Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

I

- Dla policji sprawa od początku była jasna - powiedziała pani Maria serwując herbatę Earl Grey. Miała tłuste przedramiona i duży biust, a kiedy siadała na krześle, antyk przeraźliwie zaskrzypiał. Rafał miał teraz okazję przyjrzeć się dokładniej jej twarzy: starej, mocno ogorzałej i pociętej zmarszczkami, a jednak radosnej i ujmującej twarzy, tak radosnej i tak ujmującej jak głos tej kobiety i sposób, w jaki przyjęła gościa. - Chłopak się powiesił. Smutna historia, naprawdę smutna – mówiła z niezwykłą lekkością, nie siląc się na współczucie, a jednak nie było w jej tonie krzty sarkazmu czy ironii.
- Znała go pani?
- O, tak! W tym mieści wszyscy się znają. Ale pamiętam go tylko z czasów, kiedy miał jedenaście, dwanaście lat. Przychodził do mnie na lekcje francuskiego.
- Myślałem, że jest pani biologiem?
- Oui, oui! Doktorem nauk przyrodniczych - odpowiedziała nie bez dumy. - Ale czy jedno wyklucza drugie? Parles-vous Francais?
- Non, madame. - Rafał speszył się. - Tylko kilka słów. To, co pamiętam ze szkoły, bo lektorat mam z angielskiego. Ale filmy rozumiem. I piosenki Edith Piaf też.
- Z całym szacunkiem dla pańskiej inteligencji i przenikliwości, ale uważam, że piosenek Piaf pan nie rozumie - powiedziała to bez jakiejkolwiek złośliwości i dodała po chwili, ciszej: - Za młody pan jest.
Rafał poczuł się, jakby źle odmienił: je suis i zakłopotany opuścił wzrok. Łyknął herbaty, posmakował i rozejrzał się po niedużym salonie, przyjemnie rozświetlonym późnopopołudniowym słońcem. Wszystkiego tu było za dużo: starych mebli, ozdób, ozdóbek i bibelotów, obrazów, zdjęć i widokówek powciskanych gdzie tylko się da, staromodnie oprawionych książek i kwiatów, których rozrostu nikt chyba nie kontrolował. „Tak - myślał teraz - ta kobieta mogłaby uczyć francuskiego. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Gdyby nie jej wygląd (przypominała raczej pomoc domową z ameryki łacińskiej), domyśliłbym się od razu; dlaczego nie jest zasuszona, czy nie powinna być sucha jak pień i palić długich i cienkich papierosów?”
- Pyszna. Jestem miłośnikiem herbaty - powiedział wreszcie.
- Może wolał pan jednak kawę?
- O, nie. Kawy nie piję. W ogóle.
- Prawdę powiedziawszy, nie mam kawy – odpowiedziała madame i oboje zaczęli się śmiać, szczerym i radosnym śmiechem.
- To naprawdę wyśmienita herbata.
- Cieszę się, że panu smakuje. Ale dobrze już, dobrze. Pytał pan o naszego poetę...
- Tak. Piszę o nim pracę, konkretnie, że tak powiem, o „lokalnej legendzie”, czy też może o nim, jako o „lokalnym bohaterze”. Jeszcze nie sprecyzowałem tematu, ale chodzi o to...
- Wiem, o co panu chodzi. Znam jego wiersze. To ciekawe, nawet bardzo, i miłe dla naszej społeczności, ale muszę pana zasmucić: nie wzniesiono mu pomnika, a żadnej ulicy czy szkoły nie nazwano jego nazwiskiem. Co więcej! Ja nawet nie wiem, czy w którejkolwiek księgarni znajdzie pan jego tomik, bo wydał jeden, prawda?
- Nawet nie on wydał, a wydano pośmiertnie.
- A widzi pan. Zdaje się, że tego właśnie się obawiał, o ile dobrze rozumiem jego poezję, ale to pan jest specjalistą.
- Proszę mnie nie zawstydzać - znów łyknął herbaty. - Ale jeśli mam wyrazić swoje zdanie, to uważam, że to nie tyle obawa, co raczej zwykła ludzka ciekawość: jak będą mnie pamiętać ludzie, których mijam co dzień na ulicy, których spotykam w sklepie...
- I czy będą w ogóle.
- Właśnie.
Pani Maria wstała i z filiżanką herbaty podeszła do okna, chwilę oboje milczeli. W końcu odwróciła się do Rafała, który teraz nie odrywał od niej wzroku.
- Czego właściwie oczekuje pan po tym pobycie? - zapytała.
- Bo ja wiem? Chciałbym dotrzeć do jakichś niepublikowanych tekstów, porozmawiać z ludźmi, którzy go znali, jak z panią, może poszukać ulic jego imienia - tu Rafał uśmiechnął się - i wreszcie poczuć miasto, w którym żył i pisał.
- Mówi pan o nim jak o wieszczu. - Madame z powrotem usiadła, sprawiała wrażenie zainteresowanej. - Czy jego poezja jest wysoko ceniona?
- Szczerze mówiąc... nie - nieznaczny, gorzki uśmiech wystąpił mu na twarz, po czym umknął. - Jego poezja jest formalnie bardzo przeciętna, a co do samej swojej treści raczej mało odkrywcza. Nie licząc oczywiście tych jego rozważań na temat „lokalnej pamięci”, które pojawiają się w kilku miejscach. To jest, moim zdaniem, bardzo ciekawe.
- W takim razie - głos kobiety zabrzmiał nieco bardziej oschle - przyjechał pan tu tyle kilometrów, żeby wziąć pod lupę pracownię jakiegoś marnego wierszoklety, podążać jego śladami, a potem napisać o tym uczoną rozprawę? To swojego rodzaju perwersja, nie uważa pan?
Rafał poczuł nagle chłód wiejący od kobiety.
- Proszę mnie dobrze zrozumieć - zripostował. - Spytała pani, czy jest poetą w środowisku cenionym, odpowiedziałem zgodnie z prawdą: nie jest. Prawdę powiedziawszy jego wiersze w ogóle nie są zauważane, choć pojawiły się w kilku antologiach. Ale czytanie poezji to przecież sprawa indywidualna i ja jego wiersze lubię bardzo. Nie, to nie perwersja. To fascynacja twórczością przedwcześnie zmarłego poety i rzeczywistością, która za nią stoi. Ta rzeczywistość mnie pociąga, tę rzeczywistość chciałabym przez wakacje poznać.
- Przez wakacje poznać rzeczywistość? - Pani Maria roześmiała się, ale już szczerze i bez cienia złości. - Co też pan opowiada? Ten chłopak przeżył tu dwadzieścia kilka lat („Dwadzieścia trzy” - wtrącił.), miał rodzinę, znajomych, zakochiwał się nieszczęśliwie i szczęśliwie odkochiwał, obserwował świat i opisywał go, rozmyślał o życiu i śmierci, i o swojej legendzie, a pan chce to wszystko poznać przez wakacje? Czy życie ludzkie, prawda, że krótkie, ale jednak życie, da się tak zminiaturyzować? Jeśli naprawdę chce pan go poznać, niech poświęci pan na to najbliższe dwadzieścia trzy lata - mówiła całkiem poważnie, ale lekko i bez emocji; raczej jakby dawała dobrą radę, niż ganiła.
- Nawet nie zamierzam próbować! Poznawać poetę? Po pierwsze to niemożliwe, a po drugie... nieprofesjonalne - uśmiechnął się pojednawczo i madame również się uśmiechnęła. - Jedyne, czego oczekuję, to przybliżyć się choć trochę do tej jego legendy.
- Już mówiłam: nie ma legendy. Szkoda, ale nie ma.
- To też będzie jakiś wniosek. Do sprawy podchodzę na chłodno, sine ira et studio.
- Słusznie - westchnęła - bo mógłby się pan rozczarować. Ciasta?
- Nie chciałbym robić kłopotu.
- To żaden kłopot - pani Maria poderwała się i zniknęła w kuchni. Po chwili pojawiła się z ciastem, smakowicie wyglądającym metrowcem. - Moja specjalność - rzuciła wesoło i nałożyła Rafałowi. Zachwycił się.
- Powiedziała pani: dla policji sprawa od początku była jasna...
- Tak.
- Czyżby nie wszyscy byli pewni okoliczności?
- Wie pan. To wtedy był znany człowiek, bardzo charyzmatyczny: za życia i nawet przez jakiś czas po śmierci. Pojawiały się wtedy różne insynuacje i domysły, ale wszystko, zdaje się, wyssane z palca. Tak czy inaczej ludzie są tylko ludźmi, a pamięć jedynie pamięcią i dziś sprawa nie budzi już żadnych emocji, a w każdym razie - zawahała się i zerknęła przenikliwie na gościa - nie na forum miasta...
Rafał nachylił się:
- A gdzieś budzi?
- Jest taki klub - wyrzucała z siebie słowa, każde wymawiając jakby z osobna - klub miłośników jego poezji. Kilka osób zaledwie, ale chyba warto, żeby pan do nich zajrzał. Napiszę panu adres, ale to potem, potem. Teraz zapraszam ze mną, pokażę pokój.
Wyszli z salonu, przez hol, przed dom, gdzie pani Maria pouczyła Rafała o drzewach i drzewkach, krzewach i krzaczkach, w przeważającej większości zasadzonych jeszcze przez jej ojca w niedużym, pagórkowatym ogrodzie, wskazała ławeczkę, na której wysiaduje godzinami z książką i wino pnące się po ścianach domu. Już wtedy, kiedy tu przyszedł wszystko to wyglądało urzekająco, ale teraz nie był w stanie oderwać oczu od tego pięknego widoczku; miał wrażenie, że właścicielka domu czekała na konkretny moment i kiedy nadszedł, zaczarowała swojego gościa. Wiedział już wtedy, że wynajmie pokój u madame niezależnie od warunków, jakie mu zaproponuje. „Dziwnie jestem spokojny - myślał - że pokoje gościnne są pierwsza klasa; pewnie trochę jak z braci Grimm, ale pierwsza klasa.”
- Chodźmy, będzie pan miał osobne wejście - prowadziła go wąską ścieżyną pnącą się w górę wzdłuż domu, a Rafał zdumiony był tym całym mikrokosmosem: tyle cudów natury, tyle ciekawostek na tak małej przestrzeni, bo i dom i teren wokół były w zasadzie niewielkie.
- Chcę zapłacić za dwa miesiące z góry - zawołał Rafał widząc pokoik. - Dokładnie tak sobie to wyobrażałem.
Pani Maria roześmiała się i roztkliwiła.
- Niech pan się rozgości, o siódmej zapraszam na kolację.

Opublikowano

Nie mogę zbytnio rozwodzić się nad warstwą techniczną, bo sam jestem raczej początkującym literatem i to zostawiam bardziej doświadczonym...
Co do treści - fragment jest krótki i ciężko sprecyzować jaki będzie gatunkowo. Czyta się przyjemnie, scena jest przedstawiona w delikatnym tempie, pasującym do sytuacji. Trochę mi brakuje nastroju, nawet kwestia tej tajemniczości śmierci poety nie wzbudza takich emocji, chociaż oczywiście zaciekawia. To moje prywatne spostrzeżenia. Mnie się podoba.

Opublikowano

.. …podobało się, zaciekawiło, chyba warto kontynuować. Trudno powiedzieć jak się fabuła będzie wiązać, bo i na razie raczej niewiele się dzieje. Choć dosyć sporo informacji, w tym fragmencie, w dodatku podanej w zachęcający sposób… ..

Opublikowano

- Znała go pani?
- O, tak! W tym mieści wszyscy się znają. Ale pamiętam go tylko z czasów, kiedy miał jedenaście, dwanaście lat. Przychodził do mnie na lekcje francuskiego.
- Myślałem, że jest pani biologiem?
- Oui, oui! Doktorem nauk przyrodniczych - odpowiedziała nie bez dumy. - Ale czy jedno wyklucza drugie? Parles-vous Francais?
- Non, madame. - Rafał speszył się. - Tylko kilka słów. To, co pamiętam ze szkoły, bo lektorat mam z angielskiego. Ale filmy rozumiem. I piosenki Edith Piaf też.
- Z całym szacunkiem dla pańskiej inteligencji i przenikliwości, ale uważam, że piosenek Piaf pan nie rozumie - powiedziała to bez jakiejkolwiek złośliwości i dodała po chwili, ciszej: - Za młody pan jest.


Przepraszam, czy to jest komedia?

Chciałbym wiedzieć , kim jest Rafał. wprowadzasz postać, to go opisz, ja mam zgadywać, czy to jest kominiarz?, pan z opieki socjalnej?


PRZEGADANE!!!

pozdrawiam,

p.s Odniosę się do większości osób, którzy piszą i pokazują tu swoje dzieła...

Czy wy czytacieliteraturę? Wiecie jak wygląda proza? Bo coraz częściej dochodzę do wniosku, że raczej nie. , Cudowne zdania, błyskotliwe myśli, klimat, nastrój, tajemnica, tu niema nic jest rafał i pani z tłustymi przedramionami i dużym biustem hahahahah, i blablanina,

Nie do przejścia.

Opublikowano

ad mr khaoz: motyw istotnie miał zaciekawiać, a nie wprowadzać element tajemniczości, bo tekst ma być raczej "obyczajówą" niż thrillerem/kryminałem, ale nad nastrojem popracuję - dziękuję za cenną uwagę.

ad Herrezjusz: cieszę się, będę kontynuował i rozwijał fabułę; dziękuję.

ad Piotr Rutkowski:
1) Rafał - po pierwsze: błyskotyliwy czytelnik wie, kim jest Rafał; mniej błyskotliwy chyba również jest w stanie poskładać kilka informacji do kupy, tj.: "lektorat mam z angielskiego", "pan jest specjalistą" (od poezji współczesnej!), "za młody pan jest"; po drugie: nawet jeśli jedyną informacją, jaką bym wprowadził, byłoby jego imię, czytelnik musiałby się z tym pogodzić; "wprowadzsz postać, to go opisz"? - błagam! to nie szkolne wypracowanie!
2) czy czytam literaturę? - w pierwszej chwili wpadłem w popłoch, że zostałem skarcony przez jakiegoś literata, ale zaraz, gdy tylko zapoznałem się z kilkoma Twoimi tekstami (i to tymi w dziale Z), odetchnąłem z ulgą!
pozowanie na miłośnika antykomercyjnej literatury lekko mnie śmieszy (choć sam oczywiście wolę Dostojewskiego, od Coelho), bo prawdę powiedziawszy, marzysz o tym, żeby pisać jak King :)

Opublikowano

Ja akurat kilka tekstów pana Rutkowskiego czytałem i nie powiem, żeby znowu były jakiś złe. Ale całkiem racji to pan tu nie ma i nie warto zalewać debiutanta masą krytyki jakie to złe i beznadziejne, zwłaszcza, że to wcale złe i baznadziejne nie jest...Ale to chyba z rozpędu, nie? Pozdrawiam mimo wszystko...

Opublikowano

to jeszcze raz ja, wyjaśnienia,

do tego obrońcy, mr khakoz czy jak mu tam...

nie krytykuję bo nie jestem krytykiem, komentuję bo jestem czytelnikiem i mam do tego prawo, i jak już napisałem, że to jest Przegadane, to dlatego ze tak myślę, ale się pomyliłem, bo to nie jest przegadane, to jest jeden wielki drewniany dialog, do którego szacowny autor, co widac z jego riposty nie ma dystansu..a szkoda,

do autora,

nie rozumiem, twoich wywodów, jaki obronca niekomercyjnej literatury? nie rozumiem...

nie musisz czytac moich tekstów, nikt cie nie zmusza, i nie musza cisie podobac, ja poswieciłem swoj czas na przeczytanie i uwazam tak jak uwazam, mozesz sie z tym zgadzac
lub nie. Jak widac nie zgadzasz się. więc po raz drugi życzę powodzenia i mnóstwa dzieł,

Pozdrawiam p.r

Opublikowano

Co do mnie,laika,to czytało mi się lekko.Pewien znany autorytet stwierdził,że:"Poeci mają ciężkie życie".A tak nawiasem mówiąc,to bardziej zainteresował czytelników spacer autora z panią Marią po ogrodzie,niż moje wyjście ze starszym bratem.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...