Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

jeśli istnieje moje miejsce
przestanę wbrew naturze iść
pokocham owoc ignorancji

czy nie leczony ozdrowieję?

a kiedy znajdę siebie wyżej
odkryję byt uniwersalny
odnajdę echa przeszłych żyć

przeżyję nowe narodziny?

jak moim malusieńkim ja
poruszać serca gwiazdy świat
jak pozytywnie z dołka myśleć

czym pisać lepsze przeznaczenie?

czy kiedy zamiast darem wiary
ćwiczeniem sięgnę po harmonię
połączę siebie-pył z całością

stanę bezgrzeszny nawrócony?

Opublikowano

panie Rewiński pan też popadł w te pochyłości czcionkowe? mi się takie pisanie nie podoba, ale to takie moje zdanie prywatne, a gdyby nie było komputerów, ja wolę tak jak na kartce napisane, bez tych fanaberii.
wiersz jakoś do mnie nie przemawia, może nie zrozumiałem, bo może dobry jest, ale taki dzień mam jakiś dzisiaj na nierozumienie, no cóż tak bywa.

pozdr.

Opublikowano

Dear Smok, napisałem same pytania, chciałem odróżnić, je od siebie, użyłem tych tam kurwsyw, bo to są i odpowiedzi i pytania, no i moda, albo przepisy UE, ale poczekam na jeszcze Twoje i innych nagany, pozdrawiam, nie jestem przywiązany, a nawet jestem przeciw, czy jak to idzie, Stefan.

Opublikowano

Czy Ryba to jakiś znajomy filozof?...
No tak. Odwieczne rozmyślania o miejscu i sensie człowieka we Wszechświecie (i nie tylko). Odwieczne poczucie małości, pyłkowości. Odwieczne pytania bez odpowiedzi. Jeszcze raz napisane. I nieźle napisane.
Pozdrawiem.

Opublikowano

Widać, Stefanie, pracę nad formą. I słychać ;)
Nie znam się na tym, ale podejrzewam, że Peel medytuje. :-)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Religia bez Boga? Powrót New Age?
;)

najfajniejszy fragment: "jak moim malusieńkim"
:-D
Pozdrawiam
Fanaberka
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Jesteśmy w drodze od Ryb do Wodnika, a to odębne filozofie, dz, pozdrawiam, Stefan.
Być może zrozumiałam wiersz po swojemu, nie tak, jak zamyślał Autor. Ale to chyba niczego nie ujmuje ani mnie, ani wierszowi? Sztuka wypuszczona z szuflady natychmiast zaczyna żyć własnym życiem.
Pozdrawiam serdecznie i przy okazji dziękuję za odpowiedź pod moim skromnym wierszykiem.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Smoku stój z boku nie prowokój Stefan pisze swoje zawsze
niezależnie od pory roku
kursywa czy bold czy jak chce

więc co złego w wyróżnieniu
on dodałby literkom cieniów
gdyby to poszło na kartkę

ale jak widać wstukał to tutaj
gra ważniejsza jest niż nuta

PS
Stefan fajny wiersz, chciałbym osiągnąć taki dystans o jakim piszesz, ale to chyba nie możliwe, a ty Smoku nie bierz tego^ dosłownie to taki żart z zemsty za te krzywe literki
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Smoku stój z boku nie prowokój Stefan pisze swoje zawsze
niezależnie od pory roku
kursywa czy bold czy jak chce

więc co złego w wyróżnieniu
on dodałby literkom cieniów
gdyby to poszło na kartkę

ale jak widać wstukał to tutaj
gra ważniejsza jest niż nuta

PS
Stefan fajny wiersz, chciałbym osiągnąć taki dystans o jakim piszesz, ale to chyba nie możliwe, a ty Smoku nie bierz tego^ dosłownie to taki żart z zemsty za te krzywe literki
Dz J.J., dystans osiągniesz, z wiekiem. My się smoków nie boimy, hop sa sa. Pozdrawiam, Stefan.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...