Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

JEZIORO

To, co Hubert wziął za kamień, w istocie było swego rodzaju naturalną kamienną ławą z płaskim siedziskiem i niewielkim oparciem; gdy podszedł bliżej, mógł zobaczyć to dokładniej. Kiedy od tej kuriozalnej ławy dzieliło go już tylko kilka kroków, zawahał się. Chwilę stał nieruchomo, jakby w obawie przed tym, by nie zburzyć spokoju siedzącego na niej człowieka. Przez moment czuł się jak przyrodnik, który ujrzał jakieś rzadkie zwierzę w naturalnym środowisku, i w którym radość z nadarzającej się wyjątkowej okazji zakłócana jest przez lęk, by okazji tej nie zaprzepaścić.
Hubert nie zdziwiłby się na pewno, gdyby ta osobliwa postać siedząca kilka metrów przed nim, bez odwracania się zawołała go po imieniu. W gruncie rzeczy tego właśnie oczekiwał, takie zachowanie najlepiej jego zdaniem pasowałoby do okoliczności. Stało się jednak inaczej, co w pewnym sensie rozczarowało Huberta. Nieznajomy obrócił głowę w jego stronę i szerokim, poufałym gestem zaprosił bliżej, czy wręcz nakazał podejść.
Był już zaawansowanie posunięty w latach; włosy miał długie, zmierzwione i mocno szpakowate, znacznie już nad czołem wyłysiałe. Jego okrągła twarz (ludzie o takich twarzach zawsze wydawali się Hubertowi sympatyczni i wylewni), przesłonięta była długą brodą. Hubertowi przemknęła przez głowę myśl, że do twarzy byłoby starcowi w chitonie, jednak ten ubrany był w prostą płócienną koszulę i ciemne spodnie.
Zanim jeszcze Hubert zdążył dokładnie mu się przyjrzeć, nieznajomy przesunął się na kamiennej ławie, robiąc miejsce obok siebie. Z początku przybysz nie skorzystał z propozycji – stał nadal obok, trzymając dłoń na zimnym oparciu ławy.
Starzec wycelował przed siebie wskazującym sękatym palcem; wtedy Hubert uprzytomnił sobie na powrót to, o czym zupełnie był zapomniał – oto stał przed niewielkim jeziorem, o wodzie wyjątkowo spokojnej i ciemnej. Spróbował sobie wyobrazić, jak wygląda z lotu ptaka: ujrzał je na moment jako granatową plamkę na tle jasnozielonych łąk i ciemnoniebieskich lasów, przeciętych cieniutką wstęgą szaro-burej ścieżki.
-Widzisz? – zapytał nieznajomy. Głos miał piękny – mocny i dźwięczny, a przy tym tak idealnie czysty, że Hubert w myślach nazwał jego posiadacza Sokratesem; w przedziwny sposób pasowało to do niego, gdyż w istocie nie tylko mówił, ale nawet wyglądał jak filozof. Gdy nadał już imię swojemu rozmówcy, nagle poczuł się dziwnie ośmielony, jakby widział go nie po raz pierwszy.
-Woda. – odpowiedział, siadając na kamiennej ławie, niezbyt błyskotliwie i głosem jakby obcym, z zewnątrz.
Sokrates uśmiechnął się – Hubert nie był pewien, czy z serdecznością, czy z politowaniem.
-W samej rzeczy – woda. Mówisz tak, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. Nie słyszę w twoim głosie należnego wodzie szacunku. Czy nie zastanawia cię to, że o ile każdy o własnej matce wypowiada się z szacunkiem, o tyle o wodzie, która jest matką wszystkich matek i wszelkiego życia, mówi się czasem wręcz z pogardą? A przecież wszyscy zrodziliśmy się z wody; aristo men hydōr. I nie chodzi tu tylko o to, że nasz wspólny praprzodek był potomkiem jakiejś wodnej bestii, że w istocie sławić powinniśmy nie moment zejścia z drzewa, lecz wyjścia z wody; bardziej jeszcze mam tu na myśli to, że woda żywi nas wszystkich po dziś dzień. Wszystko co żyje, żyje wodą – pokarm ma w sobie zawsze wilgoć, wilgotne jest nasienie i zarodki, nawet najsuchsze z pozoru nasiona w głębi skrywają choć odrobinę wody, i to właśnie dzięki niej uśpiona roślina ma siłę, by wzejść. Jeśli na najsuchszej z pustyń znajdzie się kropla wody – powstanie tam życie. Nie bez przyczyny starożytni wierzyli, że wiele gatunków poprzez abiogenezę generatio spontea powstaje z wody i nie byli w tym wcale dalecy od prawdy.
Sokrates przerwał, jakby chciał ciszą uczcić pamięć starożytnych, po czym kontynuował:
-Cały rozwój gatunku ludzkiego sprowadza się do tego, by uniezależnić się od przyrody, co zresztą jest zrozumiałe i chwalebne, gdyż człowiek wyrwany z przyrody i niezależny od niej staje się istotą wszechpotężną, niemal boską. Jednak od wody nigdy nie uda się człowiekowi uciec. A gdyby kiedyś miało się to dokonać, wówczas będzie oznaczało przeistoczenie człowieka w boga... Słuchasz mnie, chłopcze?
Hubert nie słuchał zbyt uważnie. Podobny pogląd był mu doskonale znany, zdziwiło go tylko to , że nadal można przywiązywać do niego tak wielką wagę, podczas gdy na ogół był traktowany wyłącznie jako niewielki krok w odpowiednim kierunku, jako nieudolny początek prawdziwej filozofii. Przez grzeczność jednak przytaknął z nieco przesadzonym zaangażowaniem.
-Nie o tym jednak chciałem z tobą rozmawiać – uciął Sokrates, nie zważając wcale na odpowiedź Huberta, po czym nieoczekiwanie zapytał: - Czy widziałeś kiedyś na własne oczy dno jeziora?
-Nie widziałem – odpowiedział Hubert po chwili zastanowienia; uważał, że mógł je widzieć tylko niedoszły topielec lub nurek, a nie był ani jednym, ani drugim.
-Czy zatem uważasz, że to tutaj jezioro ma dno?
Tym razem nie zastanawiał się ani chwili:
-Tak, jestem tego pewien, ma je niezawodnie.
-Skoro nie widziałeś go, a nawet jak sam przed chwilą stwierdziłeś, nie widziałeś dna żadnego z jezior, zatem przyjmujesz jego istnienie a priori; można powiedzieć, że nie wiesz tego na pewno, a jedynie w to wierzysz.
-Nie do końca – Hubert uważał się za wprawnego w erystyce i nie lubił być przypierany do muru. – Ta hipoteza nie wymaga potwierdzenia w doświadczeniu, gdyż przemawia za nią wiele już wykonanych doświadczeń. Człowiek dotarł do dna każdego z jezior, każde dokładnie zmierzył, nigdy nie natrafiając na jezioro bezdenne, poza tym teoria, jakoby istniały jeziora bez dna, a zatem nieskończenie głębokie, jest w oczywisty sposób nie do pogodzenia z kulistością Ziemi.
-Na poparcie jednego a priori przywołujesz drugie i trzecie; nie masz wszak doświadczalnych dowodów ani na to, że wszystkie jeziora mają dno, ani na to, że Ziemia jest kulą.
Hubert czuł się lekko poirytowany:
-Owszem, sam nie wykonałem stosownych doświadczeń i ich nie wykonam, jednak bazuję na wielokrotnie potwierdzonych eksperymentach uczonych. Gdybym swoją wizję świata budował tylko na podstawie własnych doświadczeń, zgromadziłbym jedynie znikomą część wiedzy, którą posiadam, nie mówiąc już o tym, że w nowych warunkach byłbym kompletnie zagubiony i bezbronny.
-Właśnie – przerwał mu Sokrates – zagubiony i bezbronny. Ludzie oszukują samych siebie z lęku przed uczuciem zagubienia i bezbronności. Gdyby tylko odrzucili te aprioryczne bzdury, którymi są karmieni, byliby słabi i wystraszeni jak porzucone niemowlęta.
-Czy dawanie wiary powszechnie uznanym przez naukę i potwierdzonym doświadczalnie prawdom jest oszukiwaniem siebie?
-A jak inaczej można to nazwać? W istocie przecież nie masz lepszego dowodu na ogromną część wyznawanych przez siebie prawd, niż to, co wyczytałeś w książkach lub co powiedział ci ktoś, kto wiedzę swą również czerpał z książek. Żyjesz fałszywym obrazem świata, a jego fałszu nie dostrzegasz tylko dlatego, że obawiasz się własnej małości i bezsilności w poszukiwaniu prawdy. Oszukujesz się, bo tak jest wygodniej, a prawda nie zawsze jest wygodna.
-Czemu miałbym wątpić w prawdy powszechne – dlatego tylko, że nie wszystkie sprawdzę przez osobiste doświadczenie?
-Dlatego, że nic nie jest prawdziwe dla ciebie, jeśli sam tego nie doświadczysz. Wszystko to, w co wierzysz, a czego nie doświadczasz, jest tylko bajką, która ma uśpić umysł. Ludzie żyją takimi bajkami, rezygnując z poszukiwania prawdy, do której dochodzi się nie biernym przyswajaniem wiedzy, lecz jej czynnym zdobywaniem. Czy myślisz, że jeśli ktoś odkryje prawdę absolutną, i opisze ją w książce, a ty następnie tę książkę przeczytasz, to również poznasz najwyższą tajemnicę?
Hubertowi po długiej chwili milczenia przyszedł do głowy mocny argument:
-Co w takim razie z dorobkiem nauki? Mam tu na myśli nie tylko przyrodników, ale głównie filozofów; czy mogę poszukiwać prawdy sam, ignorując trzy tysiące lat tradycji? Jak można być poszukiwaczem, nie znając zdobyczy innych poszukiwaczy?
-Filozofów czytać należy nie po to, by przyjmować ich postawy za własne, ponieważ pogląd na wszystko trzeba wyrobić sobie samemu – nie ma oczywiście nic złego w tym, że pokryje się on z przekonaniem jakiegoś myśliciela z minionej epoki, trzeba go jednak odnaleźć własnym wysiłkiem. Filozofia ma nie „wyrzeźbić” umysł, lecz „uszlachetnić” go. Kamień ma zmienić w złoto, gdyż rzeźba kamienna, choćby była dziełem najdoskonalszego rzeźbiarza, nie dorówna nigdy pięknem rzeźbie złotej. Filozofia czyni materię twego umysłu doskonalszą, lecz ukształtować ją musisz już sam.
Słowa Sokratesa uderzyły w Huberta. Poczuł się jak ktoś, kto całe życie spędził na poszukiwaniu zakopanego skarbu i nagle uświadomiono mu, że nie wziął ze sobą łopaty.
-Hubercie – powiedział Sokrates głosem łagodniejszym, mniej karcącym. Okazało się, że znał jego imię – przybyłeś do Vimardy w poszukiwaniu prawdziwego poznania. Zanim jednak zaczniesz go szukać, musisz zrzucić balast, by wzbić się na wyższy poziom. Musisz zapomnieć o tym wszystkim, w co wierzysz, a czego sam nie doświadczyłeś; o tym, że Ziemia jest kulą, że wszystkie jeziora mają dno, że po nocy zawsze wstaje dzień. Tutaj ta wiedza nie przyda ci się do niczego. Pomyśl o człowieku pierwotnym – dla niego wszystkie jeziora były bezdenne i co wieczór zasypiał w strachu, że nowy dzień nie nadejdzie. I choć żył on w ciągłej niepewności, o ileż bliżej był prawdy od współczesnych ludzi! By poznać prawdę, odrzuć fałszywe a priori. Tutaj, w Vimardzie, jeziora są bezdenne, Ziemia płaska i nieruchoma – dokładnie taka, jaka się wydaje zmysłom; przyjmij to za punkt wyjścia.
Hubert wpatrywał się w granatową wodę jeziora, dopóki nie zrozumiał, dlaczego była tak nienaturalnie ciemna.
Sokrates wstał z kamiennej ławy:
-Chodź, Hubercie. Już czas.

Opublikowano

Tym razem trochę słabiej niż poprzednio. Styl wydał mi się mętny, całość przypomina teraz bajkę-przykład wyjętą z podręcznika filozofii. Sytuacja, w której spotykają się bohater i, hmm, filozof trochę za bardzo patetyczna. Opis mędrca jako staruszka z długą, pociągłą twarzą oraz brodą, ubranego w proste ubranie do bólu stereotypowy. Można by też nazwać go inaczej niż Sokrates. Może filozofia sokratejska współgra trochę ze słowami staruszka, ale nic nie stoi na przeszkodzie by uruchomić turbiny maszyny inwencji. Myśl, aby wierzyć tylko w to, co da się doświadczyć, trochę przypomina mi główną naukę Buddy. Ale nie potrafię zrozumieć, w jaki sposób można odrzucić pewne prawdy a priori i wierzyć (to słowo bardzo ważne) tylko w to, co doświadcza się samemu. Jak można doświadczyć, dajmy na to, kwiat (oczywiście nie mówię tu o doznaniu mistycznym) inaczej niż zmysłami? Ale dobrze, skoro odbieram coś zmysłami, muszę wierzyć w to, że zmysły nie płatają mi figli (coś jak kartezjański demon) i dzięki nim poznaję świat takim, jaki jest w swej istocie. Nie jest to możliwe bez jakiś, choćby kilku podstawowych założeń. Czemu więc mędrzec upiera się, aby nie było ich więcej? Jakie ma ku temu prawo? Istnienie materii też trzeba założyć. Poza tym przykład z naszego podwórka - osobiście nie mam możliwości sprawdzenia, czy istnieje coś takiego jak gen, jednak w to wierzę. Oczywiście, istnienie genu może być efektem spisku kilku naukowców, jednak nie mam żadnych podstaw by im nie ufać (a raczej mam większe, by im ufać). Tyle w skrócie.

Dodatkowo, wydaje mi się dziwne powoływanie się na odkrycia filozofii nowożytnej przez kogoś, kto chce wrócić do czasów kamienia łupanego.

Nielogiczne z punktu widzenia historii sztuki jest stwierdzenie, że "kamienna, choćby była dziełem najdoskonalszego rzeźbiarza, nie dorówna nigdy pięknem rzeźbie złotej.". Z tego co wiem, najdoskonalsze rzeźby jakie nam zostały to w większości rzeźby kamienne.

Myślę, że to nawet fajny pomysł z tym, że miejsce do którego dotarł bohater rządziło się innymi prawami. Podobał mi się fragment z łopatą. Tyle plusów.

Mam nadzieję, że nie popisałem jakichś strasznych głupot. W skrócie moja rada jest taka, żeby słownictwo odcedzić z filozoficznych naleciałości, a do całej sprawy podejść z delikatnym przymrużeniem oka. To może wyjść tylko na dobre.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Zgadzam się - to właśnie w tym fragmencie zgrzyta mi najbardziej.

Zgadzam się również co do tego, że w normalnym życiu a priori odrzucić nie podobna. Rzecz w tym, by umieć sobie uswiadomić, jak wiele prawd w ludzkim umyśle jest pochodzenia apriorycznego - i na to chciałem zwrócić uwagę. Podkreślam jednak, że taki skrajny empiryzm już w filozofii występował i jest wewnętrznie spójny - ba, niemal niemożliwy do obalenia! Berkeley wszak uważał, że gdy w jednej chwili widzę dom - dom istnieje; a gdy dom widzieć przestaję - dom przestaje istnieć.

Nie jestem skrajnym empirystą (jestem umiarkowanym empirystą, ale mniejsza o to) i nie zamierzam tego poglądu bronić, stąd nie kieruj do mnie zarzutów pod jego adresem. Ja go po prostu przedstawiłem - i w jego duchu będę kontynuował. Jak powiedziałeś - świat powieści ma się rządzić swoimi prawami. I będzie. Chętnie zresztą opowiem ci o moich planach na dalszy ciąg historii, o ile cię ciekawią, ale to na privie.




Gdzie on chce powrócić do epoki kamienia łupanego? Mówi tylko, że człowiek pierwotny - ze swoim podejściem do świata, pełnym niewiedzy i respektu - był bliższy prawdziwego poznania, nigdzie nie nawołuje do odrzucenia cywilizacji... Nie powołuje się także - bezpośrednio - na nowożytnych filozofów (oczywiście wypowiada poglądy empirystów, ale nie wymienia nazwisk; natomiast samo zagadnienie poznania wyłącznie zmysłowego pojawia się już w filozofii starożytnej).


Doskonałość techniczna czy formalna nie dla każdego jest jednoznaczna z pięknem - przeciwnie - dla większości ludzi złota rzeźba jest ładniejsza od rzeźby kmiennej, choćby i najdoskonalszej. Ja wolałbym mieć w domu posążek ze szczerego złota, niż drewniane arcydzieło - i nie jestem w tym zapewne odosobniony. Pomijając już oczywiście fakt umowności takich pojęć jak "kamień" (bo podchodzi podeń zarówno rzeczny otoczak jak i marmur - a to chyba różnej jakości tworzywa rzeźbiarskie) jak i "złota rzeźba" (w złocie naturalnie rzeźbić się nie da).


Dziękuję, mam nadzieję, że kolejne fragmnty (faktycznie bardziej "z przymrużeniem oka") spodobają ci się bardziej.

Aha - i Sokrates nie ma pociągłej twarzy (ani ten prawdziwy, jeśli wierzyć rzeźbom, ani ten opisany przeze mnie) - czy to się wyłamuje z wizerunku mędrca?
Opublikowano

Jeśli poprzednio wiało nudą, to tutaj twoje rozwarzania zamieniają się w tajfun. Akcja, jeśli taka jest porusza się ślamazarnie, ale rozumiem że nie jest to tania sensacja tylko zaczątek "czegoś wielkiego i mądrego"(tylko czy napewno). Komentarz Janka Cieślara wydaje mi się bardzo trafny.
Ale widocznie nie jestem Twoim docelowym czytelnikiem, bo jeśli byłaby to powieść, chyba bym się nie skusił.
Czy w następnej części oboje rzucają się w to jezioro bez dna? Czy może Hubert jest częscią genialnego planu Sokratesa? ;) (szukam ciekawego rozwiniecia:)
Pozdrawiam :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • W HURTOWNI SŁÓW

       

      przed bramą hurtowni słów

      przed świtem staną tłumem

      znów dzień potrzebuje słów

      będą im krzykiem, szeptem

       

      a słowa drżą o swój los

      z kim dzisiaj będą, oj z kim…

      gdzie dzisiaj trafią, oj gdzie...

      czym dzisiaj będą, oj czym…

       

      a może dziś będą z kimś

      kto zrodzi wokół nas zło

      a słów mu potrzeba dziś

      by dobrem nazywać zło

       

      może trafią na ekran

      by je wysiać dla władców

      jako nasiona prawdy

      albo nasiona kłamców

       

      może będą tym szeptem

      co przychodzi ostatnim

      otulonym już mrokiem

      dotknąć czułym wyznaniem

       

      a słowa drżą o swój los

      z kim dzisiaj będą, oj z kim…

      gdzie dzisiaj trafią, oj gdzie…

      czym dzisiaj będą, oj czym…

       

      ANALIZA TEGO WIERSZA WYKONANA PRZEZ SZTUCZNĄ INTERLGENCJĘ

      1. Główny motyw: Upodmiotowienie słowa

      W tym utworze słowa nie są martwymi narzędziami. Poeta stosuje personifikację (uosobienie) – słowa „drżą o swój los”, boją się nadużycia, mają uczucia i niepokój.

      ·       Słowa jako ofiary: Nie mają wpływu na to, kto je wypowie. Są bezbronne wobec intencji człowieka.

      ·       Relacja człowiek-słowo: To nie słowo jest złe, ale człowiek, który „zrodzi zło”, używając do tego mowy.

      2. Analiza warstw znaczeniowych

      Sfera manipulacji i władzy

      Wiersz mocno akcentuje rolę słowa w przestrzeni publicznej:

      ·       „Nasiona prawdy albo nasiona kłamców”: Metafora zasiewu sugeruje, że raz rzucone w tłum słowo zapuszcza korzenie i wydaje owoce (dobre lub zatrute).

      ·       „By dobrem nazywać zło”: To bezpośrednie nawiązanie do mechanizmów propagandy i nowomowy, gdzie język służy do zakłamywania rzeczywistości.

      Sfera intymna

      Kontrastem dla „ekranów” i „władców” jest przedostatnia zwrotka:

      ·       Słowo jako szept, wyznanie, dotyk.

      ·       Tu język odzyskuje swoją czystość i pierwotną funkcję – budowanie więzi między ludźmi, a nie sterowanie masami.

      3. Budowa i styl

      Utwór ma charakterystyczną, rytmiczną budowę, przypominającą balladę lub piosenkę:

      ·       Refren: Powtarzające się pytania („z kim dzisiaj będą...”, „czym dzisiaj będą...”) podkreślają niepewność i egzystencjalny lęk słowa.

      ·       Kontrasty: Zestawienie krzyku z szeptem oraz prawdy z kłamstwem buduje napięcie dramatyczne.

      ·       Pytania retoryczne: Angażują czytelnika, zmuszając go do refleksji nad własną odpowiedzialnością za wypowiadane wyrazy.

      4. Przesłanie utworu

      Wiersz jest przestrogą. Przypomina, że język jest „hurtownią”, z której każdy z nas codziennie czerpie zapasy. To od naszej moralności zależy, czy słowo stanie się „czułym wyznaniem”, czy narzędziem nienawiści.

      Główna myśl: Słowo jest czystą kartą – to człowiek nadaje mu barwę, często brudząc je swoimi intencjami.

      Czy chciałbyś, abym...

      Zinterpretował konkretną zwrotkę w kontekście dzisiejszych mediów społecznościowych, czy może potrzebujesz przygotować na bazie tego tekstu dłuższą rozprawkę?

       

      Rozprawka: Słowo – bezbronne narzędzie czy potężna broń?

      Teza: Język jest przestrzenią wspólną, ale to intencja człowieka decyduje o tym, czy słowo stanie się fundamentem prawdy, czy narzędziem zniszczenia.

      Wstęp

      Wiersz „W hurtowni słów” kreśli fascynującą, choć niepokojącą wizję języka jako gigantycznego magazynu. Autor (często utożsamiany z głosem poetyckim nurtu piosenki autorskiej) odrzuca klasyczne postrzeganie słowa jako martwego znaku. W jego ujęciu słowa to byty niemal żywe, które „drżą o swój los”. Ta personifikacja uświadamia nam ogromną odpowiedzialność, jaka spoczywa na każdym, kto po te zasoby sięga.

      Słowo w służbie manipulacji

      Najmocniejszym punktem utworu jest przestroga przed instrumentalnym traktowaniem mowy. Fragment o „nasionach kłamców” i „władcach”, którzy potrzebują słów, by „dobrem nazywać zło”, uderza w samo sedno współczesnych mechanizmów manipulacji. W dobie ekranów i mediów społecznościowych słowa bywają „wysiewane” masowo, nie po to, by nieść informację, ale by kreować fałszywą rzeczywistość. Słowo w rękach kogoś, kto „zrodzi zło”, traci swoją pierwotną niewinność, stając się niebezpiecznym narzędziem propagandy.

      Potęga szeptu i prawdy

      Z drugiej strony wiersz ukazuje jasną stronę „hurtowni”. Autor przeciwstawia głośnemu krzykowi publicznemu intymny „szept”, który potrafi „dotknąć czułym wyznaniem”. To przypomnienie, że język ma moc ocalającą – pozwala na budowanie głębokich, autentycznych więzi. Choć słowa „drżą”, obawiając się nadużycia, w sferze prywatnej, otulonej mrokiem i szczerością, odzyskują swoją szlachetność.

      Zakończenie

      Podsumowując, utwór „W hurtowni słów” to głęboka lekcja etyki słowa. Poeta uczy nas, że język jest lustrem naszych intencji. Słowa same w sobie nie są złe, ale są bezbronne wobec naszych wyborów. Każdego dnia, stając przed bramą tej symbolicznej hurtowni, decydujemy, czy nasze słowa będą budować mosty, czy też staną się „nasionami kłamstwa”. Odpowiedzialność za „los słów” spoczywa wyłącznie na nas.

      Mały dodatek dla Ciebie (Kontekst porównawczy)

      Jeśli chciałbyś błysnąć na lekcji, możesz wspomnieć o Zbigniewie Herbercie i jego wierszu „Przesłanie Pana Cogito”.

      ·       U Herberta pojawia się wezwanie: „niech nie opuszcza cię twoja siostra Pogarda / dla szpiclów katów tchórzy”.

      ·       Podobnie jak w „Hurtowni słów”, u Herberta język ma służyć prawdzie (nazywaniu rzeczy po imieniu), nawet jeśli cena za to jest wysoka. Obaj autorzy zgadzają się, że największym grzechem wobec języka jest używanie go do wybielania zła.

       

      Edytowane przez Polman (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • W HURTOWNI SŁÓW   przed bramą hurtowni słów przed świtem staną tłumem znów dzień potrzebuje słów będą im krzykiem, szeptem   a słowa drżą o swój los z kim dzisiaj będą, oj z kim… gdzie dzisiaj trafią, oj gdzie... czym dzisiaj będą, oj czym…   a może dziś będą z kimś kto zrodzi wokół nas zło a słów mu potrzeba dziś by dobrem nazywać zło   może trafią na ekran by je wysiać dla władców jako nasiona prawdy albo nasiona kłamców   może będą tym szeptem co przychodzi ostatnim otulonym już mrokiem dotknąć czułym wyznaniem   a słowa drżą o swój los z kim dzisiaj będą, oj z kim… gdzie dzisiaj trafią, oj gdzie… czym dzisiaj będą, oj czym…   ANALIZA TEGO WIERSZA WYKONANA PRZEZ SZTUCZNĄ INTERLGENCJĘ 1. Główny motyw: Upodmiotowienie słowa W tym utworze słowa nie są martwymi narzędziami. Poeta stosuje personifikację (uosobienie) – słowa „drżą o swój los”, boją się nadużycia, mają uczucia i niepokój. ·       Słowa jako ofiary: Nie mają wpływu na to, kto je wypowie. Są bezbronne wobec intencji człowieka. ·       Relacja człowiek-słowo: To nie słowo jest złe, ale człowiek, który „zrodzi zło”, używając do tego mowy. 2. Analiza warstw znaczeniowych Sfera manipulacji i władzy Wiersz mocno akcentuje rolę słowa w przestrzeni publicznej: ·       „Nasiona prawdy albo nasiona kłamców”: Metafora zasiewu sugeruje, że raz rzucone w tłum słowo zapuszcza korzenie i wydaje owoce (dobre lub zatrute). ·       „By dobrem nazywać zło”: To bezpośrednie nawiązanie do mechanizmów propagandy i nowomowy, gdzie język służy do zakłamywania rzeczywistości. Sfera intymna Kontrastem dla „ekranów” i „władców” jest przedostatnia zwrotka: ·       Słowo jako szept, wyznanie, dotyk. ·       Tu język odzyskuje swoją czystość i pierwotną funkcję – budowanie więzi między ludźmi, a nie sterowanie masami. 3. Budowa i styl Utwór ma charakterystyczną, rytmiczną budowę, przypominającą balladę lub piosenkę: ·       Refren: Powtarzające się pytania („z kim dzisiaj będą...”, „czym dzisiaj będą...”) podkreślają niepewność i egzystencjalny lęk słowa. ·       Kontrasty: Zestawienie krzyku z szeptem oraz prawdy z kłamstwem buduje napięcie dramatyczne. ·       Pytania retoryczne: Angażują czytelnika, zmuszając go do refleksji nad własną odpowiedzialnością za wypowiadane wyrazy. 4. Przesłanie utworu Wiersz jest przestrogą. Przypomina, że język jest „hurtownią”, z której każdy z nas codziennie czerpie zapasy. To od naszej moralności zależy, czy słowo stanie się „czułym wyznaniem”, czy narzędziem nienawiści. Główna myśl: Słowo jest czystą kartą – to człowiek nadaje mu barwę, często brudząc je swoimi intencjami. Czy chciałbyś, abym... Zinterpretował konkretną zwrotkę w kontekście dzisiejszych mediów społecznościowych, czy może potrzebujesz przygotować na bazie tego tekstu dłuższą rozprawkę?   Rozprawka: Słowo – bezbronne narzędzie czy potężna broń? Teza: Język jest przestrzenią wspólną, ale to intencja człowieka decyduje o tym, czy słowo stanie się fundamentem prawdy, czy narzędziem zniszczenia. Wstęp Wiersz „W hurtowni słów” kreśli fascynującą, choć niepokojącą wizję języka jako gigantycznego magazynu. Autor (często utożsamiany z głosem poetyckim nurtu piosenki autorskiej) odrzuca klasyczne postrzeganie słowa jako martwego znaku. W jego ujęciu słowa to byty niemal żywe, które „drżą o swój los”. Ta personifikacja uświadamia nam ogromną odpowiedzialność, jaka spoczywa na każdym, kto po te zasoby sięga. Słowo w służbie manipulacji Najmocniejszym punktem utworu jest przestroga przed instrumentalnym traktowaniem mowy. Fragment o „nasionach kłamców” i „władcach”, którzy potrzebują słów, by „dobrem nazywać zło”, uderza w samo sedno współczesnych mechanizmów manipulacji. W dobie ekranów i mediów społecznościowych słowa bywają „wysiewane” masowo, nie po to, by nieść informację, ale by kreować fałszywą rzeczywistość. Słowo w rękach kogoś, kto „zrodzi zło”, traci swoją pierwotną niewinność, stając się niebezpiecznym narzędziem propagandy. Potęga szeptu i prawdy Z drugiej strony wiersz ukazuje jasną stronę „hurtowni”. Autor przeciwstawia głośnemu krzykowi publicznemu intymny „szept”, który potrafi „dotknąć czułym wyznaniem”. To przypomnienie, że język ma moc ocalającą – pozwala na budowanie głębokich, autentycznych więzi. Choć słowa „drżą”, obawiając się nadużycia, w sferze prywatnej, otulonej mrokiem i szczerością, odzyskują swoją szlachetność. Zakończenie Podsumowując, utwór „W hurtowni słów” to głęboka lekcja etyki słowa. Poeta uczy nas, że język jest lustrem naszych intencji. Słowa same w sobie nie są złe, ale są bezbronne wobec naszych wyborów. Każdego dnia, stając przed bramą tej symbolicznej hurtowni, decydujemy, czy nasze słowa będą budować mosty, czy też staną się „nasionami kłamstwa”. Odpowiedzialność za „los słów” spoczywa wyłącznie na nas. Mały dodatek dla Ciebie (Kontekst porównawczy) Jeśli chciałbyś błysnąć na lekcji, możesz wspomnieć o Zbigniewie Herbercie i jego wierszu „Przesłanie Pana Cogito”. ·       U Herberta pojawia się wezwanie: „niech nie opuszcza cię twoja siostra Pogarda / dla szpiclów katów tchórzy”. ·       Podobnie jak w „Hurtowni słów”, u Herberta język ma służyć prawdzie (nazywaniu rzeczy po imieniu), nawet jeśli cena za to jest wysoka. Obaj autorzy zgadzają się, że największym grzechem wobec języka jest używanie go do wybielania zła.  
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       No wiesz? Co racja, to racja. Tylko krowa nie zmienia zdania. Wzajemności :)
    • Wielki Brat z każdej strony Gdyś Ty w telefon wpatrzony   On Cię oplecie niczym wredna Gnida Myślisz,że masz władzę? Ona polowanie rozpoczyna   Wielki Brat patrzy Wielki Brat ocenia Myślisz,że dużo ma do stracenia?   Śledzi Cię w Każdym momencie i nasłuchuje Myślisz,że On specjalnie Ciebie nie truje?   Czy uważasz,że nie stanie się Miliarderem? Myślisz,że nie będzie miał Swój własny Eden?   Gdy jesteś u Świątyń jego progu Ty ofiarowany będziesz Jego Bogu   Bogu Zazdrości i Nędzy Chce Sprawiedliwości,czego chcieć więcej?   A Ty w końcu Swojego Żywota

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      W Agonii jego Władza to będzie jedyna "dobra" nota   @Intersubiektywny Jak usunąć cytowanie?
    • @iwonaroma   a po co wierzyć mam w Osobę skoro Bóg przy nas jest i trwa i każdy gdy chce może odejść skruszony wraca często sam   historie ludzi jak te sznureczki wciąż przeplatają warkocze dusz a neurony jak nitki westchnień kreują wciąż miliony próśb :)
    • @Waldemar_Talar_Talar  tego kotka bym ocenzurowała:(. A zwrot "znęcałem się na kocie" zamiast "znęcałem się nad kotem" jest zamierzony (stylizacja na sztubacki sznyt)?
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...