Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

usiadła mi na talerzu
więc ja ją w głowę łyżką
jeszcze się rusza
oderwałam skrzydełko
rusza się
oderwałam drugie
rusza się
wyrwałam nóżki
łypnęła okiem

no i co z tego, że mi głupio
z tobą też tak zrobię
kretynie

Opublikowano

Znowu pozostaje mi powiedzieć: na mnie nie licz ;)

Za to zwrócę uwagę na niezręczność brzmieniową: ja ją
a także powtórzenia, które urokowi temu wierszu nie dodają.

Czytałem dużo lepsze.

Cmok
Coolt

Opublikowano

Jestem pod urokiem. stop. czekam na realizację. stop. zapowiedzi. stop. może być bez zupy. stop.
[color=red]Q[/color]
dyg
b
PS. Czy ktoś powiedział, że muszą być tylko o miłości????!!!!!!
Setki innych uczuć leżą odłogami.
Do roboty, do pisania - póki macie takie duże okienko limitowe ;)

Opublikowano

Niesamowicie wyważony pod względem treści jak i formy. I to łypanie. Aż się rozpłakałem. Przez Panią straciłem ostatnią paczkę chusteczek higienicznych. Cudo!!!!

pozdrawiam!!!!!

Opublikowano

Jestem pod wrażeniem subtelności pokazania brutalizacji życia w każdej postaci. Odniesienie osobowe znakomicie puentuje utwór. Nic dodać, nic ująć znakomita prostota ukazania prawdy, że miłość nie jest ślepa. Pozdrawiam Leszek :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • x i mróz wici babiego lata: katalog... e, i babi ci wzór mix  
    • Ado, loda dosól! Olu, soda do loda
    • Wiesz, zaraz wychodzę. Zaraz idę, tam gdzie ptaki kołują na niebie. I wiatr tarmosi i wstrząsa połami koszuli. Wiatr. I ten wiatr wiejący. Ten wiatr szumiący i cichy… Wiesz,wychodzę zaraz. Już wkładam płaszcz. Choć może nie. Nie potrzeba płaszczu, albowiem wiatr. Ten wiatr ciepły. Ten wiatr wiejący znad łąk. Tych pól odległych. Znad tych obszarów milczących w spiekocie i znoju letniego skwaru. A więc bez płaszcza. A więc w samej tylko koszuli. Idę. Zaraz wychodzę, zatrzaskując na zawsze drzwi pustego domu. Już wyszedłem, strząsany echem zamknięcia. Na schodowej klatce. W tym chłodzie idącym od dołu. Z piwnicy, z pustych mieszkań. Z pracowni. Z porzuconych pracowni, w których popiersia i rzeźby obojętne. W których popiersia pod przezroczystą folią. Pod zakurzoną… Twarze kamienne. Kamienne oblicza. Niedokończone…   Wiesz, idę wolnym krokiem. Idę powoli. Muzyka we mnie. Dziwna jakaś. Powolna. Muzyka czasu. Przechodząca jak wahadło. Do przodu. Do tyłu. Teraz podążam wstecz, mimo że jestem tu jeszcze. I jestem wciąż. Jesteś tu jeszcze? Ja jestem. Na zewnątrz wiatr. Wiatr tarmosi za włosy, kołnierz, mankiety koszuli. Na zewnątrz wiatr. I ten wiatr idący od przodu. Idący od tyłu. Bokiem. Cicho. I wstrzemięźliwie, bądź nagle. Porywczo. Natarczywie… To znowu milczenie roztacza się wokół. I drzewa milczą. I ptaki. Owady. I my… Byłaś tu przed chwilą. I byłaś jeszcze. Teraz przestrzeń roztacza się wokół pusta i tkliwa. I ta przestrzeń bez ciebie… Choć wydaje mi się, że przez chwilę… Nie. To tylko przelot owada. Nagły i porywisty. Przelot owada. Przezroczysty lot. Jak ten wiatr, co targa i szarpie za poły koszuli. Jak ten wiatr targający włosy… Dokąd tak idę? Idę tam, gdzie przeszłość miesza się z teraźniejszością. Jak to możliwe? Widać, możliwe. Stąpam ko chodniku. Po płytkach, mijając kałuże, w których mieni się ogrom kobaltowego nieba. I to niebo spada na mnie, i przytłacza mnie. Przytłacza tym czasem przeklętym, który wciąż powraca. Zatacza kręgi, jak kołujący ptak. Idę powoli. Krok za krokiem. Pusto jakoś. I tak jakoś tkliwie. Mienią się lśniące kiście po letniej ulewie. Skapują krople. Takie jaskrawe, mżące piksele upływającego czasu. W blaszanych rynnach chlupoty i szmery. Wylatują jeszcze ostatnie strumienie. Strząsają z siebie drzewa tę wilgoć. I żłobią korytarze w gliniastej ziemi ciepłe hausty niedawnego deszczu. Jesteś tu jeszcze?   Idę niedaleko. Na spacer krótki nieledwie. Idę podziwiać i oglądać. Nie. Idę się pożegnać. Uścisnąć dłoń. Być może. Komu. I komu? Ostatnie pakunki są wynoszone z domu. Przed zamkniętą bramą ciężarówka z brezentową paką. I cisza wokół. Milczenie okrutne, jakby rzeźb kamiennych, gipsowych odlewów. Twarze. Dłonie. Ramiona… Oczy widzące niewidzeniem… Przed kamienicą. Przed blokiem cień topoli na asfalcie, na trotuarze. Kołysze się i chwieje. Szepcze. Szepcze nieustanne dzieje. I milczące jakieś słońce padające z ukosa. Rano to? Pod wieczór? Było to chyba zimą. Lecz teraz dzieje się w pełni upalnego lata. Takie to czasami płata figle czas ulatujący w przestwór. Czas senny. Czas pełen majaków i zwidów. Stoję pod drzewem. W cieniu. Niewidzialny jak powietrze. Jak przezrocze atmosfer. Kryształowych strumieni. Dlaczego nikogo nie ma? W zamkniętych oknach firanki. Zasłony. W oknach kurz i pył zapomnienia. Tuwim przeprowadza się teraz. I przeprowadza się wtedy. Przeprowadza się w czasie teraźniejszym, mimo że siedemdziesiąt la temu. Czyli teraz następuje przeszłość. Następuje w teraźniejszości nagły przeskok dziwnej substancji czasu. Jakieś przebicie idące z dawnych pokładów minionych epok. Historia się powtarza. Czas. Czas. Czas. Odbywające się misterium czasu. Kto tu jest mistrzem ceremonii? I te zjawy nieobecne. Te zjawy niewidzialne, choć widziane tylko przeze mnie. Szukają przyszłości. Patrzą wstecz, do przodu. Na boki. I dążą do wieczności falując skrzydłami pełnymi kwiatów. Jak motyle bezszelestne. Jak ćmy puszyściejące w przelocie. Lecące prosto w słońce. W słońce. W przeogromne słońce... I w tej przeszłości urojonej. I w przeszłości, w której tylko nieruchomość i cisza. I milczenie rzeźb wykutych w kamieniu. I wszystko jest spokojne. I jest tak bardzo spokojne. Zanurzone w morzu kobaltowego nieba i słońca padającego z ukosa, którego smugi na ścianach. Na oknach przesłoniętych zasłonami. Na korze drzewa. Na chodniku. Na brukowych kostkach…   Czas się zatrzymał i spotęgował w swojej kreacji. Lecz zatrzymał, tylko na chwilę, bo znowu rusza w swojej potędze stworzenia. I wszystko się ponownie obraca. Zatacza kręgi. Dzień za dniem. Obroty słońca. Gwiazdy. Konstelacje. Księżyc niknący za horyzontem. Księżyc wznoszący się do nieba. I znowu słońce… Lecz, gdzie on jest? Tuwim. Nie ma go. Bo gdyby był, to podałby mi dłoń do uściśnięcia. Uchylił dostojnie kapelusza. Lecz nie ma go. Choć był tu przed chwilą jeszcze, mimo że siedemdziesiąt lat temu. Nie ma go. Choć był i jest, mimo że oddalony. Mimo że na wyciągniecie ręki jedynie.   Jesteś tu jeszcze?   To się nazywa strumień świadomości. Wytryskujący z ciebie meandrujący nurt umysłowych kwintesencji. Są tutaj i tam. W każdej formie i kształcie. I w każdym czasie. I nawet, kiedy go nie ma. I kiedy jest na chwilę jedynie… Muzyka we mnie. Tli się jak zarzewie niedogaszonego ognia. Tli się, gdzieś tam. Żarzy się. Rozpala aksony i nerwy… Utrwala się w kolorze sepii. W kolorze. W bez-kolorze. W szarości… Zaciskam powieki. Otwieram. Nie ma. Nie ma samochodu z brezentową paką, ani pudeł z książkami. Rulonów zwiniętych dywanów. Nie ma. Nie ma nikogo. Tylko ściana kamienicy olśniona potęgą pomarańczowego blasku słońca. I cień topoli na brukowej kostce. I nic. Nic. Nie ma. I nigdy nie było. Jedynie we mnie. I tylko we mnie jarzą się tak przejrzyście drobiny płynącego przestworem czasu. Została cisza. Przytłaczający skwar letniego upału…   (Włodzimierz Zastawniak, 2026-07-19)      
    • Aza, rumor, grom, uraza   :D
    • Ot, i mały Szaweł, i popił. Ewa zsyła mi to
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...