Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Matka Błażeja była hipiską bez wykształcenia, do szaleństwa zakochaną w niższej (być może najniższej…) klasy dziennikarzu sportowym z gazety o klasie niezaprzeczalnie jeszcze niższej. Wystarczyło jednak, że miał długie, blond włosy, mówił do niej „maleńka” i był w stanie utrzymać ją wraz z jej dzieckiem. Nie liczyło się przy tym kompletnie, że był ostatnim sukinsynem i notorycznie ją zdradzał z odpicowanymi dziennikareczkami z działu mody i urody w jego podrzędnej gazecie. Dopóki matka nic o tym nie wiedziała, było wszystko w porządku, ale kiedy któregoś razu mąż zabrał ją na kolację do restauracji, po czym zniknął na piętnaście minut i przyłapała go z obcą babą w damskiej toalecie – zaczęła bardzo dużo płakać po nocach. Błażej widział, że płakała, ale kiedy pytał, co się stało, zbywała go byle wymówką. Kiedy sięgała po kieliszek i piła przez pół nocy, Błażej również pytał ją „mamo, co się stało?” i ona również odpowiadała: „nic, synku, idź spać”. Więc mały Błażej szedł do swojego pokoju, ale długo nie mógł zasnąć. Za smutki mamy zawsze winił ojca.
Jak na ironię poprawiło jej się pół roku później, kiedy dowiedziała się, że jej mąż do końca życia będzie kaleką. Uległ wprost niesamowitemu wypadkowi, który teoretycznie w ogóle nie miał prawa się zdarzyć! Sam często zastanawiam się, czy to rzeczywiście możliwe…
Facet robił zdjęcia do reportażu z jakichś podrzędnych ligowych mistrzostw w piłce nożnej i stał za bandą jak wszyscy fotografowie ze swoim gigantycznym teleobiektywem, wyczekując sensacji. Najlepiej by było, gdyby ktoś komuś wybił zęba przy pojedynku główkowym (na zdjęciu powinno być widać jak ząb szybuje w powietrzu gdzieś poza kadr), kopnął w krocze przy wyskoku, wsadził obrońcy palec w oko przy ataku z prawego skrzydła lub nawet przyłożył z plaskacza po ostrej dyskusji z arbitrem. Takie zdjęcia opłacano najlepiej w jego plotkarskiej gazecie, bezczelnie nazywającej siebie "gazetą sportową", tylko dlatego, że na dwadzieścia stron egzemlparza, osiem poświęcano szeroko pojmowanemu „sportowi”. On sam też nie był w niej tak naprawdę żadnym sportowym dziennikarzem, a jedynie zwykłym fotografem z ledwo ukończoną jakąś nikomu nieznana ruską szkołą fotograficzną. Ojciec Błążeja pochodził z Rosji i po nim chłopak odziedziczył swoja bujną czuprynę blond loków, którą jednak ścinał dosyć często.
Tego dnia akurat żadna wyjątkowa okazja nie chciała się wydarzyć i przez całą pierwszą połowę mężczyzna pstrykał zdjęcia bardzo dynamiczne i być może nawet niezłe artystycznie, wymagające jedynie drobnej obróbki, ale nie mające żadnej szansy na spieniężenie przez jego redakcję. Właśnie kadrował wyskakującą w górę chmarę piłkarzy zdeterminowanych wbić bramkę (bądź ją wybronić) z rzutu rożnego, kiedy poczuł jak ktoś puka go w ramie. Po długości paznokcia powinien poznać, że to redaktorka od mody z jego gazety. Kilka dni temu te same paznokcie wbijały się w jego nagie plecy w pokoju hotelowym, zostawiając na skórze czerwone pręgi, które prawdopodobnie jeszcze tego dnia mogły być widoczne pod koszulką. Teoretycznie nie powinno jej tam być, ale dla tej kobiety żaden „zakaz wstępu dla nieuprawnionych” nie był w rzeczywistości zakazem, jeśli wstęp był strzeżony przez mężczyznę (choć kto wie, czy i z kobietą nie poradziłaby sobie podobnym sposobem i z podobna łatwością…). Nasz dziennikarzyk tak się zdziwił i zarazem ucieszył na widok koleżanki, że pocałował ją w usta namiętnie, nie zauważywszy, że piłka przeniosła się pod bandę przy której kucał i że wszyscy wokoło przezornie chowają obiektywy. W pewnym momencie któryś z obrońców postanowił przerwać akcję przeciwników i wybić piłkę na aut. Nie powinno być zaskoczeniem, że trafił akurat w ten jeden jedyny wystawiony nad bandę aparat i że nagle redaktorce z działu mody jakaś dziwna siła zmiotła kochanka sprzed nosa. Ona sama została zawadzona obiektywem, nieomal również tracąc ten swój piękny, chirurgicznie wyprofilowany nosek. Było dużo krwi i dużo krzyku, meczu jednak nie przerwano. Bo czy warto? To tylko jakiś pseudo dziennikarz z jakiejś pseudo gazety dostał piłką w nos. A cenny czas gry to jedyne 90 minut…
Do matki zadzwonili ze szpitala, więc natychmiast wsiadła w pociąg i była na miejscu po czterech godzinach. Błażej miał już wtedy tyle lat, że uważał się za mądrego człowieka, którego należy co najmniej uważnie wysłuchać. Poczuł się więc boleśnie zignorowany i urażony, kiedy po jego pełnym wyrzutów monologu na temat „tego pieprzonego Casanovy z radzieckiego Wypizdówka pod Moskwą” i setki pytań „po cholerę tam jedziesz? chcesz zobaczyć jego nową dziwkę? Myślisz, że nie wiem, co jest grane?” – matka spokojnie ucałowała go w czoło i zamykając za sobą drzwi powiedziała cicho: „to twój ojciec, kochanie.” Chuj, nie ojciec – pomyślał chłopak, podchodząc do okna i patrząc jak matka wsiada do taksówki i odjeżdża z piskiem opon. Niemal słyszał jej rozemocjonowany głos, może nawet płakała, kiedy mówiła: „Na Centralny, szybko! Mój mąż jest w szpitalu.”
Prawda była taka, że ojciec nigdy się specjalnie synem nie interesował. Chłopak nie mógł narzekać, bo zawsze dostawał od niego pieniądze, na co tylko były mu potrzebne; wykształcił się również za jego dochody (bo matka nie miała żadnych), ale za to, jak traktował swoją żonę szczerze i otwarcie tym człowiekiem gardził. Facet rzadko bywał w domu, z synem spędzał tyle czasu co urodziny, Boże Narodzenie i Wielkanoc. Poza tym nigdy nie mógł choćby zamienić z nim słowa, bo albo „pracował”, albo był bardzo zmęczony po „pracy”. Dlatego też Błażej czuł raczej, że ma hojnego sponsora niż ojca. A teraz matka przywlekła tego obcego patałacha z powrotem do domu z zabandażowaną całą prawą częścią twarzy (nie fortunne wybicie pozbawiło go prawego oka, zgruchotało kość jarzmową, nie wspominając już o obiektywie Nikona za kilkaset tysięcy; jego odłamki wciąż jeszcze tkwiły w twarzy swego właściciela i rzeczywiście był on już tylko wspomnieniem) i z niezwykle smutną lewą połową. Błażejowi wydawało się, że sprawną połową ust próbował wymówić „przepraszam”, ale z całej siły starał się ignorować ten nagły (jak uparcie sam siebie w duchu przekonywał: wcale nieszczery) przypływ skruchy i poczucia winy.
Kobieta od mody nawet nie zadzwoniła zapytać swego kochanka jak się czuje, nie mówiąc już o tym, że usiłowala wytoczyć mu sprawę w sądzie. Prawnik nie do końca wiedział o co mógłby oskarżyć okaleczonego fotografa, a argumentem, że znalazła się w tej części stadionu nielegalnie i że to jej powinien zostać wytoczony proces, zamknął dziennikarce jej pięknie uszminkowane usta. Potem przespał się z nią, kiedy próbowała w ten sposób zdobyć jego poparcie, ale zaraz po tej przyjemności bardzo jasno dał kobiecie do zrozumienia, że ma „całkiem miłe ciało, ale to wszystko”. Wpadła w szał i prawnik musiał zadzwonić na policję, bo próbowała go udusić ręcznikiem. Błażej potem przeczytał na ten temat artykuł w gazecie i jeszcze bardziej znienawidził swojego ojca. Żeby z taką zdzirą!
Od wypadku ojciec spokorniał, a matka rozpromieniła się, mając go znów przy sobie. Dzięki sprytnemu adwokatowi mogli żyć dalej spokojnie z jego renty i odszkodowania. Dla Błażeja jednak cała ta sytuacja oznaczała jednoznacznie, że musi się jak najprędzej wyprowadzić. Z jednej strony z powodu pieniędzy (których nie było już tak dużo jak wcześniej i utrzymanie trzeciego członka rodziny stało się ciężarem) i z drugiej dlatego, że coraz gorzej się czuł w towarzystwie znienawidzonego kaleki. Odczuwał presję o charakterze szantażu, kiedy matka syczała do niego na korytarzu przy drzwiach tak, by jej mąż nie usłyszał: „to twój ojciec, do cholery i kaleka! Okaż mu trochę szacunku choćby z jednego z tych dwóch powodów, kurwa!”. Błażej nie miał ochoty okazywać szacunku, czy współczucia, których wcale nie czuł. I nie znosił, kiedy jego matka przeklinała.

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

technikalia:

że na dwadzieścia stron egzemlparza, - egzemplarza
Ojciec Błążeja - Błażeja
że usiłowala wytoczyć mu sprawę w sądzie - usiłowała

Trudno ocenić (cząstkę całości). Na pewno w tym akurat fragmencie zaznacza się miażdżąca przewaga narracji nad dialogami. Opisy pełnią funkcję informującą (ten przedstawiający grę jest ciekawy) ale kilka innych jest trochę nużących. Pogardliwy ton (negatywny stosunek narratorki do bohatera nie zawsze przynosi zamierzony skutek. może warto go jeszcze bardziej dojechać - pewnie w pozostałych partiach tekstu dostaje się dziennikarzykowi). Nie mozna ci odmówić umiejętności składania poprawnych zdań, sprawnego stosowania ironii (konsekwentnie). Ja jednak wstrzymam się z ostateczną oceną (nie chcę wydawać żadnych osądów przed poznaniem całego tekstu). tyle

Opublikowano

To pewnie zabrzmi dziwnie, ale jeszcze nie przeczytałam tego opowiadani. Zrobię to jutro, bo dzis już zwyczajnie - padam z nóg. Natomiast piszę do Ciebie z prośbą, żebyś zajrzała do
" Amsterdamu " - zostawiłam Ci tam, moim zdaniem, dość istotny komenatrz, dotyczący zakończenia opowiadania. Dziękuję też za opinię o moim opowiadanku.
Jutro tu zajrzę i może wtedy coś napiszę.
Pozdrawiam serdecznie.

Opublikowano

Sanestis: dzięki ogólnie. większa całość nie jest o dziennikarzyku. i nawet nie jest o Błażeju (który nawet się tam tak nie nazywa). Słyszałam opinie, że ta większa całość jest nudna, dlatego wrzuciłam tylko ten mały fragmencik o ojcu Bożka (bo tak się on nazywa w "Studencie"). Wrzucę całość, chociaż wiem, że powinnam nad tym tekstem jeszcze bardzo dużo popracować, jest bardzo niedoskonały.

Gosiu: dzięki za komentarz, odpowiedziałam Ci na niego i oczywiście masz rację, pomyślę nad tymi sztalugami, chociaż nie bardzo widzę swój błąd. Ale to Ty jesteś tutaj kompetentną osobą, ja tylko czytuję Whortona :)

Pozdrawiam, dzięki wielkie!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena De-Tre Dzisiaj w nastroju na blusik, chociaż jazz też bardzo lubię. Chyba, że coś "zmierzłego" dla ucha sobie zapodam...Kurta Weilla może...

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Oglądaj, komentuj i krytykuj...zabronić Ci tego przywileju w stanie nie jestem (ale jak będziesz zbyt wredna to Cię odeślę wraz z dedykacją do jednego z moich, specjalnie stworzonych na taką właśnie okazje, dzieł absolutnych z serii "wiem lepiej" ....żebyś tylko mi się na poziom V nie załapała....straszna wulgara...uffff...) Doszedłem do wniosku, że do pracy nad dalszymi rozdziałami muszę się bardziej gruntownie przygotować. Tak więc zacznę od lektury Twoich książek...którą na początek? (tak, żeby się zachęcić, albo nie zniechęcić ) "Ludzie w biegu" czy "Na krańcach klawiatury"? Szczerze mówiąc tytuł pierwszej już mnie drażni...nie lubię pośpiechu, to raz... a dwa, do gatunku ludzkiego nabawiłem się swojego rodzaju alergii ...ale nie oceniamy książki po tytule...czy jakoś tak Zakładam, że jakieś "wystąpienia publiczne", związane chociażby z promowaniem wydanych przez Ciebie książek, już zaliczyłaś...o co Cię głównie ludzie/fani pytają? (muszę się zapytać, żeby nie dublować tematów w mojej biografii ... w sensie Twojej ) Tak to bywa, że na dnie doliny jest znacznie lepiej na samej górze...człowiek nie rzuca się w oczy,co pozwala na zachowanie własnego ja (w miarę możliwości rzecz jasna, trzeba jeszcze brać pod uwagę presje środowiska pozostałych "doliniarzy" ),  doskonale widać co się dzieje na szczycie , a i upadek mniej boli (przewalając się z doliny w dolinę jeszcze nikt chyba krzywdy sobie nie zrobił ). Dobrej nocy P.S. Bodetré i futbol.....???? ...armagedon się iści....
    • Nieruchomieją w apatycznej formie lirycznej i zastygają w obłokach niedomówień tracą powoli barwy tuląc szarość minionych snów na koniec milkną w dokolnej ciszy prosząc zegary o jeszcze jedną chwilę nasączoną szeptem niewypowiedzianych słów.   Autor fotografii: Mirela Lewandowska  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Gosława piękna, zmysłowa liryka o charakterze intymnym, traktująca o głębokim przeżyciu cielesnym i emocjonalnym. Podoba mi się motyw czereśni- ten ich soczysty smak i cudny kolor nadają  ciekawej barwy wersom. Natomist ta zieleń jest dopełnieniem całości obrazu , który tak pięknie pieści wzrokiem...
    • @violetta

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Tekst powtórkowy?     Na cholerę tutaj przyszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane nieco. Dobrze chociaż, że las niczego sobie. Żeby jeszcze drzew nie było. Zasłaniają widok. No nic. Muszę wyciągnąć bułkę z wątrobianką. Uwielbiam. Tym bardziej, że zgłodniałam trochę. Coś mnie w to miejsce sprowadziło… ale co? Przeczucie lub jakieś inne pieprzone zjawisko, którego pojąć nie mogę.    Zgryzam. A niech to. Za raptownie przedziałek dupki nadusiłam i część nadzienia, gęsto szybuje na ściółkę leśną. Dziwna jakaś… materiałowa. Wiem, bo dłonią pomacałam. Muszę wytrzeć papierkiem, bo plama będzie. Dobrze, że nie wierzę w krasnoludki, bo jeszcze by łydki pogryzły, gdyby dostały szarą masą po kapeluszach. Durnowata ja. Najlepszy apetyt, poszedł się…    … a to co? Budka z piwem? Chyba nie, gdyż dziwna jakaś. I skąd nagle tu, po oczach daje. Ciekawe, czy pomoże? Słyszę, jakby za mgłą, że niby tak. Co tak? Może ćwierka ptak? Na dodatek najbliższe drzewa wokół, nabierają błękitnego koloru, a drzwi w owym czymś, samoczynnie otwarte na żółto. Czyżby chatka chciała, żebym tam wlazła. Takiego! Nigdy w życiu – nagle wrzeszczę na całe knieje, pokazując wejściu środkowy palec…    … tylko nie mój. Skąd to obrzydlistwo w dłoni. Inny jakiś. Jakby nie z tego świata. Nawet nie wiem, czy to faktycznie palec. Jedno jest raczej pewne… wskazuje kierunek, a ja nie mogę nie chcieć, wbrew sobie. Na dokładkę w drzwiach chatki, widzę moją matkę. Kiwa do mnie uśmiechnięta i zaprasza na ulubiony obiad. Tak jak kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką. Oj nieładnie, brzydko wprost. Ktoś mi gra na emocjach. Chce zwabić, bym tam weszła. Znowu pokazuje, tym razem swój i co…    … i wchodzę, do wewnątrz, niczym bydlę na rzeź. Od razu lepiej – stwierdzam sarkastycznie – drzewa nie zasłaniają. A dlaczego – myślę jak umiem – bo ich nie ma. Oddycham z ulgą. Potrafię jako tako logicznie rozpatrywać w tej krainie, w której nagle zaistniałam.. Dobrze, że zapasowa bułka z wątrobianką jest ze mną w potrzebie. Symbol więzi z tamtym lasem, by nie zgłupieć zupełnie. Tak daleko, że już nie ma powrotu. Dopiero teraz popatruje wokół, co jest, a czego nie ma.    Niestety, mózg nieprzystosowany. Widzi wszystko po raz pierwszy w życiu, ale tak naprawdę, łącznie ze składowymi obiektów, czy czegoś tam. Nie potrafi przerobić na rozpoznawalne obrazy. Brakuje mu punktów odniesienia. Jestem jak ten niemowlak. Dostrzegam jakieś zamazane kształty. Widzę po ludzku, tylko żaden z tego pożytek, w tym obcym świecie.    Jedyne co rozpoznaje, to swoją twarz w lusterku – nie pamiętam żebym brała – dalsze ciało, bułkę i wspomnianą wątrobiankę. Dobre i to. Jak to… ciało? Kurdę, jestem naga, do ostatniego szczegółu. Na domiar złego, czuję wokół… obecności. Tylko tak mogę to określić. Najbardziej jedną. W ten sposób, że aż ciało moje, drży i wcale to nie jest, takie znowu nieprzyjemne. Zaczynam iść przed siebie…     … kolejna ciekawostka. Widzę, że idę pod górę… lecz nogi, mówią wyraźnie, że schodzę w dół. Muszę wstrzymywać kroki, by nie zjechać po tyłku. Taka sprzeczność, jest trochę męcząca dla mózgu. Nagle całkiem niespodziewanie, dostrzegam siebie, przy… przystojnym kształcie, w ludzkim pojęciu. Obiekty wokół nabierają jakiegoś sensu, lecz mam dziwne wrażenie, że nie zabawię tu dostatecznie długo, by rozpoznać do końca. Siedzenie, sprawia mi coraz większą trudność. Mam ścierpnięte ciało. Słyszę – odpręż się. To sama wiem. Jakie siedzenie? Gdzie? Przecież chodzę tu, lecz nagle przystaje. Normalnie mnie zatyka...       … i odtyka, gdyż ów przystojny kształt – o matko – urywa mi głowę. Zaczyna pieścić i jakby całować, tylko czym. Zamazany cholerny kształcie, pokaż wreszcie swoje oblicze. Nienawidzę cię. No nie, nie mogę powiedzieć, to całkiem przyjemne nawet. Aż mnie nawiedzają spazmy rozkoszy. Chociaż z drugiej strony, jak on śmie. Bez mojej zgody. Jaki on? Może ona? Pieprzone ufoludki. Co to w ogóle jest?     Czuję dokładnie, jego wyczyny z bliźniaczą głową. A jednak doznania więcej, niż boskie. Teraz wyrywa nogi z tułowia. Tej drugiej ja, oczywiście. Pieści me uda. Najpierw jedno, później drugie. No nie. Tylko nie to, co pomiędzy nimi, proszę. A jednak, wyszarpnął paskud jeden. Coś tam gmera, grzebie, wkłada. Cholernie przyjemnie. Odrywa moje piersi. Czule miętosi… i nagle koniec…       … raczej nie. Kolejna niespodzianka. Tamta druga ja, znika. Czuję teraz na całym ciele, delikatne stukanie. Co to znowu za cuda? I tak samo jak poprzednio, nagle mnie olśniewa. To mowa dotykowa. W zależności od tego, gdzie przypada ukłucie, znaczy inny… wyraz… lub literkę… myśląc po ludzku…     … bo tylko tak mogę myśleć, lecz zaczynam nieco rozumieć, co ów przystojny kształt chce przekazać. Czuję się cholernie… zakochana. A niech to, co za banał na obcej planecie chyba? Kształt… we mnie też zakochany. Zakochany? Co ja pieprzę za farmazony. Doprawdy, fajne tu się kochają, rozczłonkowując ciała, kochanej osoby. Chyba jednak zaczyna mi odwalać w tym pokręconej krainie. Nie mogę usiedzieć na miejscu, muszę pochodzić…    … i na cholerę tutaj przeszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane. Chyba na kogoś czekam. Tylko jak długo? No wreszcie. Idzie do mnie uśmiechnięty i już z daleka wrzeszczy, przepraszając za spóźnienie. Tłumaczy to tym, że dość długo trwało, zanim się upodobnił do męskiego, w każdym aspekcie, niekoniecznie na co dzień widocznym.       Jest coraz bliżej. Wreszcie przy mnie. Przytula mnie, a ja jego. W czasie pocałunku, mamroczę niewyraźnie, dziękując za wspaniały żart słowny, którym mnie obdarzył. Że niby… przerobiony na człowieka. Chichoczę w głos na cały las. On też. Jesteśmy tacy... nieziemsko szczęśliwi. Częstuję go połówką bułki z wątrobianką i po chwili, gnieciemy leśną ściółkę.      Po finalnym zakończeniu, zakładamy odzienia, chociaż nie czujemy się nadzy. Idziemy w kierunku obrzeża lasu. Jesteśmy na skraju. To początek rozłożystej łąki, nakrytej żywym całunem, z różnorodnych kwiatów. Z tyłu promienie słońca, prześwitują przez zielone gałęzie. Widzimy przed sobą nasze wydłużone cienie oraz fruwające na ziemi, ślady ptaków.   A jednak coś zakłóca wspólną sielankę. Zaczyna padać drobny grad. Migoczące drobinki, szybują w naszym kierunku. Czuję stukanie na sobie, w różnych przedziwnych miejscach, a on patrzy na mnie, jakby chciał coś powiedzieć.        
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...