Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Dziś rocznica Powstania Warszawskiego
dlatego proponuje podyskutowac czy
rząd Rzeczypospolitej oraz dowództwo
Armi Krajowej słusznie postąpiło wydając
rozkaz o jego rozpoczęciu mimo że musieli
zdawac sobie sprawe że Armia Czerwona
nie będzie skora pomóc powstańcom.
Przecież znali już wynik akcji "Burza"
która miała miejsce na wschodnich
kresach Polski.Bo moim zdaniem
opinie że determinacja powstańców
uratowała Polskie przed Stalinowskim
planem zrobienia z niej kolejnej
republiki radzieckiej nie mają sensu
bo i tak zrobił z nas swą republike
choc nie oficjalni.

Opublikowano

kurwa, człowieku irracjonalnosć tychże działań możesz sobie oceniać z perspektywy 62 lat. nie wiem co w nich siedziało, ale byli zapewne dosyć mocno zdesperowani. czuli po prostu bezsilność. a o ofiary się nie martw - to one same chciały to zrobić. pozdrawiam.

Opublikowano

myślę że to powstanie było nieuknione właśnie z powodu stosunków polsko-radzieckich. utworzenie w okupowanej Polsce PKWN które szerzyło propagandę komunistyczną i występowało przeciwko rzadowi polskiemu na emigracji było zwiastunem przyszłych poczynań ZSRR wobec Polski. schowanie głowy w piasek mogło rzeczywiście oszczędzić trochę istnień ludzkich ale co stało się z Akowcami po zajęciu Polski przez Rosjan każdy wie. powstanie przygotowało grunt do kolejnych walk z okupantami tym razem radzieckimi pokazało determinację Polaków w walce o niepodległość i na pewno wpłynęło na przyszłe pokolenia Polaków które wychowane na tradycji powstańczej z odwagą występowały przeciwko władzom komunistycznym. oczywiście pozostaje kwestia samej organizacji powstania. niestety władze AK okazały się strasznie nieudolne a zabiegania rządu londyńskiego (osłabionego znacznie odejściem charyzmatycznego Sikorskiego) o pomoc brytyjską nieskuteczne. jednakże samą decyzję o wybuchu powstania trudno jest jednoznacznie potepić.

Opublikowano

Powstanie Warszawskie to największy pokaz heroizmu jaki dali Polacy bodaj w całej swojej historii. Czy było potrzebne, czy miało sens? Nam jest teraz to łatwiej oceniać z perspektywy czasu, ale musimy spojrzeć na to z perspektywy tamtych czasów i tamtych ludzi. Na pewno powstanie było źle przygotowane co do tego nie ma wątpliwości, tysiące nieuzbrojonych lub bardzo słabo uzbrojonych ludzi ,ruszyło do walki przeciw dobrze wyszkolonej i uzbrojonej armii, z rozkazem zdobycia sprzętu na wrogu. Dowódcy powstania byli świadomi, że rzucają ludzi na rzeź, nie mniej jednak wierzyli w cud. Z perspektywy 62 lat wiem doskonale, że to nie mogło się udać ale zawsze na pytanie czy było to potrzebne odpowiem było. Może i Stalin nie miał planów co do zrobienia z Polski republiki ten spór jest dalej nie rozstrzygnięty, jednak powstanie pokazało, że Polacy są narodem, który stać na takie drastyczne i dramatyczne ruchy i z tym narodem trzeba się liczyć. Mówiąc o Powstaniu Warszawskim zawsze musimy pamiętać o jednym, ludzie który walczyli robili to na rozkaz ale przede wszystkim z miłości do swojego kraju, a byli tacy, którzy wcale nie musieli, przykład Krzysztofa Baczyńskiego, który chciał walczyć choć tak wielu próbowało odwieść go od tego. Więc zwracam się do tych wszystkich, którzy krzyczą, że nie miało to sensu, idźcie na groby poległych i powiedzcie tym drewnianym krzyżom, że to wszystko nie miało sensu, że ich ofiara nie miała sensu, że ich miłość, patriotyzm, heroizm też nie miał sensu, albo powiedzcie to tym, którzy przeżyli może nie zdzielą was w twarz...

Opublikowano

Jesteśmy jedynym narodem, który czci swoje klęski narodowe. Wszystkie Powstania przegraliśmy. Inne państwa korzystały na naszej martyrologii. Można by powiedzieć, że to nie miało sensu, było wręcz absurdalne. A jednak te zrywy narodowe były tymi cegiełkami kształtującymi naszą narodową dumę i świadomość bycia Polakami. Można negować sens walki z Hitlerem. Inne państwa oddały swoją suwerenność na rzecz zaborcy. Nie poniosły zbytnio strat w ludziach i dobrach materialnych. Polska osamotniona walczyła. Dumny jestem z takiego stanowiska Polaków. Wolność nie zna ceny!
Powstanie Warszawskie było klęską. Straciliśmy setki tysięcy istnień ludzkich, dochodziło do niespotykanego barbarzyństwa ze strony okupanta. Rosjanie cieszyli się z pogromu żołnierzy AK. Ktoś inny wykonywał za nich to, co oni wcześniej zaplanowali – wyniszczenia polskiej inteligencji. A jednak heroizm Powstańców przewyższył poniesione straty. W świadomości Narodu pozostał szacunek do wolności - za każdą cenę. Również przekonaliśmy się, że najlepiej jest liczyć tylko na siebie. Żadne sojusze, traktaty nie gwarantują pomocy... to tylko kartki papieru.
Silne państwo to kraj zgody narodowej, w którym nie ma anarchii i sobiepaństwa, to kraj budujący przyszłość. Nasze narodowe zrywy powinny być przestrogą przed możliwością powtórki z historii. Wewnętrzne kłótnie zawsze będą osłabiały i narażały na agresję militarną, bądź uzależnienie gospodarcze. Stara mądrość mówi: czyje pieniądze tego władza.
Marek Wieczorny

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Z tego co pamiętam to żadne z powstań nie było ogólnonarodowe może poza kościuszkowskim. Warszawskie też nie było ogólnonarodowe tylko Warszawskie przecież samo miasto nie miało być nawet włączone do akcji „Burza”, tak więc ten argument mnie nie przekonuje, bo jeśli włączenie wielkopolski do naszego kraju, która przecież jest jego kolebką było tylko sprawą regionalną a nie ogólnonarodową to ja gratuluje takiego spojrzenia na historię Polski.
Pozdrawiam
Opublikowano

Napisałem ogólnie o martyrologii, która potrafiła przemienić się w coś pozytywnego. Chodziło mi o trzy Największe Polskie Powstania. Pisanie, że te Powstania były jedynie lokalnymi epizodami, to rzeczywiście godna ubolewania teza. Zapomniał Pan chyba, że Polska była pod zaborami i jej granice różniły się od dzisiejszych. A emisariusze przekraczający rozbiorowe granice, a tworzące się oddziały powstańcze na terenie różnych zaborów. Czy to nie świadczy o czynach ogólnonarodowych? Czy ogłoszenie przez sejm Królestwa Polskiego zrywu listopadowego Powstaniem Narodowym nic Panu nie mówi? Czy coś Panu mówi „Związek Trojnicki”, „Koło Oficerskie”? Te organizacje to preludium do Powstania Styczniowego. Zwłaszcza ten pierwszy Związek szukał kontaktów ze wszystkimi Polakami w każdym zaborze. To Powstanie to 1200 potyczek z wojskami carskimi. Czy to jest lokalne powstanie, czy Wielki Narodowy Zryw? Widocznie historia w szkole nie była zbyt lubianym przez Pana przedmiotem. Pisanie zaś o Powstaniu Wielkopolskim jako o zrywie ogólnonarodowym jest zwykłym minięciem z prawdą. Miesza Pan pojęcia "powstanie narodowe" z przyłączeniem, dzięki powstaniu w tym regionie, pewnej krainy do Polski.
Co do Powstania Warszawskiego i akcji "Burza" to coś Pan o tym słyszał, ale chyba zbyt powierzchownie. Stwierdził Pan, że miasto nie miało być włączone do akcji "Burza". A w którym roku tworzono zręby tej akcji? Wtedy, kiedy jeszcze nie myślano o zwycięstwie Rosji Sowieckiej nad Niemcami. Już po klęsce Niemców pod Stalingradem i Kurskiem zaczęto zastanawiać się nad dalszym rozwojem sytuacji i stanowisku AK względem zbliżających się wojsk sowieckich. Na Wołyniu rozpoczęła się akcja „Burza” działaniem 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Powstanie Warszawskie było najkrwawszym i najbardziej znanym, chociaż stanowiło jedno z ogniw trwającej akcji "Burza". Były przecież powstania we Lwowie, Wilnie, tworzono i mobilizowano nowe grupy: Okręg Kielecko-Radomski "Jodła" sformował 2. Dywizję Piechoty (15 VIII podjęto nieudaną próbę marszu na pomoc powstańczej Warszawie), Okręg "Łania" (Łódź) wystawił pułk piechoty. Okręg "Muzeum" (Kraków) utworzył Dywizję Piechoty oraz Krakowską Brygadę Kawalerii AK. To miała być wielka akcja uwalniania Polski spod okupacji hitlerowskiej i pokazanie światu, że Polska była w stanie sama uwolnić się z tego jarzma i ma swoją wojskową reprezentację. Stalin miał jednak zupełnie inny zamiar w stosunku do Polski... i w tym poparły Rosję zachodnie Wielkie Mocarstwa. Akcja „Burza” musiała być zawieszona. Powstanie Warszawskie też nie było jedynie regionalnym zrywem – było częścią wielkiej akcji zbrojnej.

Jeżeli nie potrafił Pan tego zrozumieć ze zwykłego braku wiedzy, to jest to tylko Pana sprawa, ale rozpoczynać dyskusję o czymś, czego się nie wie, to już lekka przesada. Małostkowość jest cechą ludzi kłótliwych... i mało poważnych. Co do historii Polski to trochę ją znam i z kartek podręczników... i przeżyłem duży jej wycinek.
Marek Wieczorny

Opublikowano

To pan użył pojęcia powstanie ogólnonarodowe i to pan twierdził, że wszystkie powstania przegraliśmy, a więc w podobnym toku rozumowania logicznego napisałem, że powstań takowych nie było. Historia to piękny przedmiot, któremu poświęciłem dosyć dużą cześć mojego życia aby nie powiedzieć większość, a w szczególności piękna i bogata jest historia Polski i nigdy nie zgodzę się na traktowanie jej wybiórczo, a niestety za duże nadużycie uważam stwierdzenie, że każde z powstań kończyło się klęską, przypomnieć pragną bym także, że w czasach zaborów nie tylko wynik militarny się liczył...
Co do samego Powstania Warszawskiego i akcji „Burza”, no cóż jej przebieg i motywy zostały przez pana opisane ale mam jedno pytanie jeśli Warszawa miała być jednym z ogniw to dlaczego była tak źle do niej przygotowana? W innych regionach akcja ta przebiegała sprawnie i z sukcesami, co prawda inna sprawa, że bratnia pomoc nie okazała się tak bratnia i miast pomagać rozbrajała żołnierzy AK ale to jest zupełnie inny temat. Może mi pan zarzucić, że nie znam historii, może profesorowie nie dostrzegli braków mojej wiedzy, wszystko wszak jest możliwe ale czy zarzuci pan to samo takim ludziom jak: Roszkowski, Kunert, Paczkowski, czy Davis bo właśnie w trzy tomowej Historii Polski Profesora Roszkowskiego wyczytałem, że akcja „Burza” na terenie Warszawy nie była planowana i dlatego logistycznie była to „klapa”. Zgadzam się z wieloma pana słowami szczególnie napisanymi nieco wcześniej, ale dla każdego historyka niedopuszczalne jest wybiórcze posługiwanie się historią, nie możemy wziąć trzech powstań i na ich podstawie tworzyć teorie, bo wie pan można równie dobrze zapytać dwóch ludzi czy palą jeśli jeden powie, że tak a drugi, że nie to jeszcze nie uprawnie nas do twierdzenia, że połowa populacji ziemskiej pali, bo jest to jawne nadużycie i tak samo jest z historia a jeśli pan ją zna to nie musze mówić do czego prowadzi takie wybiórcze jej traktowanie. Należy też pamiętać, że historia jest nauczycielką życia i dziś w dobie kryzysu patriotyzmu odpowiedzialny człowiek nie powinien pisać jedynie o porażkach trzeba oczywiście jasno i wyraźnie o tym mówić ale nie róbmy z siebie takich nieudaczników bo jeśli kiedyś, nie daj Bóg, jeszcze raz trzeba będzie walczyć o wolność to ludzie nauczeni tylko takiej historii powiedzą: a po co przecież historia nas uczy, że zawsze przegrywamy więc nie ma to sensu, ale czy na pewno tak jest....?
I jeszcze jedno, historia to też szersze patrzenie na otaczającą nas rzeczywistość więc mam takie pytanie wracając do walk o Polski Poznań i o Śląsk, czy naprawdę te regiony nie są ważne dla Polski i czy krew ludzi, którzy ją przelali jest mniej święta od tej którą przelali powstańcy listopadowi, styczniowi a wcześniej kościuszkowscy?
Bo moim skromnym zdaniem w skali makro i z perspektywy lat to właśnie te postania były, może z racji tego, że wygrane, najistotniejszymi. I na koniec jeszcze jedno tak samo jak w innych powstaniach następował przepływ ludności chętnej do walki miedzy zaborami, tak i w tych przypadkach można było zauważyć (szczególnie w Poznaniu) napływ ochotników z różnych stron kraju, tak więc biorąc pod uwagę wszystkie te argumenty a także i pańskie pozwolę sobie oba nazwać ogólnonarodowymi.
Pozdrawiam

Opublikowano

Widocznie miał Pan zły dzień, czytając moją pierwszą wypowiedź. Powtórzę ją raz jeszcze:

„Jesteśmy jedynym narodem, który czci swoje klęski narodowe. Wszystkie Powstania przegraliśmy. Inne państwa korzystały na naszej martyrologii. Można by powiedzieć, że to nie miało sensu, było wręcz absurdalne. A jednak te zrywy narodowe były tymi cegiełkami kształtującymi naszą narodową dumę i świadomość bycia Polakami. Można negować sens walki z Hitlerem. Inne państwa oddały swoją suwerenność na rzecz zaborcy. Nie poniosły zbytnio strat w ludziach i dobrach materialnych. Polska osamotniona walczyła. Dumny jestem z takiego stanowiska Polaków. Wolność nie zna ceny!
Powstanie Warszawskie było klęską. Straciliśmy setki tysięcy istnień ludzkich, dochodziło do niespotykanego barbarzyństwa ze strony okupanta. Rosjanie cieszyli się z pogromu żołnierzy AK. Ktoś inny wykonywał za nich to, co oni wcześniej zaplanowali – wyniszczenia polskiej inteligencji. A jednak heroizm Powstańców przewyższył poniesione straty. W świadomości Narodu pozostał szacunek do wolności - za każdą cenę. Również przekonaliśmy się, że najlepiej jest liczyć tylko na siebie. Żadne sojusze, traktaty nie gwarantują pomocy... to tylko kartki papieru.
Silne państwo to kraj zgody narodowej, w którym nie ma anarchii i sobiepaństwa, to kraj budujący przyszłość. Nasze narodowe zrywy powinny być przestrogą przed możliwością powtórki z historii. Wewnętrzne kłótnie zawsze będą osłabiały i narażały na agresję militarną, bądź uzależnienie gospodarcze. Stara mądrość mówi: czyje pieniądze tego władza”.

Czy zawarta w nich treść upoważnia Pana do stawiania zarzutu, że neguję wartości patriotyczne i umniejszam wartość polskich Powstań? Przecież w tej treści jest wyraźnie powiedziane o doniosłości tych heroicznych zmagań dla kształtowania patriotyzmu i poczucia godności Polaków. Należy dobrze zapoznać się z treścią i wyrażoną w niej myślą. Pisałem ogólnie, bez zbytniego rozdrabniania tematu. Nie sądziłem, że dwa wyrazy „wszystkie powstania” (chodziło o te najbardziej znane) staną się pryzmatem, przez który zobaczy Pan moją wypowiedź.
Dziwię się Pana wypowiedzi (w odniesieniu do gloryfikacji, którą Pan prezentował) odnośnie złego przygotowania Powstania Warszawskiego. Starałem się tego tematu nie poruszać. To właśnie jest ta bolesna część historii, o którą sprzeczają się historycy i wojskowi sztabowcy. Zapomniał Pan również o założeniu, że walki będą trwały tylko trzy dni. Czy chciał Pan dać do zrozumienia, że błędnie przygotowane Warszawskie Powstanie było powodem tragedii? Taką ukrytą myśl wyczytałem w Pana wypowiedzi. Przecież można poczytać pracę Davisa, by dać sobie, chociaż częściowo, odpowiedź na stawiane pytanie. A Pan przecież czytał tę pracę.
Kończę już dyskusję na ten temat. Historia to przeszłość, ale tworzy ją każda teraźniejszość i życzę Panu i sobie by w przyszłości nikt nie musiał zastanawiać się nad sensem heroizmu... i czy warto było.
Pozdrawiam
Marek Wieczorny

Opublikowano

Może rzeczywiście miałem zły dzień i jeśli Pana uraziłem to przepraszam, wie Pan ostatnio biorę udział w wielu dyskusjach na temat Powstania bo i czas jest po temu i dosłownie krew mnie zalewa jeśli słyszę niektóre argumenty a jednym z nich jest ten, że nic innego nie potrafimy tylko gloryfikować nasze porażki, a od takich słów zaczęła się pana pierwsza wypowiedz (choć oczywiście nie dosłownie) i może dlatego pozostała treść była czytana już przez ten pryzmat. Zapytał mnie Pan czy uważam, że umniejszył Pan wartość powstań swoją wypowiedzią i powiem, że w moim subiektywnym odszyciu tak to odebrałem po przeczytani pierwszego Pana zdania bo jak by nie było pominą Pan te może i mniejsze ale zwycięski a o tych nigdy nie wolno nam zapomnieć. Jednocześnie podpisuje się pod Pana wypowiedziami o bohaterstwie, heroizmie i również przyłączam się do życzeń aby już nigdy takie rozważania nie były potrzebne.
Pozdrawiam
P.S. nie umniejszając zasług i bohaterstwa ludziom odpowiedzialnym za przygotowanie i rozpoczęcie Powstania choćby takim jak Monter, czasem zastanawiam się czy gdyby przeżyli nie dręczyło by ich sumienie, że tylu ludzi posłali po prostu na żeś, niestety wielu z nich wiedziało, że walki nie potrwają tylko trzy dni i a będąc świadomi tego co się działo na wschodzie mogli się domyślać, że Stalin nie kiwnie palcem aby pomóc powstańcom.
Jednocześnie te moje przemyślenia nie zmieniają mojego zdania odnośnie Postania i tego co napisałem wcześniej.
Raz jeszcze Pozdrawiam

Opublikowano

Dowodztwo AK bralo pod uwage takze spontaniczny zryw ludnosci cywilnej zmeczonej okupacja, dlatego lepiej sie stalo, ze to AK podjela sie tego zadania. oczywiscie zginelo duzo cywili, oczywiscie uzbrojenie powstancow nie moglo sie rownac z niemieckim, ale to przeciez AK byla wtedy najbardziej liczaca sie organizacja podziemna w Polsce.

czy decyzja byla sluszna? ale co mozna bylo wtedy zrobic? o pozwoleniu Rosjanom 'wyzwolic sie' ''bez slowa'' nie bylo mowy (doniesienia ze wschodniej Polski). zostaje powstanie przeciwko Niemcom, ktorego nie da sie wygrac bez pomocy z zewnatrz. tak czy inaczej ktos chcial pozbyc sie AK.

znamienne jednak jest, ze powstanie zaplanowane na kilka dni trwalo ponad 2 miesiace (63 dni). znamienne jest, ze powstancy pomimo braku amunicji nie stracili morale.

czesto patrzy sie na powstanie z perspektywy wielu lat, kiedy znane sa jego efekty. a przeciez informacje nie byly wtedy tak dostepne jak dzis i decyzja na pewno nie byla prosta.

trudno stwierdzic, czy decyzja byla sluszna, ale dla mnie powstanie, pomimo przegranej, jest manifestem wyjatkowego etosu.


przepraszam za brak polskich czcionek
m.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zegarek na piekarniku wybił szesnastą. Słońce jeszcze nie zdążyło wstać, a cztery cyferki wisiały zawieszone pośrodku niczego, głosząc w eter jedyne w co mogły wierzyć, w istotę swojego istnienia - w to, że jest właśnie godzina szesnasta. Przeszedłem po cichu korytarz, stawiając ostrożnie ciężkie, zimowe buty, przekręciłem ostrożnie zamek i wydostałem się na klatkę schodową.

      Czerwone diody tym razem pokierowały mnie ku włącznikowi światła z małą ikonką Schrödingera - z żarówką albo może z dzwoneczkiem, co mogło mi się okazać dopiero po naciśnięciu przycisku. Oczywiście zaryzykowałem, a włącznik zamiast budzić nad ranem sąsiadów rutynowo włączył światło. Okropne to wszystko. Czuję, że wracam na tarczy, i ranię w tym samym momencie, że wyżywam się na swojej własnej naiwności. Nie chciałbym jej teraz budzić, nie chcę, żeby o tym wiedziała, ale mogę o niej myśleć jedynie jak o substytucie namiętności prawdziwej, takiej namiętności po której nie boli mnie głowa, takiej po której nie muszę brać prysznica, a najlepiej takiej, po której mógłbym już umierać. Jeżeli sen to półśmierć, a samotność to ćwierćśmierć, to miłość musi być jej trzema czwartymi. 

      Odwróciłem się do drzwi, starłem rękawem wypisane w kredzie "M + B" i w lepszym nastroju zbiegłem po schodach. To była moja pamiątka na pożegnanie - "K" jak Kalipso, na przestrogę dla wszystkich chłopców szukających w tym życiu pociechy, choć to jedynie kropla w morzu, jedne z miliona drzwi Ogygii, gotowych do połknięcia każdego żeglarza błądzącego między Kazimierzem a Grzegórzkami, Krowodrzą a Łobzowem, między swoją ostatnią miłością z liceum a snem wiekuistym. Czy ja byłem w jakikolwiek sposób lepszy od tej niezaspokojonej męskiej masy? I tak, i nie.

      Zawahałem się jeszcze przez chwilę, po czym otworzyłem drzwi na ulicę. Poranek był paskudny (chociaż zazwyczaj takie poprzedzają najpiękniejsze dni), wiatr podrywał brudną, szarą mgłę ciskając mi ją, niezależnie od tego w którą stronę bym nie poszedł, prosto w twarz. Czułem jak powoli woda przesiąka moje włosy, które coraz to cięższe zaczęły przylegać mi do głowy. We wrześniu mógłbym uznać taki Kraków za czarowny, lecz teraz, w październiku, już absolutnie mi to zbrzydło. Jesień potrafi być urocza, niby najlepsza kochanka, a najlepsza kochanka to taka, po której aż miło jest wracać do żony, i ja także zachciałem już wracać do lata.

      Pierwsze kroki wbiły mnie w marynarkę. Z głową schowaną w kołnierzu zaplanowałem przeciąć na wskroś stare miasto, o tej godzinie nienaturalnie puste, kiedy już ci bawiący się najgorzej wrócili dawno do domów, a najszczęśliwsi skończyli na afterparty z Morfeuszem. Na ulicach, gdzieś pomiędzy nocą a dniem, pozostali tylko ludzie tak samo jak ja ambiwalentni, z tym samym dziwnym poczuciem solidarności nakładamy dla siebie prawdziwe śniadanie mistrzów - wyrzuty sumienia. Z jednej strony mogłem pozostać wczoraj w Itace, spędzić wieczór na rozwiązywaniu starych kolokwiów lub przy lepszej czy gorszej książce, zrobić sobie ładną kolację albo posprzątać pokój. Z drugiej, jeżeli już się w to wpakowałem, mogłem pozostać u niej do rana, dać się jej złapać za gębę kochanka, a może poopowiadać jej o "wolnych duchach" i "potrzebie rozłąki", powołując się przy tym na jakiegoś romantycznego poetę, po czym wyjść na pierwszy tramwaj do domu. Może i unikam aktualnie odpowiedzialności, ale zbrodnia już została dokonana, pytanie tylko, czy ona będzie jeszcze chciała do mnie wydzwaniać. Mógłbym ją zablokować, oczywiście, ale ona w żadnym stopniu na to nie zasłużyła, wolę nie uciekać od gilotyny, bowiem nie wierzę w istnienie zbrodni bez kary. Jeżeli nie zostanę ukarany, nie będę zbrodniarzem, zostanę po prostu “dupkiem”, albo “chujem”, co byłoby zdecydowanie gorsze. Zbrodniarzy się resocjalizuje, ale chujem pozostaje się do końca życia. 

       

      Spacer zawsze uważałem za rodzaj modlitwy, za sposób wprowadzania siebie w ten sam trans, który inni osiągają powtarzaniem zdrowasiek albo buczeniem w pozycjach jogi, w trans wybijany po kolei na betonie, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa. Cały świat zamyka się w tych dwóch słowach, wszystko i wszyscy są ode mnie oddzieleni tylko pewną ilością lewych i prawych, ja jestem wszechświatem doświadczającym samego siebie, więc kroczę, i muszę kroczyć, lewa, prawa, lewa, prawa. 

      Pamiętam czasy lepsze, czasy zauroczeń, nowych doznań, czasy, kiedy ludzie sami wyciągali do mnie dłonie, ale to nie ma znaczenia, pomiędzy miłością a rozstaniem jest tylko x lewych i prawych.

      Uciekłem, skończyły się czasy Feaków, gościnności, zabawy, igrzysk, odpłynąłem na ostatnim statku, na tramwaju zwanym dorastaniem, z nosem spłaszczonym na szybie i jednorazowym biletem. Im dalej patrzyłem, tym bardziej mi się wydawało, że stoję, ale teraz, patrząc pod nogi, muszę uważać, aby nie stracić gruntu pod nogami, i cały czas próbuję za nim nadążyć - lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa.

      Kompletnie przemoczone włosy odgarnąłem z twarzy, wracając przez sekundę do klnięcia na krakowską pogodę, na brak kaptura, a przede wszystkim, na tę całą sytuację, na młode dziewczyny, na pożądanie, na bary na Kazimierzu, na szybki seks, oraz oczywiście - na samego siebie. Na mojej drodze krzyżowej mijałem kolejne stacje, pamiątki minionych wieczorów - bary, pasaże, uliczki, teraz wszystkie martwe, na tyle wiernie oddające obecny stan mojego ducha (ach! czy to nie pretensjonalne?), że potrzebowałem chwili aby uświadomić sobie, że już za jakiś czas one z powrotem będą tętnić życiem, wypełnią się paczkami studentów, lanym piwem, dymem papierosów, głosami mniej i bardziej zrozumiałymi, rozmowami o wszystkim i o niczym, flirtami i odrzuceniem, słowem - życiem. 

      Złowieszcze to memento mori. Nic nie płynie, tylko ja przemijam, konsekwentnie kończąc i zaczynając następne ulice, a krakowskie bary będą trwać wiecznie. Nigdy nie skończy się zabawa, choć dla mnie zabawy już nie ma, nigdy nie przestanie grać muzyka, chociaż ja już nie mogę jej słuchać. Nieustanne bicia perkusji, przechodząc mi przez tors, nadały mojemu sercu tempo, którego wiem, że nie będzie ono w stanie utrzymać. Następne wspomnienia zaczęły po kolei wypływać na wierzch, przykrywając sobą teraźniejszość, którą zamalowano jak na starych obrazach, aby na jej miejsce postawić coś o wiele piękniejszego.

       

      Teatr “Bagatela”. Jakieś pięć minut temu miałem tutaj dostać w mordę. Mówi się, że słowa pijanych to myśli trzeźwych, więc to tutaj można szukać wniosków na temat społeczeństwa, nie w książkach, książki to myśli pijanych, o tym co mówią trzeźwi. Ja doszedłem do wniosku, że ludzkość w zasadzie dzieli się na trzy grupy - na tych głupich, tych którzy chcą kogoś kochać oraz tych, którzy chcą dać komuś w pysk. W każdej chwili dnia te trzy grupy muszą mieszać się ze sobą, trwać pod wspólnym sztandarem pracy, aż wreszcie tutaj - pod afiszem “Umrzeć ze śmiechu” mogą one wreszcie odsłonić swoją prawdziwą twarz (bo co to jest za przyjemność walić w gębę). Kolejny mój powrót do Itaki, moja personalna odyseja, w której zawsze docieram do celu, a jednak nigdy nie kończę tam wracać, pokazuje tylko, że najmądrzej jest pewnie być jednym z tych głupich. Ciepła, lipcowa noc zostawia mi słodko-gorzki posmak na ustach, ten rodzaj nostalgii, który zaczyna się już w drodze powrotnej do domu, nostalgii tępej i niewymierzonej w żaden konkretny cel, rozchodzącej się stłumionym jękiem po całym ciele. Utknąłem za ostatnią kropką na końcowej, wpół zapisanej stronie rozdziału, tylko ja i biel pustej kartki oczekujący na to, aż wszechmogąca ręka przerzuci nas na następną stronę.

       

      Teatr “Bagatela”. Znowu, i znowu. Czytam ulicę Krupniczą jak najsłodszą wiadomość, rozkładam zdania na słówka, każde z nich po kolei przeżuwam, aż wypuści z siebie wszystkie cukry, po czym puste, pozbawione już sensu litery wypluwam na chodnik. W ten sposób dotarłem do momentu, gdzie “Krupnicza” nie znaczy już nic. Znaczyła pierwszy semestr studiów, znaczyła dziewczyny których imion nie będę tutaj wymieniać, znaczyła porażki i sukcesy, wschody i zachody, a więc dzisiaj nie może znaczyć już niczego.

       

      Minąłem studzienkę Badylaka. Już jakiś czas temu, ale wtedy musiałem przejść koło niej obojętnie. Idealne miejsce na jakąś cyniczną refleksję, może “Jego śmierć ma w sobie całą patetyczną bezpłodność męczeństwa, całą jego zmarnowaną piękność.”? Kto to powiedział? Nie pamiętam, nie żeby to miało znaczenie. Może sam pokuszę się kiedyś o podobny koniec, ale na pewno nie dziś, nie da się pięknie cierpieć w tej obrzydłej mżawce. Każdy jeden płomyk, który miałby zapewnić mi oczyszczenie, zdusiłyby kolejne warstwy tej brudnej, zimnej wody, każda kropelka po odparowaniu zostawiałaby mi szumowiny na skórze. Okropne. Echo moich kroków wracało do mnie zdwojone ze zdobionych fasad kamienic. Miałem ochotę gwizdać, ale popękane wargi mogły jedynie ranić siebie nawzajem fragmentami suchej, stwardniałej skóry. Z zażenowaniem schowałem mój “dziubek”, aby minąć jakąś postać na ulicy. Zarys kurtki z futrem okazał się być kobietą w średnim wieku. Spojrzała na mnie tym samym wzrokiem pełnym zniecierpliwienia, którym patrzy się na ludzika oznaczającego czerwone światło na pasach. Ludzie w tym mieście nie potrafią się do siebie uśmiechać. 

       

      Ulica Czysta. Faktycznie, o tej godzinie prosi się o żartobliwy komentarz. Mogę teraz poświęcić chwilę na sporządkowanie myśli zeszłego wieczoru, przede wszystkim na otworzenie się przed wami. Nie mogę ciągle kryć się za wodospadem błahych refleksji, z pozoru wszystkich “głębokich”, ale w praktyce służących jedynie do przyćmienia mojego ego, rozmycia konturów pomiędzy mną a tłem, nawet jeżeli ma to być tło tak piękne, jak stare miasto w Krakowie. Od początku - nazywam się K., urodziłem się wczoraj po dziewiętnastej, i za około 20 minut zamierzam umrzeć. Oczywiście na potrzeby tej historii. Nie oznacza to bynajmniej, że aż tak się zamierzam dla was poświęcić, po prostu jedynie w tych ramach czasowych istniałem jako “K”, myślałem i chodziłem jako “K”, z “K” powstałem i w “K” się obrócę. Wierzę, że wszechrzecz jest miarą człowieka. Przejdźmy do głównego problemu - do niej. Podoba mi się ta zagrywka, odwoływanie się do niej w ramach opowieści jako po prostu ona. W języku polskim nie postawię the przed jej rzeczownikiem, a więc muszę dla niej poświęcić wszystkie inne kobiety w moich zdaniach (nawet jeżeli ma to być nawet “ta” kostka brukowa). Nie będę strasznie przedłużać, nazwać rzecz po imieniu to jest zniszczyć trzy czwarte uroku poetyckiego, nieprawda?. Jakoś tak. Brunetka, okulary lennonki, czarny sweter, trochę piegów (generyczny opis? może. generyczny romans.). Uśmiechała się tylko dolną wargą, i chyba tym uśmiechem zabrała mnie do siebie. 

      Nigdy nie uważałem się za typ romantyka. Znaczy, nigdy nie uważałem się za typ osoby mogący romantyka udawać. Flirt wychodził mi żałośnie, a zainteresowanie, nieważne jak szczere, miało w sobie coś z teatralnej przesady. Mówiąc krótko, nie byłem nigdy psem na baby. Nie będę więc zmyślał - nie mam pojęcia jak udało mi się znaleźć w tej sytuacji. Zawsze z tego powodu unikałem alkoholu, odczuwałem, że zmieniając swoją osobowość tracę część swojego jestestwa, że to nie ja staję się bardziej wygadany i pewny siebie, ale że oddaję kontroler starszemu bratu, który musi pomagać mi przejść za trudne dla mnie poziomy, że w jakiś quasi-fetyszystyczny sposób przyglądam się zabawie innego faceta, tym bardziej bolesnej do oglądania, ponieważ zdaję sobie sprawę jak niewiele mnie od niego dzieli, jak trywialne powinno być dla mnie wyjście “do ludzi”. Co mnie skłoniło do tego, żeby dzisiaj się zwrócić do starszego brata o pomoc? Nie wiem. Znowu nie wiem, paskudna narracja. No cóż, człowiek jako jedyny szuka we wszystkim logiki, i jedyny się jej wymyka. Księżyc nie kaprysi na ciągłe zmiany, a Wisła nie upija się na Kazimierzu. Możemy się bawić w psychoanalizę (może i ona nawet ma coś z mojej matki?), ale wydaje mi się to bezsensowne, uznajmy więc, że napiłem się dlatego, bo tak musiało się stać, gdybym tego nie zrobił, to leżałbym teraz w łóżku, a więc musiałem się napić żeby móc tutaj być, tyle wystarczy. Niektóre rzeczy nie wydarzają się z przyczyny, pchają one jedynie akcję do przodu, są wypadkowymi tego co było przed nimi, i tego co spowodują. Wszechświat generalnie dąży do entropii, a nam strasznie ciężko to zaakceptować, wysyłamy sondy za pas Kuipera, desperacko krzyczymy w eter Ordnung muss sein!, a wszechświat ciągle zostawia nas na wyświetlonym.

      Mógłbym próbować odegrać teraz parę z tych rozmów, które musiały się między nami odbyć, ale boję się, że postawię siebie w zbyt pozytywnym świetle. Nie będę układał dialogów dla ciekawszej, zabawniejszej, śmielszej wersji mnie, to byłoby po prostu fantazjowanie, jak przeżywanie idealnych form odbytych już rozmów przed pójściem spać, odgrywanie ich w idealny sposób, gdzie nie dość, że jestem subtelnie flirtowny, sugestywny i zabawny, to jeszcze dostaję zawsze dokładnie taką odpowiedź o jaką proszę. Nie mogę się zdecydować czy takie marzenie jest żałosne, czy jest to coś, czego powinienem się wstydzić, w końcu każdy tak przecież robi, w momencie gdy zaczyna się postrzegać interakcje międzyludzkie jak przestrzeń do odnoszenia “porażek” i “sukcesów”, to naturalne, że człowiekiem zaczyna kierować ambicja, że chce się tylko “wygrywać”. Jak na społeczną istotę, człowiek potrzebuje nabyć całkiem sporo umiejętności, które mogłyby się wydawać wrodzone. Ja, na przykład, ostatnio próbowałem nauczyć się cierpieć. Już brzmi okropnie, co? Cierpienie paradoksalnie nie jestem naturalnym stanem człowieka, może bywało kiedyś, przed pierwszymi eposami, w czasach gdzie nic jeszcze nie było symbolem, a cierpieć można było jedynie “na prawdę”. Lecz dzisiaj? Ból wrzuca człowieka w szufladkę “cierpiącego”, ramy w których trzeba niezręcznie wyginać i kurczyć nogi, schylać się i garbić, gdzie nie można już zrobić niczego, aby to nie było pretensjonalne. Cierpienie jest w domyśle infantylne, i choć artyści trąbią nam o tragizmie na prawo i lewo, nigdy nie malują oni cierpiących, malują cierpienie samo w sobie, a człowiek powinien być w tym systemie jedynie kukłą, wycenianą na podstawie tego, jak autentyczne potrafią być jej ruchy. I ja też się na tym łapię, rzucam frazy pensjonarskie i szalenie dziecinne, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie taki jest sens wyrażania siebie. Oczywiście, jeżeli zależy nam na artyzmie, należałoby postawić na dojrzałość, ale autentyczność? Autentyczność jest prosta i infantylna, nie boi się chodzić utartymi ścieżkami, bo autentyczność nie jest romantyczna, jest światopoglądowo neutralna i nie należy do nikogo z nas, nie boi się cytować Balzaka, harlekinów, albo tekstów Beatlesów, jest duchem epoki w skali wszechświata, zeitgeistem łączącym całą cywilizację trwającą jedynie błysk w zwartą, jednolitą masę. Prawdziwe uczucia to cztery grunge’owe akordy, kartki z tyłu zeszytu, i co po niektórzy artyści o tym wiedzą, starają się to fałszywie odegrać, ale poza autentycznie cierpiącego nie jest niczym ponad kolejną pozą. Jeżeli ukochany napiszę ci sonet, to znaczy, że cię kocha, jeżeli napisze ci sto sonetów, to znaczy, że kocha sonety.

       

      Warkot przejeżdżającego samochodu wyrywa mnie z powrotem na aleję Mickiewicza. Stanąłem posłusznie przed przejściem, rzucając spoufalające spojrzenie czerwonemu ludzikowi po drugiej strony ulicy, takie, którym można obdarzyć publicznie skompromitowaną, powszechnie nielubianą osobę, aby pokazać, że tak naprawdę nie żywisz do niej żadnych złych uczuć, ale jesteś tylko częścią tłumu.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...