Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W jego uśpioną świadomość wtargnął bardzo nachalnie cichy stuk. Był sygnałem. Czuł to, lecz nie kojarzył, do czego sygnał ten wzywa. Nagle doznał olśnienia! Gwałtownie odrzucił koc i skoczył do drzwi, chcąc choć przez chwilę ujrzeć cień dłoni strażnika. Tym razem spóźnił się, drewniana miska już stała, a klapka była zamknięta. Nawet nie spojrzał do wnętrza naczynia, nie interesowała go jego zawartość. Wiedział, że jak co dzień jest w nim mączna papka nasiąknięta mlekiem lub wodą i jakiś owoc. Usiadł w swoim ulubionym miejscu. Nie był świadom, że to jego ulubione miejsce ale tu siadywał najczęściej. Wyprostował nogi, tak, że od kolan w dół omywane były snopem światła, wpadającym przez otwór w suficie. Zdawały się stanowić odciętą, odrębną część jego ciała. Jednocześnie stawały się nim całym, były jego uosobieniem, przedstawicielem, reprezentantem. Nagie, brudne, zarośnięte, znużone, zwiotczałe i apatyczne.

Spojrzał w górę, gdzie w jasnym okienku wisiała siatka chroniąca go przed insektami. Pokryta kurzem, była siedliskiem niezliczonego mrowia martwych i żywych, pełzających stworzeń, nad którymi unosiła się nie mniej liczna zgraja much, komarów i innego paskudztwa, będącego zmorą tego klimatu. Mimo, iż przyćmiewały nieco światło, były obiektem jego sentymentu. Cały ten mały owadzi świat był zwiastunem i zwiadowcą wszystkiego, co znajdowało się na zewnątrz. Gdy godzinami wpatrywał się w nie, co większe osobniki przybierały postacie strażników. Wiedział, że to oni, gdyż sam ich sobie stworzył. Z cienia dłoni, który pojawiał się trzy razy dziennie w jego celi wyklarował mu się obraz strażników, ich wygląd, charakter, a nawet głos. Teraz ludzie jego umysłu chodzili tam, w górze, spotykali ze sobą, rozmawiali lub nie. Czasami widywał też inne osoby, które mówiły o nim albo o znanym mu świecie, świecie, który pamiętał. Bardzo rzadko zdawało mu się, że słyszy dokładnie ich słowa, że dowiaduje się, jak Tam Teraz jest. Denerwował się, gdy rozmowy dotyczyły jego i jego położenia, gdyż nie ofiarowywały mu dokładnie nic.

Oczy zaczęły go boleć, a żołądek domagał jedzenia, bez względu na to, co miałoby nim być. Opuścił wzrok na miskę. Tak, papka i banan. Owoc odłożył na bok, miskę, lewą ręką uniósł pod brodę. Palce drugiej, powolnym, rutynowym ruchem wytarł o spodnie. Zrobił to machinalnie i niedokładnie. Nawyk, który przestał mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. Zarówno pierwsza, jak i ostatnia porcja jedzenia, którą wkładał do ust, była ohydna. Żałował jednak, że pozwolił papce wyschnąć. Gdy była mokra, szybciej i łatwiej się ją jadło i przy okazji gasiła pragnienie. Właściwie już nie czuł smaku tego jedzenia. Gdy skończył, powtórnie wytarł rękę o spodnie i odstawił miskę. Papka rozmiękała i pęczniała mu w żołądku, coraz bardziej wzmagając pojawiające się uczucie przesytu. Zawsze tak było. Jednak tym razem wyzwoliło nagłe, głębokie obrzydzenie. Do wszystkiego: jedzenia, siedzenia, strażników, ścian, siebie samego, owadów, nogawek, upału, ziemi, miski, ..., świata. Dawniej, być może, rozpłakałby się, teraz siedział odrętwiały, obojętny. Wzrok nie mówił nic o odrazie, która panoszyła się po jego wnętrzu, skierowany był na jasno oświetlone nogi. Nie pierwszy raz znalazł się w takim stanie, stanie, który mijał, gdy zbliżała się pora następnego posiłku, gdy zaczynał odczuwać głód, gdy żołądek strawił niskokaloryczne jedzenie i domagał się kolejnej porcji. Zanim to nastąpiło, siedział przez kilka godzin doskonale nieruchomy a jego umysł był doskonale czysty, jeśli nie liczyć wszystko obejmującego obrzydzenia. Teraz także siedział nieruchomo, martwo wpatrzony w wirujący w świetle kurz, lecz ta nieruchomość nie była idealna. Na policzku drgnął mu mięsień, na moment przymknęła powieka. Przez chwilę na nowo zastygł w bezruchu, lecz oto krótki skurcz mięśni poruszył mu palcem u nogi. Po kilku sekundach ruch ten powtórzył się. Gdyby nie martwota oczu, można by pomyśleć, że w głowie jego zachodzą jakieś procesy myślowe. Przez następne kilka minut już nic nie sugerowało odmiennego od zerowego stanu jego myśli. Jednak to coś, co zmąciło jego spokój, odezwało się ponownie. Gwałtownie wykręcił głowę i spojrzał pustym, nic nie mówiącym wzrokiem w najchłodniejszy zakątek celi, gdzie znajdował się otwór, przez który sączyła się woda. Było to bardzo perfidnie, przez człowieka, a może przypadek, wykonane urządzenie. Mała szczelina przepuszczająca znikomą ilość wody, która zbierała się w niewielkim, wyżłobionym w występie muru zagłębieniu. Nigdy nie przelewała się przez brzegi. Zawsze, gdy wypełniło się, więzień już odczuwał pragnienie i wypijał ją. Nim uzbierała się ponownie, suchość w gardle zmuszała do opróżnienia niecki. Zastanawiał się, co było, gdy przebywało tu na przykład dwóch więźniów. Pewnie umierali z pragnienia. A może zawsze siedział tu tylko jeden człowiek? Kiedyś próbował powiększyć szczelinę, lecz poranił sobie jedynie palce, gdyż tylko ich mógł używać.

Podniósł naczynie i żwawo ruszył w tamtą stronę. Wypił wodę, która się przez pół nocy uzbierała, oblizał wargi i spróbował na niewielkiej półeczce umieścić miskę. Ta okazała się jednak zbyt duża. Chwilę siedział zmartwiony jakby, potem wziął miskę i dokładnie wybrał z niej resztki jedzenia. Zrobił z nich kulkę, ugniótł nieco i użył do zamocowania naczynia na półeczce. Wciskał papkę pomiędzy miskę i mur, tak, by trzymała się solidnie. Zadowolony z siebie usiadł pod przeciwległą ścianą. Woda zbierała się bardzo powoli, a on siedział, wpatrując tępo w wilgotne miejsce na ścianie. Z kilkugodzinnego odrętwienia wyrwał go szczęk klapki. Odruchowo doskoczył do drzwi, spod których sączyło się światło. Nie postawił miski - nie dostanie jedzenia. Strażnik, nie otrzymawszy miski, odszedł, Relacja: miska - jedzenie, ustalona została już dawno ale dopiero teraz naprowadziła go na pewien pomysł. Tak! Chęć utopienia się była bzdurna! Rozwiązanie leży gdzie indziej. Przecież tak łatwo jest zagłodzić się! Będzie męczył się. To nic i tak cierpi. Skończy z tym.

Z dziwnie wykrzywioną twarzą odskoczył w swoje ulubione miejsce. Odczuwał mściwą radość. "Teraz załatwi strażników i ich wszystkich, teraz im pokaże!" Cały czas myślał o ludziach na zewnątrz. Z ukosa spoglądał na drzwi.

Ten wspaniały stan zakłócony został upadkiem miski. Papka wyschła i coraz cięższe naczynie oderwało się od muru. Woda rozlała się po ziemi, która natychmiast ją wchłonęła. Sekunda, może dwie upłynęły, zanim skoczył tam i zwilżył usta, przykładając je do mokrego klepiska. Wciągał powietrze, wysączając resztki wilgoci. Gdy po wodzie nie pozostało śladu, wrócił na swoje miejsce i zapatrzył na żyjące ponad siatką owady. Po pewnym czasie znów przyszedł strażnik, tym razem, nie wzbudzając w więźniu żadnych emocji. Bardziej zajmował go własny, ssący żołądek, który zmuszał do prawie ukradkowego spoglądania na leżącą pod ścianą miskę.

Później przyszła noc. Spał niewiele. Częściowo dlatego, iż był głodny, częściowo, gdyż w ogóle nie chciało mu się spać. Raz wstał i napił się. Woda przyniosła ulgę wyschniętemu gardłu, lecz wywołała kolejne skurcze żołądka. Nad ranem udało mu się jednak zasnąć. Jak zwykle obudził go szczęk klapki w drzwiach. Mięśnie naprężyły się, aby po ułamku sekundy ... zwiotczeć. Natychmiast przypomniał sobie o głodzie. Powlókł się do szczeliny i wypił wodę, która się tam uzbierała. Potem wrócił pod ścianę. Głód nie był już tak natarczywy. Powrócił dopiero wieczorem. W nocy przyszło nagłe osłabienie, nie spodziewał się tego tak szybko. Doczołgał się do miejsca, gdzie zbierała się woda i ... tak pozostał. Leżał skulony, nie zdając sobie sprawy, że cicho jęczy. Nie spał już. Zapadł w majak, w którym strażnik w postaci wielkiej muchy przyssał się mu do brzucha i językiem-tarką skrobał wnętrze żołądka. Stwór nie pozwalał mu ruszyć się, silnie trzymając sześcioma kończynami. Czasami odchodził na chwilę, wtedy on unosił się na łokciach i chłeptał wodę. Przerwy nie trwały długo. Strażnik-mucha wracał i ponownie dobierał do jego brzucha. Stracił rachubę czasu. Za każdym razem, gdy odzyskiwał świadomość, nachodziła go myśl, aby podać miskę strażnikowi. Wtedy nie czuł bólu, więc mógł oprzeć się tej pokusie. Płakał, nie roniąc nawet jednej łzy, nieszczęśliwy, że jeszcze żyje. Potem znowu wracała mucha. Wreszcie, po którymś odejściu owada, zmusił odrętwiałe ciało do wysiłku. Chwycił miskę i podczołgał do drzwi, świtało. Wsunął naczynie pod drzwi i czekał. Po chwili przyszedł strażnik-żuk i ogromnymi szczękami zaczął wyżerać mu wnętrzności. Gdy nastał kolejny okres świadomości, z przerażeniem stwierdził, iż jest wieczór a miska nadal pusta, Chciał krzyczeć, lecz krtań, prócz cichego charczenia, nie była w stanie wydać innego dźwięku. Chciał wstać i walić pięściami w drzwi, lecz nie miał siły. Przeraził się, że znowu przyjdzie żuk lub mucha i będą go powoli zjadały. Przeraził się. Nie był w stanie ruszyć ręką, przygniecioną tak lekkim - ciężkim ciałem. Ogromnym wysiłkiem odchylił opartą o drzwi głowę, a potem rozluźnił mięśnie szyi i karku. Głowa uderzyła w drewno, wydając cichy stuk. Gdy tylko pozwoliły mu na to siły, uderzył jeszcze raz, A potem przyszedł żuk. Szczęki zagłębił w jego brzuchu, ale rękami, które wyrastały z jego pokrytego mundurem korpusu, otworzył klapkę pod drzwiami i wsunął miskę napełnioną jedzeniem. Majak natychmiast zniknął. Ciało, wzmocnione nadzieją, dokonało cudu - sięgnęło po miskę. Drżąca, skostniała dłoń wyciągnęła ją spod drzwi. Wsparty na łokciu, w ciągu kilkunastu sekund wepchnął całą zawartość w obolałe gardło. Prawie natychmiast wszystko zwymiotował. Pomimo to, odwykły żołądek zaczął produkować soki trawienne, które zajęły się pozostałymi z niedawnego posiłku drobinami jedzenia. Trwało to bardzo krótko i po chwili brzuch zaczął domagać się kolejnej porcji. Przewrócił się na bok i powoli, systematycznie zjadł to, co przed kilkoma minutami zwymiotował. Tym razem żołądek nie zbuntował się. Dopiero po skończeniu posiłku przyszło kilka skurczy, lecz była to drobnostka, w porównaniu do cierpień, jakich doznawał wcześniej. Zdobył się na ostatni wysiłek wstawienia miski pod drzwi i zasypiał, ze snującą się po głowie myślą o tym, iż ta papka to też jedzenie.

Obudził się głodny, Podczołgał do drzwi i wyjął pełną miskę. Papka była sucha, pewnie przespał jeden posiłek. Szybko pochłonął zawartość miski i zakąsił bananem. Znowu poczuł to wspaniałe uczucie sytości.

Przez dwa dni nie ruszał się spod drzwi. Jadł i spał. Potem zaczął powoli spacerować wzdłuż ścian celi. Kolejny raz narastało w nim uczucie obrzydzenia. Tym razem, tylko do samego siebie. Nie do świata, świat jest obok, jest - jaki jest. Obrzydzenie do siebie. Przecież musiał być tak blisko końca, tak niewiele mu brakowało. Jedyny całkowicie ludzki odruch pokonany został przez instynkt przetrwania. I znowu będzie żarł jak zwierzak, srał jak zwierzak, a poza tym - wegetował. Przez następne dni próbował zastanowić się nad swoim położeniem. Myśli bardzo opornie wędrowały po jego mózgu. Nie posuwały rozumowania do przodu, lecz wracały do punktu wyjścia i powtarzały. Nie przynosiły żadnych rozstrzygnięć i wniosków. Dominowały obrazy, imaginacje, w których zatracał się coraz bardziej. Powtórnie odnalazł świat powstały z cienia dłoni i małych, ruchliwych owadów ponad siatką.

Kolejnego, podobnego do poprzednich ranka, wstał w chwili przyjścia strażnika. Podszedł do drzwi i wziął miskę. Usiadł, zjadł papkę i zaczął obierać banana, Niemile się rozczarował, gdy owoc okazał się zgniły. Ze złością cisnął nim o ścianę i usatysfakcjonowany stwierdził, że pięknie przykleił się do gładkiego w tym miejscu muru. Chwilę przyglądał się nieregularnej, organicznej plamie, później podszedł i zaczął ugniatać ją, aż utworzyła ośmiornicę. Zadowolony przyglądał się swemu dziełu, które szczególnie korzystnie wyglądało z pewnego oddalenia.

Zaczął przekształcać zgniłą bananową masę w coraz to nowe kształty. Zrobił coś, co przypominało konia, później stworzył krowę, psa, kota, żuka. Ostatnie "płaskorzeźby" niewiele podobne były do zamierzonych zwierząt, gdyż materiał coraz bardziej zużywał się i było go coraz mniej. Zawiedziony wrócił na swoje miejsce w rogu celi. Nie zdążył się jednak dobrze usadowić, gdy strażnik otworzył klapkę pod drzwiami. Miska leżała na środku, pomieszczenia. Błyskawicznie chwycił ją i wsunął pod drzwi, Natychmiast zniknęła, a na jej miejscu ukazała się druga, pełna. Szybko wyciągnął ją i wziął banana, Obrał w pośpiechu, lecz tu czekał go zawód, świeży owoc nie nadawał się na materiał do lepienia. Rzucony w ścianę, nieco tylko zgnieciony opadł na ziemię. Tak, na pewno się nie nadaje. Przygnębiony oparł się plecami o ścianę. To ciekawe, jak szybko zszedł mu czas na lepieniu. Bawił się tak całe popołudnie. Westchnął i zabrał do jedzenia papki. Po pierwszej porcji doznał olśnienia. Papka! Surowiec idealny!

Doskoczył do ściany i wytrząsnął przed nią zawartość miski. Wybrał dokładnie resztki, a miskę wstawił pod drzwi. Papka nie trzymała się dobrze na ścianie, lecz znakomicie dawała się kształtować na ziemi.

Pierwszym dziełem był leżący pies. Później miał ochotę stworzyć jakąś stojącą postać, lecz masa była za rzadka do tego celu. Pies przekształcił się w kota, trzymającego mysz, a następnie, po rozklepaniu, w dwa walczące żuki. Nabierał coraz większej wprawy. Figurki były kształtne i budziły w nim zadowolenie. Do następnych dodał otoczenie: kępkę trawy, murek, krzak, kamień. Materiału nie brakowało - strażnik przyniósł kolację. Nie czuł głodu, zmęczenia. Pracował. Przerwał dopiero wtedy, gdy ciemność uniemożliwiła mu dokładne oglądanie postaci. Ostatnim jego dziełem była kobieta, zrobiona w prawie całkowitych ciemnościach.

Rano przespał przyjście strażnika. Budził się powoli, niechętnie. Wstał, podszedł do drzwi i wziął miskę. Dopiero wracając, zauważył leżącą na ziemi pod ścianą, wyschniętą figurkę kobiety. Nie przywołała wczorajszych emocji. Była szara i niekształtna. Usiadł i powoli zjadł papkę, później nieco przejrzałego banana.

Południowy skwar przespał. Wstał dopiero na posiłek. Był osowiały i zobojętniały. Żadnego wrażenia nie zrobił na nim świeży, soczysty ananas, a przecież rzadko dostawał coś innego od banana. Może to była niedziela?

Ożywił się dopiero przed kolacją. Wstał, podszedł do wyschniętej mącznej papki, symbolizującej kobietę, a na twarzy jego pojawił się grymas niezadowolenia. Zbyt prymitywna. Zbyt nieproporcjonalna, a poza tym - sucha. Zgniótł ją w kulkę i namoczoną w wodzie zjadł. Czuł ogromną sytość. Położył pod ścianą i zamknął oczy.

Kobiety, piękne kobiety. Czyste, szczupłe, białe, delikatne, pachnące, miękkie kobiety. Spacerujące alejkami parków, bawiące dzieci, śmiejące się. Kobiety o długich, białych, puszystych, miękkich, lekkich i wonnych włosach, atłasowej skórze twarzy i miłym uśmiechu. Ubrane w białe lub różowe, zwiewne, półprzeźroczyste suknie, pod którymi kryją jędrne, kształtne ciała. Mnóstwo kobiet. Myśl o nich wprowadziła go w błogi stan półsnu. Spacerowały po jego wyobraźni. Wszystkie piękne, wszystkie roześmiane, wszystkie tak bliskie i realne. Spacerowały w słońcu, pojedynczo, parami, grupkami. Pojawili się młodzieńcy, którzy przechadzali się wraz z nimi. Równym, wolnym krokiem, prowadząc panny pod rękę, przemierzali ocienione alejki. Niektórzy siedzieli na ławkach w ustronnych, łagodnie mrocznych miejscach. Zobaczył siebie, czystego, ogolonego, wykwintnie ubranego, prowadzącego piękną, młodą kobietę, tulącą się do niego i namiętnym wzrokiem spoglądającą co chwilę w jego oczy. Powoli zapadał zmrok. Szli wolno, on opowiadał coś o ostatnio widzianej sztuce. Alejki pustoszały. Usiedli na zielonej ławce pod jakimś ukwieconym krzakiem. Zamilkli. On delikatnie ujął i musnął ustami jej białą i miękką, ciepłą i pachnącą dłoń. Potem mocno przytulili się do siebie. Przyciągnął jej ciało do swego i pocałował. Długo, namiętnie. Czuł jej pełne wargi, widział zamknięte w geście rozkoszy oczy. Jej twarde piersi falowały w szybkim oddechu, nachalnie przyciskając się do jego ciała. Rękę, leżącą na dziewczęcym pośladku, przycisnął jeszcze mocniej. Ich uda zetknęły się, nogi splotły ze sobą. Poczuł, jak błogie ciepło rozlewa mu się po całym ciele. Otworzył oczy. Było ciemno, parno. W górze prześwitywał szary prostokąt nieba. Spostrzegł, że trzyma rękę w spodniach. Wyjął ją, wytarł o ziemię, nogawki. Zwinął się w brudny kłębek, jęknął i zasnął.

Ranek zastał go w takiej samej pozycji. Zjadł śniadanie i ponownie usnął. Obudził się przed następnym posiłkiem. Leżał nieruchomo, policzkiem dotykał chłodnej ziemi. Nie otwierał oczu. Trwało to godzinę, może półtorej. Przyszedł strażnik, postawił jedzenie, a on nadal leżał. Wreszcie wstał, zjadł i zaczął przechadzać po celi. Po pewnym czasie klęknął i poczynając od jednej ściany, uklepał i wygładził ziemię. Gdy cała cela była w taki sposób uprzątnięta, delikatnie stąpając ruszył w kąt, od którego zaczął. Kucnął, wytarł w strzęp koszuli wskazujący palec prawej ręki i zaczął nim pisać na ziemi. Powstało pierwsze zdanie. Przerwał na chwilę, uśmiechnął i wrócił do przerwanej czynności.

Historia ta zdarzyła się już dość dawno. W lepszych czasach. Zamek rodziny Camperberry stał na pięknym, pokrytym lasami wzgórzu, w okolicy spokojnej, lecz licznie odwiedzanej przez krewnych i znajomych. Sama rodzina składała się z czterech osób. Hrabia William Camperberry był pięćdziesięcioletnim mężczyzną, namiętnie zakochanym w polowaniach, hrabina, lady Elisabeth - w młodości niespotykana piękność, teraz dojrzała kobieta, zajmująca się czytaniem i wychowywaniem dzieci; dalej Valeria, nad wiek rozwinięta, szesnastoletnia dziewczyna, podkochująca się w swym służącym, silnym, przystojnym Franco. Słabość tę zauważał, a w duchu podśmiewał się, jej brat Garry, student Oxfordu, który spędzał w zamku tylko wakacje. Poza tym, w domu zawsze pełno było służby, młodych, ładnych kuzynek i przystojnych kuzynów, gości i babć.

To, o czym chcę opowiedzieć, zdarzyło się pod koniec lata. Do zamku przyjechał w odwiedziny młody kuzyn z Włoch, czarnowłosy Andreas. Od pierwszego spotkania wzbudził żywe zainteresowanie córki państwa Camperberry, co z resztą ...

Zdanie goniło zdanie, litery stawały się coraz mniej czytelne. Pisał bez zastanawiania się, bez wahania. Przerywał jedynie po to, by w pośpiechu zjeść posiłek. Wreszcie przyszedł moment, gdy skończyło się miejsce na pisanie. Klęczał w kącie, a tuż przed jego kolanami biegły rządki liter. Z bólem spoglądał na pokrytą małymi znaczkami podłogę. Opuścił głowę i zapłakał. Bezgłośnie i krótko. Po chwili ze złością uderzył pięścią w ścianę. Później jeszcze raz. I jeszcze. Coraz silniej. Jeszcze raz, jeszcze, jeszcze ...

Ręce miał pobite, poobdzierane i zakrwawione. Obtarty od pisania palec, niczym nie różnił się od reszty dłoni. Nie czuł jednak bólu, nie widział krwi kapiącej na ziemię. Zerwał się i wybiegł na środek celi. Wzrok skierował na moskitierę.
- To wy! - z gardła wydobył mu się chrapliwy głos. Dłonie zacisnął w pięści, kryjąc w nich pył z ziemi zmieszany z potem i łzami. - Uważacie się za bogów? Cholerne owady! Żyjecie, a ja tu gniję! Czekacie, aż siatka puści i przyjdziecie, by drążyć me ciało i umysł. A gówno! Gówno! Ja nie jestem dla was! Pieprzcie się tam sami na górze! Żyjcie, zabijajcie, kłóćcie, rozwiązujcie problemy, pierdolcie, róbcie co chcecie! Pozwalam wam! Oddaję wam to wszystko. Ja mam tu swój świat! Jest mój! Nie macie i nie będziecie mieć tu wstępu! Wara! Zgniłe, parszywe gówna! Powinniście teraz przede mną czapki zdejmować. Te wasze paskudne, zielone czapki ze sztywnymi daszkami! Nie jesteście warci tego, by mnie całować w dupę!
Splunął i groźnie spoglądając w górę, ułożył na podłodze. Zasnął, kręcąc się i pomrukując. Na ziemi pozostały wyraźne ślady jego bosych stóp. Stóp, które zdeptały słowa.

Obudził się długo przed śniadaniem. Zerwał szybko i zabrał do ponownego uklepywania podłogi. Gdy skończył, urwał jeden z nielicznych guzików od swej koszuli, przełamał go i za pomocą połówki, obolałymi rękami zaczął pisać.

Andreas i Valeria zachowywali się tak, jakby nic między nimi nie zaszło. Przyszli na śniadanie, przywitali się zimno i włączyli do rozmowy rodziców. Jednak ...

Jeszcze przed obiadem zapisał całą powierzchnię podłogi. Szybko, nieuważnie i niedokładnie starł i zabrał się do dalszej pracy. Tak jak poprzedniej nocy, leżeli przytuleni do siebie, zmęczeni i szczęśliwi. Noc była ciepła. Ich ciała, pokryte kropelkami potu, lśniły w blasku księżyca. Zasnęli, wsłuchani w swoje oddechy. ROZDZIAŁ 3. Działo się tak każdej nocy. Co rano Andreas ...

Pisał szybko, coraz mniej wyraźnie i mniejszymi literami. Przerywał po to jedynie, by w pośpiechu zjeść posiłek lub napić wody.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • II.
      Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!)

      Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach,
      Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie!
      Rama mnie bach, spodnie w piach,
      Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził!

      Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB,
      Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg…

      — Wujek Wołodia?
      — Wujek Wołodia!
      Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby mi!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig!
      Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi!


      Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub.
      A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób!
      Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha!
      Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha),
      kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub!

      Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić!
      Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić!

      — Wujek Wołodia?
      — Wujek Wołodia!
      Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby mi!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig!
      Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi!


      Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny!
      Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny!

      Wujku Wołodia, d dokręć śruby!
      Wujku Wołodia, d, dokręć śruby!
      Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud,
      Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi!

      Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub!
      Wujku Wołodia, kręć aż po sam....
      Grób!

      III.
      [...]
      „To minie, jak nad Moskwą majowa burza”

      Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa
      Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy,
      Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach!
      Jak korytarze ponure Łubianki,

      Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr,
      Jak niesforna sfora federalnych majorów,
      Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz,
      Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu...

      To na pewno minie,
      Minie jak zły sen!

      Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb,
      Ślady na dłoni rażonej paralizatorem,
      Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb,
      Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora!

      W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los?
      Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko
      Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb...

      Uwierz mi, to też minie!

      Jak swastyka Ruskiego Mira,
      I dym pożarów niesiony przez wiatr,
      Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera,
      I policyjna suka nabita dziećmi po dach!

      I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow,
      Paragraf 228 i kocioł o piątej,
      I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący,
      Gazując kobiety, chłopców i brzdące...

      To wszystko minie jak inne miesiące:
      Jak grudzień, styczeń, luty, maj…
      Minie, bez wątpienia minie!
      Na razie w to im graj
      Ale to ich już ostatnie pląsy!

      Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb,
      Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora,
      Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb,
      Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora!

      Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz!
      Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę;
      Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp,
      A dziś milczy jak grób:
      Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup !
      Wszystko kiedyś minie!

      I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram,
      A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu,
      Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak,
      I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg…

      W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los?
      Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę
      Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd!

      Uwierz mi, to też minie!
      To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie,
      Za godzinę, za chwilę…
      To wszystko minie!

      IV.
      Hm                                            H7
      Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:
                  Em                                  F♯7
      Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,
                 Hm                  A7               G
      Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…
                  Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm
      Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat.

      Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu,
      Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu,
      Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad.
      Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw

      Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść:
      Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu...
      Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest:
      Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu –

      Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu?
      I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu?

      Edytowane przez Michał Pawica (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Annna2 serdecznie dziękuję

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • A bobra paker, że zeżre? Kapar Boba
    • @Nata_Kruk  bywa że tak coś przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie. I mierzymy się z tym- chwilą, wspomnieniem. I wzbraniamy się z nimi, choć przecież wiemy, że i tak zmierzyć się przyjdzie.
    • Dawno dawno temu, gdzieś tam w galaktyce, solidnie dysząc spłaszczonymi płucami, wypełza typ spod ciemnej gwiazdy. Strudzony wielce oraz spocony, niczym mysz w norce bez klimatyzacji, żywi wygłodniałą nadzieję, że teraz wreszcie wydostał ciało i umysł, na zawsze i na wieczność. Otrzepuje wesoło krótkie porcięta z resztek ciemnych światełek i wyrzuca je do czarnodziury, dziurawiąc niemiłosiernie, wnerwiony horyzont swoich planów i marzeń.     Dlatego też ni stąd ni zowąd, nie zauważa i nie słyszy echa, albowiem ślimaki w jego uszach, grają na bębenkach, ucztując smakowicie, pożerając ser, którym obleczone są ich rogi. Nie zauważa też wysokich ograniczeń po bokach. Dopiero po chwili dostrzega leżący wniosek. Przeto dochodzi do wniosku, że wędruje na dnie wąwozu. Z każdym krokiem, ściany są coraz bliżej, jakby wchodził do lejka. Na domiar złego, nie może przestać. Musi iść.     Wtem dostrzega piłkarza. Lekko spłaszczony, kopie też z lekka spłaszczoną piłkę. Ta rozpędzona jak absurdalny bicz, uderza typa w głowę. Ów wszczyna kłótnie, mimo wszystko pojednawczą, ale po chwili z lekka otumaniony, znowu widzi gwiazdy. Na szczęście już spod żadnej nie musi wychodzić, gdyż są leciutkie i tylko zwiewnie otrzeźwiają, gilgocząc strudzone ciało. Niestety. Piłka odbita od ciemienia, leci dalej. Trafia w kran na ścianie. Niszczy go doszczętnie, a wypływająca woda, zaczyna potop.       Tu następuje zmiana bohaterów w tekście, gdyż dotychczasowi giną w odmętach, z braku tchu. Jednak nie wszystko ginie. Szczególnie przyszłe wydarzenia, obiekty oraz nowi bohaterowie.      W powstałym oceanie, płynie sobie spokojnie, pośród pluszowych rekinów oraz pomiędzy płotkami, łódź podwodna, w kolorze słoneczka. W środku słychać mamroczące, niewyspane rżenie. Odgłosy owe, wydaje ranny koń. Wstał ze żłoba za wcześnie i teraz marudzi, nie do końca rozbudzony. Ponadto głodny, gdyż nie mógł wybrać, czy pożreć owies, czy siano, czy też truchło osła, który też nie wybrał i zdechł.      Nagle łódkę z zawartością, połyka także wygłodniały kraken. Na domiar złego, tnie na wilgotne strzępy, wbudowaną piłą mechaniczną, by po chwili strawić i wydalić niepotrzebne odpadki. Tym samym zanieczyszcza środowisko wodne, doprowadzając do szewskiej mokrej pasji, wkurzone koralowce, które budzą oceaniczną wróżkę. I bardzo dobrze. Nie przynajmniej nie przegapia randki z morskim bałwanem.       Razem odnajdują na dnie morza, strasznie zawilgocony, pokaźnych rozmiarów skarb. Nie zauważają jednak, iż kryje on w sobie, przeklęty bunkier, na którego klątwę rzucili duchy bohaterów, oficjalnie już w opowiadaniu, niewystępujący. Czyli: typ spod ciemnej gwiazdy, ślimaki, bębenki, ser, piłkarz, koń, osioł, pluszowy rekin, kraken i inni.       Dlatego po chwili, wróżka i morski bałwan, nie żyją długo i szczęśliwie.        Chociaż to wcale nie jest takie pewne, gdyż właściwe zakończenie, skradli wyżej wymienione duchy i wywlekli poza stronę. Nawet puenty z końcowych wnętrzności nie wyłuskali, by ją zostawić do przeczytania. W sumie może to i lepiej, bo na takiej okrwawionej puencie, krew mogłaby skrzepnąć, kusząc wampiry do jej obgryzania i czosnek na kołku wie, z kogo by tam jeszcze, krwinki wyciućkali.
    • w odłamkach zwierciadła łąkę zrodziłeś ziemia czarna i strumyk płonie   że niby co że to już koniec   kwiaty zwiędłe i złote kłosy białe motyle złem nieskalane trup skowronka lecz pieśń została   czy miłość powróci przez lustro całe
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...