Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Działo się to w trudnych chwilach mojego życia. Byłam w tzw. dołku materialistyczno-psychicznym. Moje dochody finansowe uległy znacznemu zmniejszeniu, co niekorzystnie odbiło się na wszystkich strefach mojego życia.
Od kat straciłam pracę czułam się jak nieuk, który po podstawówce nie może znaleźć sobie zajęcia. Jednak przecież byłam osoba wykształconą. Dziesięć lat wkuwałam ekonomie na uniwersytecie, żeby żyć jak księżniczka. Pragnęłam posiąść w życiu niezliczone bogactwa. Marzyłam o przysłowiowej gwiazdce z nieba. Nie potrafiłam docenić tego co dostałam od losu.
Ciągle było mi mało. Byłam jak sęp na pustyni, ciągle zgłodniała pieniędzy.

Pewnego dnia kiedy to mój portfel świecił przerażającą pustką, udałam się do babci.
Miałam nadzieję, że staruszka jest nadal tak hojna jak wtedy kiedy byłam dzieckiem.
Babcia Elwira mieszkała w centrum miasta, w niewielkiej kamienicy.
Kiedy przekroczyłam próg, który dzielił mnie od wejścia do budynku poczułam nieprzyjemny zapach. Ta okropna woń kojarzyła mi się z zapachem wody toaletowej mojego byłego faceta. Miałam nadzieje, że go tutaj nie spotkam. Max to same złe wspomnienia. Właściwie to jego imieniem możne byłoby zastąpić słowo koszmar.
Stanęłam blisko poręczy umocowanej do ściany. „Pewnie miała ona służyć jako podpórka dla zmęczonych staruszek”, pomyślałam. Nie miałam jednak na myśli mojej babci, gdyż ona od kąt pamiętam była kobieta pełną młodzieńczego wigoru. Pomijając fakt, że nie widziałam jej od przeszło roku. Zawsze przecież mogłam powiedzieć, że miałam dużo pracy. I wcale bym nie skłamała. Biuro-praca, dom-praca. Z biegiem czasu ten wir stał się całym moim jestestwem. Wielu znajomych nazywało mnie pracoholicką lub pracusiem. „Teraz to wszystko uległo zmianie”, rozważałam. Cały ten wir zatrzymał się i kazał mi wysiąść. Zostałam sama. Stałam się jak zwykła, bezrobotna dziewucha. Tak! Myślę że dziewucha to znakomite określenie. Bo jak taką nieudacznicę jak ja nazwać dziewczyną? To zbyt pobłażliwie.
Przejdźmy do rzeczy. Kiedy to już puściłam się tej przeklętej poręczy, weszłam po schodach na czwarte piętro. Stanęłam u drzwi gdzie mieszkała moja babcia . Wystukałam takt przypominający pukanie Milagros do starej babki Ancheliki w „ Zbuntowanym Aniele”.
Poprawiłam dreadlooki i z uśmiechem na twarzy wyczekiwałam dalszego przebiegu zdarzeń. Stałam i wpatrywałam się w metalowe drzwi, na których wisiał numer mieszkania i nazwisko właściciela. Ku mojemu zdziwieniu nie były to dane mojej babci. „A. Niebieski” tak brzmiało nazwisko, które było napisane na drzwiach. Sama nie bardzo wiem dlaczego, ale ta cała sytuacja bardzo mnie rozbawiła. „A. Niebieski” sprawił, że dostałam napadu tzw. głupawi, która objawia się parskliwym śmiechem..
Nagle drzwi otworzyły się, a moim oczom ukazała się postać, która bynajmniej nie była moją babcią. Przede mną stała młoda kobieta ubrana w niezbyt modną kieckę. Zrobiło mi się jej żal. „Taka ładna, a nawet ją na porządne ciuchy nie stać”, pomyślałam. Jednak zaraz się opamiętałam, gdyż przypomniałam sobie o własnym, niezbyt licznym stanie konta.
Później zauważyłam, że ta młoda dziewczyna ma skrzydła jak anioł.
Stała bokiem do mnie, a więc dokładnie widziałam tą oryginalna część ciała. Dziwne było również to, ze jej oba skrzydła miały odmienne barwy. Jedno było białe, a drugie czarne.
W dłoni trzymała chusteczkę higieniczną, którą ocierała łzy.
Przez chwilę nie wiedziałam co powiedzieć, bałam się tej przedziwnej osoby.
- Co ci jest? Wydusiłam jakby nie swoim głosem.
-Nic.
-Jak to nic, przecież płaczesz?
-Widzisz jak ja wyglądam? Już nie jestem aniołem…
-Jak to nie? Masz skrzydła, a to atrybut aniołów.
-Co to za skrzydła, gdy jedno jest czarne.
Dziewczyna płakała coraz bardziej. Jej łzy spływały po nagim dekolcie, jak woda z górskiego potoku. Chwilami meandrowały tam gdzie jej kości wydawały się być bardziej wypukłe. Razem z mokrymi łzami pozbywała się całego smutku jaki tłumiła w sercu.
Chciałam jej pomóc, ale nie wiedziałam jak.
W końcu pierwszy raz w życiu miałam do czynienia z aniołem.
Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.
-Pozwól, ze spytam, dlaczego twoje lewe skrzydło jest czarne?
Anielica wzięła głęboki oddech i zaczęła opowiadać.
-Jakiś czas temu zostałam wygnana z Nieba. Właściwie to Najwyższy wysłał mnie na misje, abym upatrzyła sobie tutaj na Ziemi dobrą duszyczkę, którą będę prowadziła przez jej ziemskie życie. I tak natrafiłam na twoją babcie, której dusza była czysta jak łza.

Siedziałam i wpatrywałam się w błękitne oczy dziewczyny, w których odbity był przepiękny krajobraz Boskich Niw. Jej blond włosy wyglądały jak utkane z promieni słońca, a ich blask sprawiał, ze cały ponury korytarz nabierał świetlistych barw.
Tymczasem dziewczyna mówiła dalej.
-Postanowiłam prowadzić twoją babcie przez dalsze życie, ucząc ją świętości Jednak nie udało mi się zrealizować tego wspaniałego planu, gdyż mnie samej nie udało się być dobrą.
- Czemu? Przecież jesteś Wszechmogącym Aniołem.
-Tak ci się tylko zdaje Irmino. Dziewczyna zaśmiała się. Ironia w jej głosie wzbudziła we mnie podejrzenia, co do jej Niebieskiej Tożsamości.
-Skąd znasz moje imię? Spytałam ozięble.
-Anioły wiedzą wszystko.
Jej głos zaczął mnie nie tyle drażnić, jak prowokować do wybuchu agresji.
-Widzę, że niespokojne twoje serce zaczyna się denerwować…
W ten właśnie sposób odróżniam dobre dusze od złych.
- Możesz przejść do rzeczy? Powoli zaczynałam tracić cierpliwość.
-Dobrze. Anielica uśmiechnęła się a, mnie ogarnął błogi spokój.
-Nie udało mi się zrealizować Boskiego planu, gdyż dosięgnęła mnie szatańska moc grzechu.
Nie mogłam być dobra w tym przeklętym świecie…nie potrafiłam.
-Co zrobiłaś?
-Jeśli ci powiem potępisz mnie.
Słowa dziewczyny budziły we mnie coraz większą ciekawość.
-Co uczyniłaś złego ?Proszę powiedz.
-Zabiłam życie, które było poezja i sztuką zarazem.
Anielica stanęła tyłem do ściany, abym nie widziała jej smutnych oczu.
Jednak ja nie bałam się jej „trądu”- jej wewnętrznego cierpienia.
-Kogo?
Podeszłam do niej, wtuliłam twarz w jej skrzydła i spytałam… a moje słowo było zaledwie szeptem.
-Motyla.
Odpowiedziała drżącym głosem, jakby bała się odrzucenia.
Kiedy tak stałyśmy, poczułam jakby tchnienie morskiego wiatru, który wdarł się do moich puc przez lekko rozchylone usta.
Moje ludzkie problemy rozpłynęły się jak pod dotykiem Boskiej Dłoni. Czułam, ze teraz Niebo stoi przede mną otworem.
Na koniec wypowiedziałam jedno zdanie, które stało się balsamem na duszę Anioła.
-Możesz wracać, misja spełniona.
Anielica wiedziała, że są to słowa Boga.

Opublikowano

Zacznę od tego, że początek kuleje i to mocno. Pełno literówek, błędów ortograficznych, interpunkcyjnych i dziwnych konstrukcji zdaniowych.
- "od kąt" -> odkąd . Dwa razy powtarzasz ten błąd
- "dziesięc lat wkuwałam ekonomię" - wieczny student, doktorat, czy może walnęłaś się podając lata?
- "ciągle zgłdoniała pieniędzy" - głodna/żądna, ale nie zgłodniała
- "Babcia Elwira mieszkała w centrum miasta, w niewielkiej kamienicy" - lepiej brzmiałoby "Babcia Elwira mieszkała w niewielkiej kamienicy w centrum miasta"
- pracocholicką -> pracoholiczką
- "Stałam się jak zwykła, bezrobotna dziewycha" - stałam się zwykłą bezrobotną dziewuchą, albo stałam się biedna, jak zwykła bezrobotna dziewucha
- "przejdźmy do rzeczy" - dziwnie brzmi. Może "przejdźmy do sedna?"
- "wyczekiwałam dalszego przebiegu zdarzeń" - dziwne w kontekście zdań poprzednich. Bohaterka puka do drzwi, więc na jakie zdarzenia może oczekiwać? Otwarcie drzwi? Ty wiesz, że zaraz spotka anioła, ale czytelnik nie, więc niepotrzebnie sugerujesz, że zaraz wydarzy się coś niezwykłego
- głupawi -> głupawki
- "oba skrzydła miały odmienne barwy" - były odmiennej barwy albo miały odmienną barwę

Poza tym brakuje wielu przecinków, ale to już musisz sama poprawić. W reszcie tekstu również są pewne niescisłości. Anioł próbuje nauczyć babcię "świętości" podczas, gdy piszesz, że miała ona duszę nieskazitelną jak łza (?)

Najbardziej podobają mi się ostatnie dwa zdania. Reszta razi przede wszystkim błędami. Zamiast skupić się na tekście, widziałam brak przecinków i tym podobne. Poza tym sytuacja jest mało rozwinięta, bohaterka wpada w skrajne stany podczas rozmowy z aniołem. Trochę to schozofrenią zajeżdża i jest mało naturalne. Tekst powinnaś poprawić. Poprawiony chętnie przeczytam :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • RONDO ALLA POLACA

      Jeśli Twój majestat żąda, bym
      Zamilkł jak po zachodzie ptak,
      Ciemności nie skalam głosem mym,
      Nie ubliżę nim urodzie dnia.

      Nic nie powiem już,
      Będę tylko trwał, aż
      Policzony będzie każdy oddech mój,
      Jeśli taka wola Twa.

      By głos nie zadrżał mi,
      Gdy z kurhanu złych sław
      Będę śpiewał Ci

      Z tego kurhanu lat,
      Śpiewał Chwałę Twą,
      Jeśli tylko dasz
      Wciąż śpiewać ją 

      Z tego kurhanu dni
      Twa chwała będzie grzmieć,
      Jeśli pozwolisz mi
      Mą śpiewać pieśń

      Na sam rozkaz Twój,
      Lub gdy wybór dasz,
      Rzekom daj nabrać wód,
      Wzgórzom radość wskaż.

      Niech łaska Twa udzieli się
      Sercom zgorzałym w piekielny czas
      Jeśli tak Pan chce -
      Chce uzdrowić nas

      I zgarnąć do rąk,
      Na rękach zacieśnić więź,
      Twym dziatkom tu,
      Jeśli Ty tak chcesz.

      W tych z lumpexu snach,
      Wszystkie w na zabój sznyt
      I dać, by śpiew pokonał strach,
      Jeśli zechcesz Ty.

      W Twych w szmaciankę grach
      I w strzelankach, gdzie każdy to wróg,
      I dać by odszedł strach,
      (Jeśli tak zechce Bóg...).

      Jeśli Twój majestat chce,
      bym nie mówił nic,
      Mój głos skryje się
      Jak w ciemnościach widz

      Nic nie powiem już
      Będę tylko trwał, aż
      Policzone będą me dni
      Jeśli taka wola Twa

      Jak pan Władza chce,
      Żebym zamknął ryj,
      Z chęcią zamknę się
      Jak w komórce stryj

      Jak tak, to tak
      Jak mam być twój błękitny ptak,
      Jak chcesz, zamknę się
      W klatce, jak papug ten

      To co?
      Stul pysk, bo....
      Z tulipana ci....
      Ci, ci, ciuciubabko,
      Won

      Casino Royale

      Wciąż pamiętam, w Chelsea Hotel, jak ty 
       Mężnie i słodko piałaś jak grecki chór 
      Na rozebranym łóżku dobrze robiąc mi
       A na ulicy czekał limuzyn sznur...

      To był powód, to był Nowy Jork
      W kolejce po szmal i po szał ciał
      To zwali miłością do mas śpiewających ten song
      Pewnie wciąż ją tak zwą, dla tych, co  jeszcze są...

      Lecz ty  uciekłaś jej, więc po co ten szum? 
      Po prostu poszłaś w drugą stronę, niż tłum,
      Uciekłaś, lecz ani raz nie słyszałem z twych ust:

      "Potrzebuję cię: nie, nie potrzebuję. Cię
      Nie potrzebuję; nie: jednak potrzebuję."
      Wiesz, całe to paplanie mnie denerwuje

      Pamiętam cię z  Chelsea Hotel wciąż:
      Podawano  z ust do ust twe serce wiecznieżyjące...
      I mówisz, że wolisz, jak przystojni są,
      Ale, że dla mnie zrobisz wyjątek...

      I twardo bierzesz w dłoń takich jak ja,
      Co jęczą pod jarzmem piękna,
      Po wszystkim ogarniasz się, i mówisz: „No tak:Urody nam brak, ale mamy pieśni dźwięki”...

      Uciekłaś, lecz ani raz nie słyszałem z twych ust:

      "Nie potrzebuję cię: nie, potrzebuję. Cię
      Potrzebuję; nie, nie potrzebuję."
      Twoje paplanie mnie wciąż denerwuje...

      Nie mówię, że kochałem najbardziej cię 
      Nie  zliczę ile razy wróbli trup padał gęsto 
      Dobrze cię pamiętam, z Chelsea Hotel 
      To wszystko, nawet nie myślę o tobie zbyt często...

      Pamiętam cię, z Chelsea Hotel, lecz jak przez mgłę,
      Brałaś wszystko, co leci, do ust, twoje wdzięki już gasnące...

      Wciąż biorą do ust twój biust więdnący...
      Wciąż mówisz, że wolisz, by przystojny był,
      Ale ten jeden raz zrobisz wyjątek... 

      "Potrzebujesz mnie: ja nie potrzebuję Cię
      Nie, potrzebuję; nie: nie potrzebuję."

      Ja też miałem w ustach smak 
      Na życie pieśnią tętniące..
      Też wolę, jak ładne są pół tak 
      Lecz dla ciebie zrobiłem wyjątek... 

      "Wcale nie żałuję: nie, jednak żałuję. 
      Trochę żałuję; nie: mi cię nie brakuje.
      Tango Anus

       

      TANGO ANUS 


      Tańcz mnie, poprzez strach,  po schronienia próg
      Wznieś mnie, gdzie mirtu gałązkę będę nieść,
      Gdy będę gołąbkiem, co leci, gdzie chce Bóg,
      Stańcz mnie w piękna płonących skrzypiec piec
      Stańcz mnie, gdzie miłość nie wytrzyma prób,
      Wtańcz mnie, gdzie miłości s grób..

      Pokaż mi swe piękno,
      Gdy świadczyć miał nie będzie kto
      Daj  poczuć, jak tętni
      W tobie Babilonu noc 
      Pokaż to, czego tylko granice znam, chodź,
      Wtańcz mnie, gdzie miłość traci swą moc..

      Tańcz mnie tam, gdzie nasz ślub, wciąż i wciąż
      Wytańcz mnie czule, zatańcz mnie po krag,
      Jesteśmy oboje mniejsi niż ta miłość, lecz też ponad nią 
      Wtańcz mnie, gdzie miłość ma granicę swą,
      Wtańcz mnie, gdzie miłość wie że koniec to...

      Dotańcz do tych dzieci, którym rodzić się nie dał czas,
      Przetańcz przez zasłony, które  starł pożegnań żar,
      Wznieś namiot azylu, choć pękła ich nić,
      Odtańcz  mnie tam, gdzie miłość nie znaczy już nic...

      Tańcz mnie poprzez strach,  po schronienia próg
      Wtańcz mnie w płonących skrzypiec piec
      Dotknij nagą dłonią lub łachmanem choć
      Tańcz mnie tam, gdzie miłości kres


      Tańcz mnie, gdzie miłość wchodzi w noc
      Wtańcz, gdzie zechce Bóg
      ""Tańcz mnie, po miłości kres..."


      z POPULARNE


      Wszyscy wiemy, że kości tu chrzczone
      Lecz rzucamy, zaciskając kciuk
      Wiemy, że wojna jest skończona;
      Wszystko świetnie: wygrał wróg...

      Wszyscy wiemy, że ta walka to sztos
      Biedni bez grosza, bogatym pęcznieje trzos
      Już taki los. Tak chce populi Vox...

      [Zwrotka 2]
      Wszyscy wiedzą, że łajba bierze wodę
      I myślą, że kapitan to łgarz
      Lecz w tych okolicznościach przyrody
      Zawsze tak, jakby ojciec lub pies ci zmarł....

      Wszyscy zapatrzen są w konta stan:
      Każdy na bombonierkę z dyskontu ma smak 
      I bukiet że stu róż
      Tak tu jest już...

      [Zwrotka 3]
      I wiedzą, że mnie kochasz niezmienne
      Wszyscy wiedzą, że tak dokładne jest
      Wiedzą wszyscy, że mi byłaś wierna
      Wyjąwszy tysiąc nocy +/- dwie

      Wiedzą, że Święty ci małżeński próg
      Lecz tak monitują do Twych ud
      Że przyjmujesx jak cię stworzył Bóg
      Taki masz drobny druk

      [Refren]
      Wszyscy wiemy, że taki klimat jest tu
      Taki razem ciągniemy drut
      Tak czytamy z nut
      Maestra Ubu
      Taki hołd składamy mu
      Nie licz więc na cud

      [Zwrotka 4]
      Oboje wiemy, że nigdy, jak nie teraz
      Wiemy, że na dwoje: albo ja, albo ty
      I wiemy, że jak żyć, to nie umierać
      Gdy wciągnąć kreskę Biała Śmierć, czarny film..

      Wszyscy wiedzą, że układ jest zamknięty
      Że murzynek Bambo zrobił swoje, jak z Nel Staś
      Nawet Kali ma nieswoje momenty
      I wszyscy odkładają wszystko na zaś

      [Zwrotka 5]
      I wszyscy wiedzą, że nadchodzi pandemia
      Wiemy, że po kościach rozeszła się, lecz...
      A nadzy on i ona na planecie Ziemia
      To dziś niezwykle niezwykła rzecz

      Wszyscy wiemy, jaki rozkład ról
      Lecz przy twoim łóżku będzie siedział mól,
      Który zaksięguje jak wół
      To, co wiemy już

      [Zwrotka 6]
      I wszyscy znają ten twój zapaszek
      I się zakładają, jak wcielasz im cel,
      Od krwawego krzyża na Górze Czaszek
      Do plaży na półwyspie Hel

      Wszyscy wiedzą, że przemija ten świat, 
      A Najświętsze Serce jest pełne łat
      Zaraz pęknie jak Albert brat,
      Totus Eium już od lat..

      [Refren]
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Och, wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą

      ŚNIEŻYNKA I STRACH
      (Dialog na cztery kopyta)


      [STRACH]
      Przyszłaś do mnie dziś rano
      I obrobiłaś jak sztukę mięs.
      Tylko facet ci powie, jaki to
      Delikatny, jaki czuły gest.


      Tyś w lustrze jest odbiciem mym,
      Krwią z mojej krwi, poznam cię we स्नेह,
      Bo kto inny by mnie zechciał wziąć
      W tysiąca swych pocałunków toń?


      (Dla tych, którzy przywitali mnie)
      Nieważne, że droga nam dłuży się,
      Nieważne, że pod górę wciąż,
      Nieważne, że księżyc już zszedł
      I zapanował mrok.


      Nieważne, że gubimy szlak,
      Spisane jest, że spotkasz mnie.
      Na pewno mi mówiłaś tak
      Na pocałunków dnie.


      I kocham cię, gdy na słońca blask
      Jak lilia otwierasz płatki swe,
      A ja – to na wróble strach,
      Którego smaga deszcz.


      Strach, co strachliwie kocha cię,
      Choć ma z lumpeksu twarz,
      Ciało i wszystko, czym był i jest,
      Aż do pocałunków dna.


      Wiem, że znasz ten kłamstwa smak
      I oszustw bez zbędnych słów:
      Nauczyłaś się operować tak
      Na kolanach ojca i u matki stóp...


      Ale czy musiałaś się bić,
      By ulicę w ogniu przejść,
      Jeśli całe to nasze mieć i być
      Wisi u pocałunków tajnych miejsc.


      Numerki, odwyk i jasna rzecz:
      Wracam na Square du Blues.
      Chciałbym rzucić już tę robotę, lecz
      Podchodzi mi już do ust.


      Lecz o tobie myśl daje mi nabrać tchu,
      A akta sprawy twej kompletne są,
      Brak tylko w nich tego, czego nie zdziałałem tu
      Płynąc w pocałunków głąb.


      Nieważne, czy masz moc sił i dóbr,
      Czy opuściła cię moc,
      Czy napiszesz te kilka słów,
      Które słowiki cytują co noc.


      Nieważne, czy masz zaszczyt robić w HR,
      Czy nieregulowany czas,
      Rzucasz życie w kąt, bo masz
      Przeżyć pocałunków tysiąc pięć.


      Biegną poszły, a dziewczyny młode są,
      Bieg ten jest szansy wart.
      Los bierze stronę twą,
      Lecz szybko kończy się fart.


      Wezwanie: masz być jak widz
      W kinie, co twą pyrrusową klęskę gra,
      Lecz żyjesz, jak gdyby nigdy nic,
      Odbijasz się od pocałunków dna.


      Słyszę głosy ich na kufla dnie,
      Co czasem tak woła mnie.
      Jak ta orkiestra, co cover gra – czyżby to moja pieśń?


      Lecz gwardia nie cofa się;
      Gdy woła to, co kochasz, serce odpowie na zew,
      Choćbyś oddał tu swój życia skok,
      Tak świadczą nasz czas, nasza krew
      I tysiąca pocałunków twych mrok.


      Tak wiem: musiałaś kłamać
      I oszukiwać bez słów:
      Tak jak gdy ojciec na kolana cię brał,
      A matka tuliła do stóp...


      Wiem, że musisz tak kłamać im,
      By system ograć, zamiast się położyć na wznak,
      Lecz majątek nic nie gwarantuje ci,
      Gdy Cnota i Podstęp zerwą pakt.


      Prawdę wpędzili w szok, piękno wypędzili na bruk,
      Styl dawny ma dziś naftaliny woń,
      Bo Duch przeszedł przez próg
      W tysiąca pocałunków toń.


      A Wewnętrzne Światło twe, co
      Nie ma równych i ma gest?
      Garbię się w kolejną noc,
      Po tysiąca pocałunków kres


      Zaklinam los, nastrajam głos,
      I wracam na Avenue du Blues.
      Chciałbym rzucić to, lecz nie mogę, bo
      Jestem za cienki tchórz.


      Lecz czasem, gdy noc grzeczna jest,
      A my potulnie zapijamy żal,
      Burzymy się, zbieramy zabawki serc
      I odchodzimy w pocałunków dal.


      Tym pachnie ta o tobie myśl,
      Mam o tobie komplet akt –
      Poza tym, co mi nie umknęło dziś
      W pocałunków niski takt.


      Grałem z Dizem raz i z Dantem też –
      Brak mi było tego ich „coś”,
      Lecz raz czy dwa przygarnęli mnie,
      Wciągnęli w pocałunków blues.


      Odstawić wino chcę, jak Bóg chciał,
      Wchodzę w parkietu tłum gęsty jak w dym.
      Zespół wpadł już w weny twórczy szał,
      Serce nie cofnie się przed morzem win.


      Może musiałem jechać drogi szmat
      I obietnic tysiąc złamać, lecz
      Rzuca się wszystko, ot tak,
      By przeżyć twych pocałunków treść.


      Teraz jesteś jak Anioł Śmierć,
      Potem jak Parakleta szał,
      Czasem jak Zbawiciela Dech,
      Potem – w Belsen stos ciał.


      Nie ma odwrotu już od miłości gróźb,
      Czy meta to skoku w bok –
      Jak zaświadczono czasem i krwią
      W pocałunków równy krok.


      Przyszłaś do mnie tu skoro świt,
      Przyniosłaś słowo jak ciała strzęp.
      Tylko człowiek powie ci, że to nie wstyd,
      Tak delikatnie, czule zrobić wstęp.


      Tak delikatnie, czule w materię wejść.
      Tylko mężczyzna wie, nawet bez przejść,
      Że przynieść miłość jak kwiatu pąk –
      To przyjść bez pustych rąk.


      [ŚNIEŻYNKA]
      Tyś mój brat z lustra, krewny mój
      Z najczarniejszych snów.
      Kto, jak nie ty, by dał mi znój
      Podróży w tysiąc pocałunków znów?


      Czekałam, aż otworzysz się
      Na ulic skwar. Jeden z wielu tak...
      A ja jestem jak kula śnieżna łez,
      Tocząca deszczu z deszczem ślad.


      Topniejącą miłością wciąż kocham cię
      I fizis tą z drugiej ręki –
      Całą sobą, wszystkim, czym chcesz,
      Tysiącem pocałunków namiętnych.


      Cała ja, aż do granicy mórz,
      Przeniknięta przez seks,
      Widzę, że oceany tu wyschły już
      Modliszce, co we mnie jest...


      Docieramy na dziób,
      Syreną daję znak, że twej floty wrak
      Ma mi się rozbić tu
      Na tysiąc pocałunków. Odzewu brak.


      Przychodzisz do mnie co noc
      I ubijasz jak stek,
      Lecz baba powie ci, że większą moc
      Ma czułych obelg stek.


      Tyś mój w krzywym lustrze wizerunek jest,
      Jesteś jak koszmar śniony dzień w dzień,
      Jak zapomniany chrześniak, co już wchodząc w sień,
      Woła na ratunek i składa ci
      Na czole obśliniony pocałunek.


      (Dla tych, którzy mnie powitali w tym...)
      Weszliśmy tu nie do siebie jak w dym,
      Wgryźliśmy się w seks jak w steak tartare.
      Sami, choć dwoje nas jest, bo chce nam się wbić
      W ten słodko-kwaśny smaku czar...


      Mój bliźniaku z lustra, mój bliski krewny,
      Poznałbym cię przez sen.
      Kto, jeśli nie ty, przyjąłby mnie
      W tysiąc pocałunków namiętnych?


      Wzdychamy na los; poprawiamy włos
      I wjeżdżamy na Autoroute du Blues.
      Próbowaliśmy rzucić to nasze coś –
      Cóż, na inny rejs sił nie mamy już.


      Lecz śnieżynka i strach wciąż mają to... cóż,
      Miast miłości – z wyprzedaży twarz,
      Miast szału ciał – goryczy czar,
      A pocałunków czar dna dosięgł już.


      Lecz gonitwa trwa, wieczór młody wciąż,
      Śnieżynka i Strach wciąż nie są bez szans.
      Za chwilę wygramy, a potem raut –
      Dzisiaj zacznie się nasza passa pass!


      A kiedy wezwą nas, byśmy zdali rzecz,
      Jaką im odpowiedź dasz?
      Jakie życie? Życie poszło precz.
      Pocałunki? Ważne, co w kieszeni masz...


      A kiedy mnie wezwie On, bym spowiadała się
      Ze stanu, w jakim jest cały ten kram,
      Odpowiem: życie? Życie przeszło w cień,
      Lecz tysiąc pocałunków w kieszeni mam.


      Przyszliśmy tu w ostatnie dni,
      Podtarliśmy się o Twego Słowa strzęp.
      Skalaliśmy wszystko, to co dałeś Ty,
      Na Twą czułość ogarniał nas śmiech.


      Lecz delikatnie chcemy wciąż w tę materię wejść.
      Wiemy, przeszedłszy przez ucho Twych przejść,
      Że miłość trzeba nieść jak kwiatu pąk –
      I do Ciebie przyjść bez pustych rąk.

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...