech mój,
      Jeśli taka wola Twa.

      By głos nie zadrżał mi,
      Gdy z kurhanu złych sław
      Będę śpiewał Ci

      Z tego kurhanu lat,
      Śpiewał Chwałę Twą,
      Jeśli tylko dasz
      Wciąż śpiewać ją 

      Z tego kurhanu dni
      Twa chwała będzie grzmieć,
      Jeśli pozwolisz mi
      Mą śpiewać pieśń

      Na sam rozkaz Twój,
      Lub gdy wybór dasz,
      Rzekom daj nabrać wód,
      Wzgórzom radość wskaż.

      Niech łaska Twa udzieli się
      Sercom zgorzałym w piekielny czas
      Jeśli tak Pan chce -
      Chce uzdrowić nas

      I zgarnąć do rąk,
      Na rękach zacieśnić więź,
      Twym dziatkom tu,
      Jeśli Ty tak chcesz.

      W tych z lumpexu snach,
      Wszystkie w na zabój sznyt
      I dać, by śpiew pokonał strach,
      Jeśli zechcesz Ty.

      W Twych w szmaciankę grach
      I w strzelankach, gdzie każdy to wróg,
      I dać by odszedł strach,
      (Jeśli tak zechce Bóg...).

      Jeśli Twój majestat chce,
      bym nie mówił nic,
      Mój głos skryje się
      Jak w ciemnościach widz

      Nic nie powiem już
      Będę tylko trwał, aż
      Policzone będą me dni
      Jeśli taka wola Twa

      Jak pan Władza chce,
      Żebym zamknął ryj,
      Z chęcią zamknę się
      Jak w komórce stryj

      Jak tak, to tak
      Jak mam być twój błękitny ptak,
      Jak chcesz, zamknę się
      W klatce, jak papug ten

      To co?
      Stul pysk, bo....
      Z tulipana ci....
      Ci, ci, ciuciubabko,
      Won

      Casino Royale

      Wciąż pamiętam, w Chelsea Hotel, jak ty 
       Mężnie i słodko piałaś jak grecki chór 
      Na rozebranym łóżku dobrze robiąc mi
       A na ulicy czekał limuzyn sznur...

      To był powód, to był Nowy Jork
      W kolejce po szmal i po szał ciał
      To zwali miłością do mas śpiewających ten song
      Pewnie wciąż ją tak zwą, dla tych, co  jeszcze są...

      Lecz ty  uciekłaś jej, więc po co ten szum? 
      Po prostu poszłaś w drugą stronę, niż tłum,
      Uciekłaś, lecz ani raz nie słyszałem z twych ust:

      "Potrzebuję cię: nie, nie potrzebuję. Cię
      Nie potrzebuję; nie: jednak potrzebuję."
      Wiesz, całe to paplanie mnie denerwuje

      Pamiętam cię z  Chelsea Hotel wciąż:
      Podawano  z ust do ust twe serce wiecznieżyjące...
      I mówisz, że wolisz, jak przystojni są,
      Ale, że dla mnie zrobisz wyjątek...

      I twardo bierzesz w dłoń takich jak ja,
      Co jęczą pod jarzmem piękna,
      Po wszystkim ogarniasz się, i mówisz: „No tak:Urody nam brak, ale mamy pieśni dźwięki”...

      Uciekłaś, lecz ani raz nie słyszałem z twych ust:

      "Nie potrzebuję cię: nie, potrzebuję. Cię
      Potrzebuję; nie, nie potrzebuję."
      Twoje paplanie mnie wciąż denerwuje...

      Nie mówię, że kochałem najbardziej cię 
      Nie  zliczę ile razy wróbli trup padał gęsto 
      Dobrze cię pamiętam, z Chelsea Hotel 
      To wszystko, nawet nie myślę o tobie zbyt często...

      Pamiętam cię, z Chelsea Hotel, lecz jak przez mgłę,
      Brałaś wszystko, co leci, do ust, twoje wdzięki już gasnące...

      Wciąż biorą do ust twój biust więdnący...
      Wciąż mówisz, że wolisz, by przystojny był,
      Ale ten jeden raz zrobisz wyjątek... 

      "Potrzebujesz mnie: ja nie potrzebuję Cię
      Nie, potrzebuję; nie: nie potrzebuję."

      Ja też miałem w ustach smak 
      Na życie pieśnią tętniące..
      Też wolę, jak ładne są pół tak 
      Lecz dla ciebie zrobiłem wyjątek... 

      "Wcale nie żałuję: nie, jednak żałuję. 
      Trochę żałuję; nie: mi cię nie brakuje.
      Tango Anus

       

      TANGO ANUS 


      Tańcz mnie, poprzez strach,  po schronienia próg
      Wznieś mnie, gdzie mirtu gałązkę będę nieść,
      Gdy będę gołąbkiem, co leci, gdzie chce Bóg,
      Stańcz mnie w piękna płonących skrzypiec piec
      Stańcz mnie, gdzie miłość nie wytrzyma prób,
      Wtańcz mnie, gdzie miłości s grób..

      Pokaż mi swe piękno,
      Gdy świadczyć miał nie będzie kto
      Daj  poczuć, jak tętni
      W tobie Babilonu noc 
      Pokaż to, czego tylko granice znam, chodź,
      Wtańcz mnie, gdzie miłość traci swą moc..

      Tańcz mnie tam, gdzie nasz ślub, wciąż i wciąż
      Wytańcz mnie czule, zatańcz mnie po krag,
      Jesteśmy oboje mniejsi niż ta miłość, lecz też ponad nią 
      Wtańcz mnie, gdzie miłość ma granicę swą,
      Wtańcz mnie, gdzie miłość wie że koniec to...

      Dotańcz do tych dzieci, którym rodzić się nie dał czas,
      Przetańcz przez zasłony, które  starł pożegnań żar,
      Wznieś namiot azylu, choć pękła ich nić,
      Odtańcz  mnie tam, gdzie miłość nie znaczy już nic...

      Tańcz mnie poprzez strach,  po schronienia próg
      Wtańcz mnie w płonących skrzypiec piec
      Dotknij nagą dłonią lub łachmanem choć
      Tańcz mnie tam, gdzie miłości kres


      Tańcz mnie, gdzie miłość wchodzi w noc
      Wtańcz, gdzie zechce Bóg
      ""Tańcz mnie, po miłości kres..."


      z POPULARNE


      Wszyscy wiemy, że kości tu chrzczone
      Lecz rzucamy, zaciskając kciuk
      Wiemy, że wojna jest skończona;
      Wszystko świetnie: wygrał wróg...

      Wszyscy wiemy, że ta walka to sztos
      Biedni bez grosza, bogatym pęcznieje trzos
      Już taki los. Tak chce populi Vox...

      [Zwrotka 2]
      Wszyscy wiedzą, że łajba bierze wodę
      I myślą, że kapitan to łgarz
      Lecz w tych okolicznościach przyrody
      Zawsze tak, jakby ojciec lub pies ci zmarł....

      Wszyscy zapatrzen są w konta stan:
      Każdy na bombonierkę z dyskontu ma smak 
      I bukiet że stu róż
      Tak tu jest już...

      [Zwrotka 3]
      I wiedzą, że mnie kochasz niezmienne
      Wszyscy wiedzą, że tak dokładne jest
      Wiedzą wszyscy, że mi byłaś wierna
      Wyjąwszy tysiąc nocy +/- dwie

      Wiedzą, że Święty ci małżeński próg
      Lecz tak monitują do Twych ud
      Że przyjmujesx jak cię stworzył Bóg
      Taki masz drobny druk

      [Refren]
      Wszyscy wiemy, że taki klimat jest tu
      Taki razem ciągniemy drut
      Tak czytamy z nut
      Maestra Ubu
      Taki hołd składamy mu
      Nie licz więc na cud

      [Zwrotka 4]
      Oboje wiemy, że nigdy, jak nie teraz
      Wiemy, że na dwoje: albo ja, albo ty
      I wiemy, że jak żyć, to nie umierać
      Gdy wciągnąć kreskę Biała Śmierć, czarny film..

      Wszyscy wiedzą, że układ jest zamknięty
      Że murzynek Bambo zrobił swoje, jak z Nel Staś
      Nawet Kali ma nieswoje momenty
      I wszyscy odkładają wszystko na zaś

      [Zwrotka 5]
      I wszyscy wiedzą, że nadchodzi pandemia
      Wiemy, że po kościach rozeszła się, lecz...
      A nadzy on i ona na planecie Ziemia
      To dziś niezwykle niezwykła rzecz

      Wszyscy wiemy, jaki rozkład ról
      Lecz przy twoim łóżku będzie siedział mól,
      Który zaksięguje jak wół
      To, co wiemy już

      [Zwrotka 6]
      I wszyscy znają ten twój zapaszek
      I się zakładają, jak wcielasz im cel,
      Od krwawego krzyża na Górze Czaszek
      Do plaży na półwyspie Hel

      Wszyscy wiedzą, że przemija ten świat, 
      A Najświętsze Serce jest pełne łat
      Zaraz pęknie jak Albert brat,
      Totus Eium już od lat..

      [Refren]
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Och, wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą

      ŚNIEŻYNKA I STRACH
      (Dialog na cztery kopyta)


      [STRACH]
      Przyszłaś do mnie dziś rano
      I obrobiłaś jak sztukę mięs.
      Tylko facet ci powie, jaki to
      Delikatny, jaki czuły gest.


      Tyś w lustrze jest odbiciem mym,
      Krwią z mojej krwi, poznam cię we स्नेह,
      Bo kto inny by mnie zechciał wziąć
      W tysiąca swych pocałunków toń?


      (Dla tych, którzy przywitali mnie)
      Nieważne, że droga nam dłuży się,
      Nieważne, że pod górę wciąż,
      Nieważne, że księżyc już zszedł
      I zapanował mrok.


      Nieważne, że gubimy szlak,
      Spisane jest, że spotkasz mnie.
      Na pewno mi mówiłaś tak
      Na pocałunków dnie.


      I kocham cię, gdy na słońca blask
      Jak lilia otwierasz płatki swe,
      A ja – to na wróble strach,
      Którego smaga deszcz.


      Strach, co strachliwie kocha cię,
      Choć ma z lumpeksu twarz,
      Ciało i wszystko, czym był i jest,
      Aż do pocałunków dna.


      Wiem, że znasz ten kłamstwa smak
      I oszustw bez zbędnych słów:
      Nauczyłaś się operować tak
      Na kolanach ojca i u matki stóp...


      Ale czy musiałaś się bić,
      By ulicę w ogniu przejść,
      Jeśli całe to nasze mieć i być
      Wisi u pocałunków tajnych miejsc.


      Numerki, odwyk i jasna rzecz:
      Wracam na Square du Blues.
      Chciałbym rzucić już tę robotę, lecz
      Podchodzi mi już do ust.


      Lecz o tobie myśl daje mi nabrać tchu,
      A akta sprawy twej kompletne są,
      Brak tylko w nich tego, czego nie zdziałałem tu
      Płynąc w pocałunków głąb.


      Nieważne, czy masz moc sił i dóbr,
      Czy opuściła cię moc,
      Czy napiszesz te kilka słów,
      Które słowiki cytują co noc.


      Nieważne, czy masz zaszczyt robić w HR,
      Czy nieregulowany czas,
      Rzucasz życie w kąt, bo masz
      Przeżyć pocałunków tysiąc pięć.


      Biegną poszły, a dziewczyny młode są,
      Bieg ten jest szansy wart.
      Los bierze stronę twą,
      Lecz szybko kończy się fart.


      Wezwanie: masz być jak widz
      W kinie, co twą pyrrusową klęskę gra,
      Lecz żyjesz, jak gdyby nigdy nic,
      Odbijasz się od pocałunków dna.


      Słyszę głosy ich na kufla dnie,
      Co czasem tak woła mnie.
      Jak ta orkiestra, co cover gra – czyżby to moja pieśń?


      Lecz gwardia nie cofa się;
      Gdy woła to, co kochasz, serce odpowie na zew,
      Choćbyś oddał tu swój życia skok,
      Tak świadczą nasz czas, nasza krew
      I tysiąca pocałunków twych mrok.


      Tak wiem: musiałaś kłamać
      I oszukiwać bez słów:
      Tak jak gdy ojciec na kolana cię brał,
      A matka tuliła do stóp...


      Wiem, że musisz tak kłamać im,
      By system ograć, zamiast się położyć na wznak,
      Lecz majątek nic nie gwarantuje ci,
      Gdy Cnota i Podstęp zerwą pakt.


      Prawdę wpędzili w szok, piękno wypędzili na bruk,
      Styl dawny ma dziś naftaliny woń,
      Bo Duch przeszedł przez próg
      W tysiąca pocałunków toń.


      A Wewnętrzne Światło twe, co
      Nie ma równych i ma gest?
      Garbię się w kolejną noc,
      Po tysiąca pocałunków kres


      Zaklinam los, nastrajam głos,
      I wracam na Avenue du Blues.
      Chciałbym rzucić to, lecz nie mogę, bo
      Jestem za cienki tchórz.


      Lecz czasem, gdy noc grzeczna jest,
      A my potulnie zapijamy żal,
      Burzymy się, zbieramy zabawki serc
      I odchodzimy w pocałunków dal.


      Tym pachnie ta o tobie myśl,
      Mam o tobie komplet akt –
      Poza tym, co mi nie umknęło dziś
      W pocałunków niski takt.


      Grałem z Dizem raz i z Dantem też –
      Brak mi było tego ich „coś”,
      Lecz raz czy dwa przygarnęli mnie,
      Wciągnęli w pocałunków blues.


      Odstawić wino chcę, jak Bóg chciał,
      Wchodzę w parkietu tłum gęsty jak w dym.
      Zespół wpadł już w weny twórczy szał,
      Serce nie cofnie się przed morzem win.


      Może musiałem jechać drogi szmat
      I obietnic tysiąc złamać, lecz
      Rzuca się wszystko, ot tak,
      By przeżyć twych pocałunków treść.


      Teraz jesteś jak Anioł Śmierć,
      Potem jak Parakleta szał,
      Czasem jak Zbawiciela Dech,
      Potem – w Belsen stos ciał.


      Nie ma odwrotu już od miłości gróźb,
      Czy meta to skoku w bok –
      Jak zaświadczono czasem i krwią
      W pocałunków równy krok.


      Przyszłaś do mnie tu skoro świt,
      Przyniosłaś słowo jak ciała strzęp.
      Tylko człowiek powie ci, że to nie wstyd,
      Tak delikatnie, czule zrobić wstęp.


      Tak delikatnie, czule w materię wejść.
      Tylko mężczyzna wie, nawet bez przejść,
      Że przynieść miłość jak kwiatu pąk –
      To przyjść bez pustych rąk.


      [ŚNIEŻYNKA]
      Tyś mój brat z lustra, krewny mój
      Z najczarniejszych snów.
      Kto, jak nie ty, by dał mi znój
      Podróży w tysiąc pocałunków znów?


      Czekałam, aż otworzysz się
      Na ulic skwar. Jeden z wielu tak...
      A ja jestem jak kula śnieżna łez,
      Tocząca deszczu z deszczem ślad.


      Topniejącą miłością wciąż kocham cię
      I fizis tą z drugiej ręki –
      Całą sobą, wszystkim, czym chcesz,
      Tysiącem pocałunków namiętnych.


      Cała ja, aż do granicy mórz,
      Przeniknięta przez seks,
      Widzę, że oceany tu wyschły już
      Modliszce, co we mnie jest...


      Docieramy na dziób,
      Syreną daję znak, że twej floty wrak
      Ma mi się rozbić tu
      Na tysiąc pocałunków. Odzewu brak.


      Przychodzisz do mnie co noc
      I ubijasz jak stek,
      Lecz baba powie ci, że większą moc
      Ma czułych obelg stek.


      Tyś mój w krzywym lustrze wizerunek jest,
      Jesteś jak koszmar śniony dzień w dzień,
      Jak zapomniany chrześniak, co już wchodząc w sień,
      Woła na ratunek i składa ci
      Na czole obśliniony pocałunek.


      (Dla tych, którzy mnie powitali w tym...)
      Weszliśmy tu nie do siebie jak w dym,
      Wgryźliśmy się w seks jak w steak tartare.
      Sami, choć dwoje nas jest, bo chce nam się wbić
      W ten słodko-kwaśny smaku czar...


      Mój bliźniaku z lustra, mój bliski krewny,
      Poznałbym cię przez sen.
      Kto, jeśli nie ty, przyjąłby mnie
      W tysiąc pocałunków namiętnych?


      Wzdychamy na los; poprawiamy włos
      I wjeżdżamy na Autoroute du Blues.
      Próbowaliśmy rzucić to nasze coś –
      Cóż, na inny rejs sił nie mamy już.


      Lecz śnieżynka i strach wciąż mają to... cóż,
      Miast miłości – z wyprzedaży twarz,
      Miast szału ciał – goryczy czar,
      A pocałunków czar dna dosięgł już.


      Lecz gonitwa trwa, wieczór młody wciąż,
      Śnieżynka i Strach wciąż nie są bez szans.
      Za chwilę wygramy, a potem raut –
      Dzisiaj zacznie się nasza passa pass!


      A kiedy wezwą nas, byśmy zdali rzecz,
      Jaką im odpowiedź dasz?
      Jakie życie? Życie poszło precz.
      Pocałunki? Ważne, co w kieszeni masz...


      A kiedy mnie wezwie On, bym spowiadała się
      Ze stanu, w jakim jest cały ten kram,
      Odpowiem: życie? Życie przeszło w cień,
      Lecz tysiąc pocałunków w kieszeni mam.


      Przyszliśmy tu w ostatnie dni,
      Podtarliśmy się o Twego Słowa strzęp.
      Skalaliśmy wszystko, to co dałeś Ty,
      Na Twą czułość ogarniał nas śmiech.


      Lecz delikatnie chcemy wciąż w tę materię wejść.
      Wiemy, przeszedłszy przez ucho Twych przejść,
      Że miłość trzeba nieść jak kwiatu pąk –
      I do Ciebie przyjść bez pustych rąk.

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...