Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wewnętrznie zaniepokojona wyjrzała przez okno na popołudniowo – wieczorną Krakowską. Szyby kamienic z naprzeciwka chciwie pochłaniały ostatnie promienie czerwcowego słońca, ludzie nieśpiesznie spacerowali, czasem zatrzymując się przy cukierni z lodami. Chłopak z gitarą, siedzący tu od nie wiadomo której, zbierał już powoli manatki. Czasem, gdy tu bywała, otwierała okno i po prostu słuchała tej ulicznej muzyki, nie potrafiła oprzeć się wrażeniu, że to rodzaj intymnego koncertu tylko dla niej. Ludzie przechodzili obok tych dźwięków mniej lub bardziej obojętnie, ona natomiast przy uchylonym oknie ich po prostu słuchała. Bywała tu rzadko, czuła szacunek i jednocześnie strach wobec tego miejsca, w którym nic nie zmieniono od śmierci babci. Babci, której nawet nie znała, która zmarła młodo – w wieku czterdziestu kilku lat. Wszystko, co o niej wiedziała miało korzenie w paru zdawkowych opowieściach matki, kilku bardzo podniszczonych zdjęciach i tym mieszkaniu. Zawsze zakurzone, urządzone w starym stylu, pozbawione wszelkiej elektroniki, za to zaopatrzone w zepsute już pianino i masę obrazów, właśnie teraz miało nabyć nowego właściciela. Tak zdecydowała matka, właściwie z nie wiadomo jakich powodów. Przyszła więc tu ostatni raz, zrobić porządek w komodzie, tej lakierowanej, z ciężkimi, mosiężnymi uchwytami.

Spojrzała mimochodem jeszcze raz na zamykane już sklepy, na postacie stawiające swobodne kroki, poczuła falę ciepła.
- To niemożliwe – powiedziała w zamyśleniu. – Niemożliwe – powtórzyła po chwili z niedowierzaniem.
Szczupłą dłonią sięgnęła jeszcze raz po zniszczone czasem kartki, które znalazła w dolnej szufladzie. Wśród nich leżały też, zapomniane już, luźne szkice pięknej kobiety – była pewna, że przedstawiały babcię. Dalej swobodne rysunki kamienic, skwerów i tak - ówczesnego tarnogórskiego rynku. Wróciła do początku, skierowała wzrok na pierwszą pożółkłą kartkę, nie wysłany list. Zamaszyste pismo, niezbyt staranne, piękne.

„Basiu, piszę ze świadomością tego, że być może mnie nie zrozumiesz, że mnie potępisz. Mam wrażenie, że według Ciebie to niewłaściwe i nie powinnam, źle robię, może masz rację – nie wiem. Ale jestem szczęśliwa i nie chcę się tłumaczyć, nie będę. Chciałam tylko podzielić się z Tobą tą radością.
Wiesz - ostatnio tańczyliśmy! Nie uwierzysz ale tańczyłam chyba pierwszy raz od ślubu! Wieczorem razem wybraliśmy się do hotelu „Prinz Regent”. Wyobraź sobie - w nim przepiękna sala balowa, duża, przestronna, ze smukłymi białymi kolumnami, ciężkimi zasłonami i lśniącym parkietem. Gdy rozbrzmiewa muzyka, pary wirują wkoło, a przechodnie, spacerujący po placu, mogą podziwiać tańczących przez duże zaokrąglone okna. Mężczyźni w czarnych frakach, kobiety w zwiewnych balowych sukniach i fantazyjnie upiętych włosach, klasyczna muzyka - naprawdę wspaniale! Zaprosił mnie tam, choć wiem, że to nie jego środowisko – takie bufonerskie, trochę nadęte. Ale to nieważne - my przetańczyliśmy cały wieczór. Wyszliśmy dopiero przed północą na oświetlony wysokimi latarniami plac, już prawie opustoszały i skierowaliśmy nasze kroki w wąską uliczkę, którą po obu stronach ograniczały kamieniczki. Nocą to miasto jest takie spokojne i takie ciche. Jedynie nasze kroki odbijały się echem na bruku, a on – uwierzysz, czy nie – trzymał moją dłoń, nawet na chwilę jej nie puszczając. Przeszliśmy przez rynek, później udaliśmy do parku. Obiecał, że pokaże mi jedno niesamowite miejsce, po czym bez słowa, wziął moją dłoń i poprowadził ku małej wieżyczce. Stąd rozciągał się widok niezwykły, tym bardziej, że nocny – widok na dopiero rozwijający się park, kościół i całe miasto. Wchodząc na tą wieżyczkę, zastanawiałam się ile par spędziło tu już wieczór i ile jeszcze spędzi.”

- Hotel „Printz Regent”... – powiedziała w myślach. Kojarzyła tą nazwę, na pewno już kiedyś coś o nim słyszała. Tak, hotel „Printz Regent” to przecież wcześniejsza siedziba obecnego kina...
Powoli odłożyła podniszczoną kartkę, ciągu dalszego nie było, widocznie gdzieś się zawieruszył. Podniosła z ziemi inny list, z datą 15 sierpnia 1906 roku.

„Kochana, napisz mi jak córeczka, czuje się już lepiej? Martwię się o nią. Ostatnio gdy byłam u Was, wyglądała już zdrowiej, mam więc nadzieję, że wszystko będzie dobrze.
Wczoraj przyjechałam do Tarnowskich Gór na jakiś czas. Musiałam, o nic nie pytaj, proszę Cię. Jak zawsze, mieszkam u niego. Jego okna wychodzą na deptak miejski, lubię przesiadywać na parapecie i podpatrywać przechodniów. Jest tu tyle sklepów – sklepy z odzieżą, z obuwiem, apteka, księgarnia. Ludzie ciągle tędy przechodzą, po brukowanej uliczce cały czas słychać stukot damskich obcasów i bryczek. Przechadzają się tu co dnia eleganccy mężczyźni w cylindrach – pewnie załatwiają jakieś interesy i kobiety z nieraz nieznośnymi dziećmi – pewnie na zakupy. Ta ulica żyje, nawet teraz mimo, że już dzień się kończy. Nie potrafię się napatrzeć.
On czasem woła bym usiadła na ciemnozielonym fotelu. Bierze wtedy kartkę, rysuje mnie. Uwielbiam, gdy to robi, rozmawiamy wtedy o wszystkim. Czuję, że mogę o wszystkim powiedzieć. Ma już moje portrety uśmiechniętej, zapłakanej, przestraszonej, spokojnej, które stworzył podczas naszych rozmów. Jest malarzem, jeden z pokoi przechowuje wyłącznie jego płótna, po domu rozrzucone są szkice. Mieszkanie pachnie farbą olejną.
Dziś jest tak ciepło, że widać unoszący się kurz, nagrzane miasto woła o deszcz. Chyba znów wybierzemy się na spacer. Chodzimy prawie codziennie i chcę chłonąć atmosferę tego miasta z nim. Nieustannie. Uwielbiam przechadzać się podcieniami, robię tam zakupy. Wiesz, jest tu nawet specjalny targ tylko z ziemniakami, a na drugim prowadzony jest handel wyłącznie bydłem. Basiu, tak bardzo chciałabym tu mieszkać, nawet sobie nie wyobrażasz!”

Przejrzała szkice.
- Rzeczywiście miał talent – pomyślała.
Rozejrzała się po pokoju. To było jego mieszkanie, jego obrazy. Odniosła nawet przez moment wrażenie, że czuje w powietrzu zapach olejnej farby.
- Nie, to autosugestia - Wyrwała się z zamyślenia i wróciła do rzeczywistości.
Przypomniała sobie znów te trzy fragmenty, które tak bardzo ją uderzyły, które nie dawały spokoju.

„Basiu, kocham go. Kocham. Nie mów mi proszę, że to niemoralne, że mam męża, że tak nie można. Jeśli się kocha to można. A ja go kocham. I chcę z nim być.”
I kolejny, datowany na 5 marca 1907 roku:
„On umiera, rozumiesz? Przez ostatnie trzy miesiące ciągle bolała go głowa, gasł w oczach, już prawie nie malował, chodziliśmy tylko do parku na wieżę, przechadzaliśmy się po ulicach miasta, próbując cieszyć się jak dawniej. Ale widziałam, jak wielki to dla niego wysiłek. Wróciłam do domu, powiedziałam mężowi, że umiera, ktoś kto jest mi najbliższy. Nie pytał o nic, myślę, że wiedział już od dłuższego czasu. Zawsze na mnie czekał, ale nigdy nic nie mówił, rozmawialiśmy tylko oficjalnie. Pożegnałam córeczkę, płakałam łudząc się, że może kiedyś zrozumie. Spakowałam swe rzeczy, odmówiłam wsparcia finansowego i zrobiłam to - zamknęłam drzwi mojego dziesięcioletniego małżeństwa.
Wróciłam do mieszkania na Krakowskiej. Od tego czasu próbujemy żyć w każdej sekundzie - wiemy oboje, że on umiera. Trzy dni temu zabrali go do szpitala, opiekują się nim siostry zakonne. Mam tam blisko, zaledwie dziesięć minut pieszo, chodzę codziennie. Tymi samymi uliczkami, co kiedyś, oglądam te same kamienice, które oglądałam kiedyś, ale nie cieszą mnie już wcale.
Basiu, muszę tu być.”

Długo gładziła palcami kolejny nie wysłany, nie wiadomo dlaczego, list. Zamyśliła się, o tylu rzeczach nie miała pojęcia. Nikt nigdy o tym nie mówił.

„Zmarł dziś w nocy. Byłam gdy odchodził, trzymałam jego dłoń. Długo nie potrafiłam jej puścić. Ciągle wydawało mi się, że jest ciepła, siedziałam tam dopóki mnie nie poprosili o wyjście. Okazało się, że przepisał mieszkanie na mnie. Nie miał tu nikogo bliskiego. Nie potrafię tu teraz mieszkać, ciągle czuję jego zapach, ciepło jego ciała gdy w nocy tulił mnie do siebie, ciągle są tu jego obrazy. Nie potrafię jasno myśleć, nie potrafię żyć bez niego, nie potrafię Basiu.”

Tyle pytań kotłowało się w jej głowie, tyle jeszcze nie przeczytanych listów leżało przed nią – czuła jednak, że nie może, że nie ma prawa. Zostawiła te kilkanaście kartek, zostawiła szkice – nie należały do niej. Schowała to wszystko z powrotem do ostatniej szuflady. Zamknęła mieszkanie na klucz, nacisnęła klamkę i upewniwszy się, że zamknięte zeszła spokojnie w ten świat już prawie wakacyjny, rozgrzany, tak inny niż przed laty. Schodziła ze świadomością, że niektórych rzeczy nigdy się nie dowiemy, niektórych nigdy nie zrozumiemy. Może nie trzeba.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...