Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Małą iskierkę uchwycić w dłonie,
ich ciepło utrzyma żar marzeń w niej zaklęty,
świata nie trzeba rzucać do stóp,
wystarczy po nim przejść spokojnie
z uśmiechem co przed deszczem broni...

Opublikowano

No a kleszcz, leszcz, wieszcz?

Tekst ujął mnie swoim idealizmem
i niezachwianą wiarą w happy end. Natomiast
- wybacz Fagocie, muszę to powiedzieć - nie przedstawia
sobą niczego, co można by zapamiętać na dłużej,
nie wspominając o warsztacie. Ale za serce na dłoni
- plus, dziel się nim, przy lepszej technice i większej oryginalności
z czasem na pewno popłynie spod twojego pióra porządna poezja.
Pzdr!

Opublikowano

Wielkie dzięki za wszystkie uwagi, szczególnie te, które chwaliły pomysł :-).
Co do warsztatu, pewnie, że można poprawić, ale pozwólcie, że zostanie tak jak jest, zawsze miałem swoje zdanie co do wszelkiej formy, może kiedyś je zmiennie, na pewno o tym pomyśle!
Jeszcze jedno, deszcz jest potrzebny może to i prawda, ale jak już ma padać to wole mieć parasolkę niż ma mi kapać na głowę :-)
Może nie udolna, ale jednak to poezja nie bierzmy wszystkiego tak dosłownie, w dodatku nie ma zamiaru po kimś maszerować :-)
pozdrawiam i jeszcze raz wielkie dzięki :-)

Opublikowano

Ja musiałem jednak chwilę pomyślec, żeby nie wypalic z działa ciężkiego. Gdy czytałem pierwszy raz, raziły mnie własnie te prawdy podane na dłoni, pierwszy wers podający taką niezbyt lubianą wrażliwośc - jak zdrobnienie - "iskierka w dłoni". Jednak mimo wszystko - chociaż zastrzeżenia zostaną - chętnie plus zostawie - mimo wszystko za tą własnie prostote. Nie dałbym, gdybym poczuł choc nute dydaktyzmu, ale na szczęście nie ma takowej.
Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...