Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

- Jak to przeoczyłeś?! Wiesz coś ty narobił?! – Purpurowa i wściekła twarz Mikołaja, swoją barwą rywalizowała z żółtym blaskiem żarówki.
- To teraz moja wina, tak?! Bo to niby ja mam o wszystkim pamiętać, oczywiście że tak, cholera jasna, święty się znalazł – burknął Śnieżynka, jednak jego twarz emanowała bielą mąki, przerażonej mąki.
- No i co my teraz zrobimy? – stęknął stary, zbliżając do ust drżącą dłoń, zaciśniętą na filiżance kawy. – Musimy dorwać tego chłopaka, może jeszcze nie jest za późno…- spojrzał na zegarek, była szósta trzydzieści – Tak, nie mamy chwili do stracenia – ryknął dodając sobie tym tonem pewności i haustem dopił gorzki płyn. Zakrztusił się fusami, które podstępnie czyhają na dnie każdej filiżanki z kawą. Poderwał się energicznie, i z równym impetem skierował się w stronę wyjścia, zahaczając nogą o kabel nocnej lampki. Łomot przewracającego się ciała nie zmącił spokoju przechodzącego obok Śnieżynki.
- Nie wygłupiaj się, przecież już ćwiczyłeś.
Żuk uniósł ich w przestworza. Młody siedział niecierpliwie w fotelu i podawał
wskazówki, jak dotrzeć pod adres wskazany na pergaminie. Stary, równie spięty, zmieniał zawzięcie biegi i ciężko dyszał.
- Pierwszy raz zdarzyło mi się coś takiego – wyrzucił wreszcie z siebie święty – Starzejemy się chyba. Mam tego dosyć! Wykonam do końca to zadanie i złożę na Jego biurko dymisję. Ja tak nie mogę po prostu, jeden pieprzony dzień w roku, wolałbym go zamienić na dwanaście miesięcy czyśćca. Niech sobie znajdzie innego frajera.
- Przestań gadać bzdury.
Ponownie tego dnia, ich maszyna zawisa nad miastem. Iskrzące latarnie
zakreślały mapę metropolii, ulice, jeszcze śpiące wypinały spięte lodem grzbiety w stronę księżyca. Jednak w pewnym punkcie owej mapy coś się działo. Kolorowe światła rozbijały się o ściany bloków. Mikołaj z przerażeniem spojrzał na partnera.
- No to kurwa pięknie!
Usadowili wehikuł na dachu wieżowca, stary wyciągnął z torby linę i przypiął ją do
komina wentylacyjnego. Z gracją zaczął ześlizgiwać się po ścianie budynku. Zawisł przed otwartym oknie i wskoczył do mieszkania.
Panował tam półmrok, krzątali się policjanci. Tak, zdecydowanie było już za późno.
Nagle myślom Mikołaja przedstawił się pewien plan, przecież mógłby rzucić prezent na ziemię i rżnąć głupa przed Szefem, że nie wie co się stało, dostarczył dar, a reszta jakoś sama przez się nastąpiła. Tak, to był idiotyczny plan. Roztarł bolący łokieć stłuczony przy upadku i rozglądnął się po mieszkaniu. Podszedł do okna i wyjrzał przez nie.
- Gdzie jest do cholery młodzieniaszek? Co on wyprawia, czego nie schodzi? – pomyślał.
- Młody! Co ty tam robisz?! – Wrzasnął w obramowaną przestrzeń.
- Tutaj jestem – głos z wnętrza mieszkania poodbijał się od ścian i dotarł do uszu Mikołaja.
Śnieżynka siedział w kuchni i zajadał cukierki. Obok niego siedziała rodzina samobójcy. Błogi uśmiech zadowolenia zalał twarz młodego.
- Jakoś raźniej się po nich czuję.
- Co?!
- No, po słodyczach.
- Przestań! Co robimy?!
- Nie wiem.
Skondensowane załamanie wydarło się z ust Mikołaja, przybierając postać westchnienia (tak, w tym przypadku westchnienie miało postać).
- Odwieźli ciało do kostnicy, może pojedziemy z nim, a nuż jeszcze jest w jego ciele odrobina życia? Wciśniemy mu dar i długa na urlop?
Stary spojrzał na partnera wzrokiem dziadka, któremu najdroższy wnuczek zlał się na spodnie.
- A w ogóle to jak ty tutaj wlazłeś?
- Schodami, odpowiedział beznamiętnie smakosz cukierków i wskazał palcem w stronę drzwi prowadzących na klatkę schodową.
- On miał żyć! Wszystko spapraliśmy! – krzyknął stary i wyszedł z kuchni. Czekał na olśnienie. Skierował się jeszcze raz do pokoju tragicznej decyzji i stanął w progu jak wryty. Na środku pomieszczenia stał młody chłopak wbijający w niego swój wzrok i uśmiechający się. A uśmiech jego nie był wyrazem szczęścia. Podniesione kąciki ust wyrażały demoniczną pewność siebie.
- Coś ty, kim jesteś?! Wystękał Mikołaj.
- Nie posiadam imienia, ale pomyśl…
I w głowie dobroczyńcy narodziło się rozwiązanie. Znał podobne przypadki z opowiadań starego przyjaciela. I w tym samym czasie jeszcze jedna myśl wdarła się do świadomości starego. Przyjaciel był kluczem.
- Już wiesz? – spytał Ktoś.
- Sprytny jesteś.
- Acha.
- Wiesz co zamierzam?
- Wiem, czekałem na ciebie.
- I wiesz, że to nielegalne, a co się z tym wiąże, grozić mi będzie gniew Nieśmiertelnego?
- To słuszny wybór. Zaufaj mi.
- Ty draniu! – Krzyknął w przypływie agresji Mikołaj. Kierując się zasadą sumultaniczności, w tym samym czasie do pokoju wpadł przerażony Śnieżynka.
- Co jest?! Kto to?
Stary odwrócił się do nowoprzybyłego.
- Nie mamy czasu. Wytłumaczę ci później, odpalaj żuka.
- A gdzie się wybieramy?
- Do Florencji. Wiem, nie pytaj, po drodze dowiesz się wszystkiego.

Opublikowano

Tak czy owak, za bardzo się pośpieszyłem z dodawaniem nowych fragmentów, co sprawiło, że tekst czasem jawi się jako słaby. Ale tak bardzo chciałem wprowadzić nowego narratora i do czorta wyjaśnić choć po części tytuł (czy Ktoś już wie o co mi chodziło?). Tak, teraz jednak trochę popracuję nad stylem zanim coś wrzucę, no bo to forum to nie bazar, na którym za wszelką cenę trzeba coś upchnąć. Cóż, nawet w błękitnym zlewozmywaku blask żółtego kubeczka czasem nie wystarczy. Florencja, Florencja, dlaczego Florencja? :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Trzeba sobie zainstalować własny kasownik szumu. Widziałem taki na falmach o katastrofach lotniczych, jak odczytują "czarne skrzynki" 
    • @Jacek_Suchowicz

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      To jest inna logika, jak sądzę, ten BB może obronić przed niebezpieczeństwem. Jak widziałeś film "6 dni 7 nocy", z Harrisonem Fordem, tam jest taka scenka:   Robin: I thought, that’s what women wanted Quinn: What? Robin: Men who weren’t afraid to cry, who were in touch with their feminine side. Quinn: No, not when they’re being chased by pirates, they like them mean and armed.   Pozdr.     
    • Z Wami Panie rozmowa jak ze starym, siwym, dawidowym handlarzem.  Ani człowiek po tej dyspucie mądrzejszy  ani głupszy. Ani w pełni zadowolony, ani zdradziecko oszukany. Rzeknijcie na rany Chrystusa, ile z sakwy mi czerwońców ubędzie?  Za Wasze wątpliwe wstawiennictwo i opiekę.     Wy inflamis i przechrzta. Nie ariański a popi bydlak kresowy. Palownik od księcia Jaremy. Strach blady i kaźn na dusze kozacze. Choć Wy teraz odziani w karmazyny   na dworze magnackim i nahajem chłopstwo  jak ptactwo dzikie, po polach rozganiacie. To ja wiem, żeście nie zawsze tacy byli, pierwszej krwi błękitnej, szlachcic.     A co ja prawie, jeno szlachcic… wojewodzic, Hetman koronny, książę elektor na warszawskich pałacach i sejmowych polach. Buty Wam i czarnego jak kopyta Mefistofila, humoru przaśnego, bicze bisurmańskie z głowy nie wybiły. Ale już skórę z pleców odjęły i zniżać głowę  przed obliczem wezyra galernego, nauczyły.     Gdybym nad grobem nie stał w chwili doczesnej i gardłowej sprawie się nie poświęcił to bym spluwał na Wasz herb i szablę Waszą i z grobu Was nie odradzał. Lecz tylko Wy, czerni grobu się nie boicie. Krzyże święte profanujecie, na klasztory kobiece zajazdy gotujecie, młódki dla zabawy  raptem gnębicie  i gwałt im bezbożny zadajecie. W imię sił nieczystych, którym duszę zaprzedaliście, Wy i cała Wasza sotnia.     Pamiętam jak dziś, bo walczyłem tego, przeklętego dla ojczyzny, majowego dnia, roku pańskiego tysiąc sześćset czterdziestego ósmego na korsuńskim stepie. I niech mnie Bóg pokara jeślim skłamię teraz i piorun mnie jasny zabije, bo przeto dokładnie widziałem jak padacie z konia, trafiony tatarska strzałą i sfora do Was doskoczyła jak diabelska, wściekła fala.  Cięły Was i kozackie karabele i osmańskie ordynki Tatarów. Widziałem, Panie Bracie jak trup z Was jeno ostał na ich drzewcach i ostrzach. Jak mi Bóg miły, umarliście a teraz żyjecie!     Wy diabły stepowe,  na pokutę wieczną skazane. Wy, nieumarli obrońcy, świętego stepu. Kruki i sokoły, Waszymi sługami i oczami. Diabliki, na rumakach z huraganu,  Waszymi kompaniami. A śmierć Wam hetmanem i batiuszką. Carem i hosporadem. Klątwą Waszą po wieki. Nie chcecie przeto nic ode mnie. Ani złota ani srebra  ani honorów i wstawiennictw. Chcecie jedynie bym ten pergamin przeklęty, własną krwią podpisał i przeklął swą duszę. Mi już nie dwory ni zamki,  rezydencjami doczesnymi. A castrum doloris, ciche w świątynii. Dajcie sztylet. Sobie na pohybel, pieczęć krwistą pod umową stawiam.     Kary koń już czekał u drzwi. Wspaniały silny i dumny fryz.  Samej pani małodobrej, wierny ogier. Gość mój wsiadł na niego z miną straczeńczą Zabrał go prosto do piekielnych podziemi.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...