Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

dziękuję Panie Cogito za twoją jasność
że słowem wyrażasz drogę, jedyną i wieczną

idę przez grząskie moczary, przez cienie drzew
by zbawionym być i ujrzeć królestwo twoje

moją podporą będą słowa Twe nieśmiertelne
niczym woda w stanie ciągle zmiennym
lecz po odpowiednim przyrządzeniu
gasi pragnienie i skórę nawilża

verba volant, scripta manet, słowa Twe
przeżyją pierwszą młodzieńczą miłość
lata nauki, pracy, by w wieku podeszłym
jako dziadek z siwą brodą
grawerując wnukom w sercach te słowa
nauczę żyć i iść pod prąd z nadzieją odważnych

i będę szedł Panie Cogito po kałużach
przez podwórka czerwone skacząc przez mury
z potarganą czupryną i w lśniących butach
by przechodząc przez próg nie zostawił śladu

a w mych dłoniach nie będzie kamieni
jedynie tomik poezji twojej, czysta kartka i pióro

i w zniewolonym świecie, w zwierzęcym folwarku
nie poddam się świniom w brudzie kąpanym
i szczurom z przeklętą chorobą
lecz klęknę i całując najmniejszych
ukażę im krzywdy dzisiejszych czasów

Panie Cogito Hektorze Piękności
Będę Ci wierny
Idę

Opublikowano

zazaimkowało sie osobowo. typowosci litaniowej skladni:/. jak wierszyk "do wiosny", tyle ze do pana cogito. no niefajnie.

i będę szedł Panie Cogito po kałużach
przez podwórka czerwone skacząc przez mury
z potarganą czupryną i w lśniących butach
by przechodząc przez próg nie zostawił śladu

powtorzenia z braku pomyslu.

pozdrawiam

Opublikowano

Mi się podoba. Hołd złożony ideałom, w które ktoś wierzy. Coraz mniej takich, a powinny być. bo przecież każdy ma komu złożyć hołd.
Treściowo niezłe, kilka nawiązań do twórczości mistrza - Zbigniewa Herberta.
Technicznie 'mych', 'twych' etc. bym zmienił bo kiepsko to brzmi.

I wezmę do ulubionych.
Pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...