Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

-Pani Anno, znowu wracamy do punktu wyjścia – spoglądał na nią przenikliwym wzrokiem, tak jakby to ona była temu winna. A może jest? On jest lekarzem, ona pacjentką, więc przyszła, bo ma problem. A może wymyśla? - Jak to z panią jest? Spotykamy się już od pięciu lat i ciągle to samo. Kiedy już wyprowadzam panią na prostą, czuję, że rozumie pani swój błąd, pani do mnie wraca z tymi samymi problemami. Pani Aniu czy pani boi się być szczęśliwa?
Niby takie proste pytanie, a nie potrafiła na nie odpowiedzieć.
-Nie wiem... – odparła nieśmiało nie patrząc na niego – może. To nie jest takie proste być szczęśliwą w dzisiejszych czasach.
-Pani Aniu niech mi tu pani nie miesza „takich czasów” do swojego życia. Mnie nie interesują „czasy”, mnie interesuje szczęście w pani życiu. Tylko w pani, bo jeżeli pani będzie szczęśliwa, to ludzie z pani otoczenia też i wszystkim będzie łatwiej.
Tak, to na pewno byłoby rozwiązanie, Anna o tym wiedziała. Już widziała, jak jej matka powiedziałaby, że znowu wymyśla. Kolejna depresja, czy tym podobne bzdury. Dlaczego nie odziedziczyła takiej siły wewnętrznej po matce? Nie, Anna była inna, dla świat silna, ambitna, zdecydowana, taka pokazówa, a tak na prawdę to krucha, zestresowana, zagubiona, przerażona, bojąca się o wszystko dziewczynka, która często zasypia płacząc do poduszki. A może jej matka była taka sama, tylko Anna o tym nie wiedziała?
-Proszę mi powiedzieć, czego się pani boi? – zadał to pytanie przeglądając notatki z poprzedniej wizyty.
-Pewnie tego samo, co na ostatniej wizycie – Anna zdobyła się na uśmiech. Psycholog spojrzał na nią.
-Poczucia humoru pani nie straciła jak widzę, to już coś – uśmiechnął się – Proszę powiedzieć, skąd te lęki? Z tego co mi pani opowiedziała do tej pory, wszystko, a przynajmniej większość pani spraw idzie w dobrym kierunku. W czym problem?
-We mnie – Anna wiedziała, że ta odpowiedź go zadowoli, bo to połowa sukcesu, jak psycholog wmówi pacjentowi, że problem tkwi w pacjencie. Druga połowa sukcesu, jak uda mu się wmówić, że ten problem nie istnieje.
-Panie doktorze, jak chyba niewątpliwie wyolbrzymiam i moje lęki są irracjonalne, ale proszę mi wierzyć, ja nie umiem sobie z tym poradzić. Nie umiem sobie powiedzieć „dość” i tak jak pan doktor mówi, po prostu się cieszyć. Owszem, ja się cieszę, ale zawsze za tym cieszeniem jest jakaś nutka niepewności i powściągliwości. Nie potrafię być tak entuzjastyczna jak na przykład mój chłopak, on cieszy się z byle gówna za przeproszeniem. W tej minucie cieszy się, a w następnej jest już cholernie zły. Ze mną jest inaczej, ja cieszę się z dystansem i zła tez nigdy nie jestem do końca, zawsze pośrodku, zawsze z rezerwą. To źle?
Doktor Garczewski przez moment przyglądał się tej młodej, ładnej dziewczynie, którą widywał już od pięciu lat. „Jak ona się zmieniła przez te pięć lat” – pomyślał. Przypomniał sobie, jak trafiła do niego pierwszy raz. Przyszła na wizytę kompletnie zapłakana, nie była w stanie sklecić jednego zdania. Przez dwie godziny łkając opowiadała co doprowadziło ją do tego stanu...
-Do życia też podchodzi pani z rezerwą pani Aniu. Do swojego związku, do pracy, do rodziny, pewnie nawet do mojej terapii... Pani Aniu nie mam cudownego leku, po który zaczęłaby pani widzieć świat w różowych kolorach. Takiego leku nie ma. Pani o tym wie. Powiem to co ostatnio, nie widzę racjonalnych przesłanek dla pani lęków. Jeżeli czuje pani, że nie umiem już pani pomóc, polecę pani kogoś innego – był zrezygnowany, nie wiedział czego ta dziewczyna od niego oczekuje, może gdyby był młodszy i przystojniejszy umiałby jej pomóc... Chociaż nie, przypomniał sobie, że przecież ona ma kochanka... „Boże, ma cudownego faceta, pracę, ma gdzie mieszkać, co jeść, w czym chodzić, ma nawet kochanka i jest nieszczęśliwa? Do czego ten świat zmierza. Chyba czas pomyśleć o emeryturze, bo jeszcze jedna taka pacjentka i zgłupieję. I weź bądź mądry, powiedz jej to co ona chce usłyszeć.”
-Ale ja nie chcę kogoś innego. Pan doktor jest w temacie. Nie mam ochoty iść do innego psychologa i mu wywlekać to wszystko co powiedziałam panu – teraz myślała racjonalnie, zaczynała dochodzić do siebie? – Wiem, że jeszcze nie raz tu przyjdę, bo tak czuję i proszę nie mówić mi, że pan nie jest w stanie mi pomóc, bo pomógł mi pan, wtedy pięć lat temu... sam pan zresztą wie... A teraz... chyba czuję się samotna. Pomimo tego, że jest Kacper, jest praca, są znajomi, koleżanki. Czuję, że wegetuję, jestem na jakimś marginesie życia. Beznadziejny stan. To może z tej samotności znalazłam się u pana? Może nie chciałam iść żalić się przyjaciółce, która ma swoje bardzo realne problemy z moich irracjonalnych problemów? Pójdę już panie doktorze, myślę, że na dziś możemy już skończyć. Do widzenia.
-Do widzenia.
Po jej wyjściu, Janusz podszedł do okna. Za chwilę zobaczył jak Anna wyszła z budynku rozmawiając przez telefon. „Pewnie zamówiła taksówkę” – pomyślał. Miał rację, za parę minut podjechała taksówka. Pojechała w przeciwną stronę niż mieszka. „Może ten kochanek jej jakoś pomoże? A może to nie z nim pojechała się spotkać”. Zaczął porządkować biurko, Anna była jego ostatnią pacjentką tego dnia, czas do domu.

Opublikowano

Podpisuję się pod komentarzem kolegii, nie moje klimaty, kiedyś napisałem scenkę u psychoterapeuty ale czysto komediową. Nudno tu troszkę...

Są imiona, które wpisują się w charakter postacii, w większosci przypadków, Janusz to jakieś takie brzydkie jest i bezpłciowe...

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Piotruś, to, że Ty napisałeś scenkę u psychoterapeuty i było komediowo, to ok, widocznie u Ciebie tak miało być. U mnie chyba nie musiało, prawda? Chyba mam prawo napisać to co chcę?
A czepienia się imienia Janusze nie rozumiem. Ok, teraz będę wszystkich facetów nazywała Piotr
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Piotruś, to, że Ty napisałeś scenkę u psychoterapeuty i było komediowo, to ok, widocznie u Ciebie tak miało być. U mnie chyba nie musiało, prawda? Chyba mam prawo napisać to co chcę?
A czepienia się imienia Janusze nie rozumiem. Ok, teraz będę wszystkich facetów nazywała Piotr


Zostałem słodko rozdrobniony więc pozwolę sobię w ten sposób...Droga stokroteczko, nazywaj sobie facetów jak chcesz , ale Piotrkiem staraj się nadać imię swojemu bohaterowi gdy będzie on : Prosty, wyraźny, kochany, trochę śmieszny, w sam raz tyle, by być bardziej miłym. Wpadać łatwo w melancholię. Odważny i szczery, nigdy nawet w godzinę słabości, swych przyjaciół Piotr się nie zapiera. Doskonały żołnierz i kolega. Źle przemawia, za to krzyczy głośno, ufa lada komu , łatwowierny...Janusz jak wspomniałem, jest jakiś taki nijaki, kojarzy mi się z uzdolnionym muzykiem, mam wujka alkoholika o tym imieniu, więc skłonny do nałogów...no nie podoba mi się to imię dla faceta. Raczej gościa po 50, z brodą, okularami z denkami od musztardy, z problemami. Taki twór postkomunistyczny jak ciężkie kufle w pijalni piwa pod łabędziem, bohater tanich kriminałów z lat 70 typu Krystyn Ziemski. JANUSZ :P

Mój komentarz nie był reakcją negatywną na to co napisałaś. Jest mi obojętny, troszkę w lewo, do nieczytelny na skali własnej wrazliwosci. No i to tyle..Kojarzy mi się jakoś z Halmarkiem i milionami dramatów psyhologicznych o podobnej strukturze...no,gdzieś tam bym to wpasował. A czy źle, to ty wiesz najlepiej.

p.s Mam nadzieję, że nie jesteś psychoterapeutką i nie pomagasz w taki sposób jak twój hiroł bo gdybym był pacjentem to bym się załamał...raczej....Pięć lat spotkań bez skutku..matko przenajświętsza, po pierwszej jego wypowiedzi zaczynam w to wierzyć. Spadam bo się rozpisuję....
  • 3 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Dobro

       

      Pół żartem, a pół serio można powiedzieć, że prawdziwe Dobro to tylko Bóg i nikt poza Nim. Gdyby wgłębić się w to proste zdanie, to widać, że żartu w nim niewiele. Jeśli Miłość, Prawda i Piękno są dobrem, to dobro stanowi atrybut Boga, znany nam z Objawienia. Jeśli życie jest dobrem to stanowi ono atrybut Absolutu. Dobro jest przedmiotem nienawiści na tym świecie, a zarazem stanowi przedmiot pożądania. Ponieważ tego dobra jest na ziemi niewiele nieustannie toczą się o nie spory, kłótnie, walki i wojny. Doskonałość jest dobrem ale stanowi atrybut Absolutu. Doskonałe zło nie istnieje, podobnie jak doskonałe cokolwiek na tym świecie. Doskonałość rozumiana jako ideał. Dobrem jest harmonia różnych działań i funkcji wynikających z imperatywu formy człowieczej egzystencji. Wszelkie dysfunkcje, zakłócenia stanowią asumpt, bodziec do kaskady zła. Dobrem jest harmonia Łaski Bożej, zdrowego rozsądku, inteligencji, serca i duszy. Dobro tak rozumiane pomnaża dobro, sprawia, że na tym świecie i w tej cywilizacji zwiększa się rachunek dobra. Człowiek stresu, złej woli, człowiek chory sprawia, że pożądane dobro traci swoje atuty i zostaje zredukowane, zubożone. Staje się atrapą dobra, która nie przynosi prawdziwej radości, tylko nowe pożądania. W dzisiejszym świecie harmonia tak rozumiana jest dostępna tylko niewielu ludziom. Silne bodźce przymusu ekonomicznego czy fizycznego zmuszają wielu ludzi z pauperyzujących się, pauperyzowanych i spauperyzowanych grup społecznych do nieustannej pogoni za jakimkolwiek zyskiem. Niczym starożytni niewolnicy mogą powiedzieć, że dobro to brak jakichkolwiek uczuć i odczuć. Ich zamęczenie harówką nie ma nic wspólnego ze zdrowym zmęczeniem po całodziennym wysiłku, uczciwej pracy. Jak każdy ideał, ideał harmonii jest dobrem równie nieosiągalnym, jak inne na tym świecie. Niektórzy ludzie mówią, że Boga nie ma. Że ludzie modlą się do powietrza całymi godzinami… . A przecież i samo powietrze jest dobrem. Być dobrym dla wszystkich jak powietrze…? Każdy nim oddycha, wchłania chciwie niczym jakiś skarb. Gdy go gdzieś brakuje, opuszcza to miejsce i chciwie, łapczywie wtłacza w płuca tam gdzie ono jest, czując jak wraca mu życie, jasność umysłu. Gdy go zupełnie braknie człowiek umiera. Może modlitwa do tegoż powietrza to nie takie niemądre postępowanie, może wtedy zachodzi fluidyczny związek człowieka z odnowieniem, odświeżeniem się cząstek materii powietrza. Może powietrzu aby się odnowiło potrzeba tej minimalnej dawki bioprądów i fluidów, wydzielanych przez organizm ludzki…? Dobrze jest, kiedy ludzie nawzajem wybaczają sobie to, co uważają za złe, kiedy podają sobie ciepłe, serdeczne uściski dłoni. W naszych sercach budzi się jakaś radość z poczucia wspólnego dążenia ku jakiemuś Dobru, chociaż nie wypowiadamy jej głośno. Jest jakimś dobrem wspólne pomaganie sobie w kłopotach, w pokonywaniu jakiś przeszkód, w wypełnianiu obowiązków. Człowiek zatraca poczucie osamotnienia, wyobcowania we wrogim świecie, ma wrażenie, że ciało nie stanowi granicy jego jaźni i że żyje pomiędzy ciałami innych ludzi, że wypełnia się przestrzeń pomiędzy ludźmi jakąś energią… . Ma poczucie wspólnego losu w czasie i przestrzeni w jakich przyszło mu egzystować. Dobrem jest poszukiwanie swego indywidualnego głosu, głosu często zatracanego w społeczności wielkich molochów miejskich, swego odczucia świata, swego spojrzenia na siebie i innych ludzi. Społeczność w swej masie zniewala każdego człowieka, przymusza do porzucenia indywidualnej percepcji, rozumienia rzeczy, narzuca to co się samo narzuca lub co niesie „bagno behawioralne”. Dobrze jest, kiedy ktoś kocha zwierzęta, we właściwy sposób, sposób który podpowiada sama natura i potrzeba. Zwierzęta ze swej natury nieufne i płochliwe, właściwie traktowane, oswajają się i tracą lęk, nawiązują więź z człowiekiem. Często dokonują przy człowieku rzeczy, których w naturze nigdy by nie uczyniły: łaszą się, skaczą z radości, beczą, szczekają, kiwają łbami i są posłuszne dźwiękom ludzkiego głosu, którego artykulacji nie rozumieją. Jest dobrem zwrócenie uwagi komuś, że źle czyni, wyjaśniając dlaczego uważa się, że to coś jest złe, a to co się proponuje jest dobre. Człowiek osamotniony może właściwie nie pojmować i łatwiej zarazić się dobrem, niż złem, może zatracić siebie w walce o przetrwanie. Można powiedzieć, że dobrem jest kolekcja dzieł sztuki, która swym oddziaływaniem przenika ludzki umysł, ubogaca jego wyobraźnię, wzrusza, bawi, uczy. Dzieło sztuki jest dobrem związanym z sensem doczesnej egzystencji, z poczuciem piękna. Piękna muzyka potrafi przenieść człowieka w pozór jakiegoś innego świata, potrafi wrócić mu siły, ukoić bolesne rany, rozładować zły nastrój, a nawet uratować od zbrodni. Mówią o tym niektóre filmy fabularne, oparte o autentyczne wydarzenia (np. „Fitzcarraldo” W. Herzoga, „Misja” R. Joffe), publikacje książkowe, etc. Kunsztownie wykonaną kolię czy naszyjnik z pereł lub diamentów można uznać za jakieś dobro, ale… czy przynosi to więcej dobra czy zła? Jak dobry jest wynalazek penicyliny, ilu ludziom uratował życie doczesne? Ilu ludzi leżało w gorączce bez żadnej nadziei na wyzdrowienie i umierało? A jak spowszedniał ten wynalazek, to dobro, że każdy traktuje je niczym gruszki na drzewie, które można zerwać i zjeść w razie potrzeby? Któż pamięta dziś nazwisko tego dobroczyńcy, który wynalazł penicylinę? Można powiedzieć, że dobrem powszechnym stają się wynalazki współczesnej mikroelektroniki, wykorzystywane do rozmaitych urządzeń, mających za zadanie ułatwienia w egzystencji każdego człowieka, takie aby maszyny mogły zastąpić wysiłek ludzki i dać więcej wolności od wysiłku, od pracy. Dobrem są z pewnością radioodbiorniki, odtwarzacze laserowe, komputery osobiste, internet, telewizja. Dobre wynalazki to takie jak wynalazek żarówki T. Edisona, mogą służyć ludziom, ubogacać ich, wzmacniać, pomagać zapełnić nadmiar wolnego czasu. Ale powszechnie wiadomo, że dobre wynalazki mogą być wykorzystywane w złym celu przez ludzi o złej woli, mogą służyć złu. Dobrze jest, można powiedzieć, kiedy ludzie nie wynoszą się ponad siebie, kiedy są skromni, znają swoje możliwości, otrzymane dary, talenty i nie udają słońca, że są tak dobrzy, jak słońce i świecą na firmamencie dla wszystkich. 

      Dobrze jest żyć w kraju skromnych ludzi, pełnych rozsądnej pokory, szacunku dla dóbr rzeczywistych, dla wartościowych rzeczy, dla rzeczywistych dokonań, a nie iluzorycznych bufonad i fantastycznych wizji powszechnego dobrobytu. Można powiedzieć, że dobrze jest, gdy człowiek czuwa nad dobrem, nad tym aby posiadanego dobra nie utracić, a powiększyć jego zasoby. Można powiedzieć, że czuwanie nad dobrem jest podobne do czuwania nad własnym ogrodem. Dobrze jest pielęgnować roślinkę dobra, gdy nadciąga wicher podeprzeć listwą, usztywnić, gdy zbliża się powódź stosownie przekopać… . Dobrze byłoby pokusić się o dokonanie rozrachunku z samym sobą. Na czym to mogłoby polegać? Wystarczy obrać sobie z otoczenia dowolną rzecz, dowolny przedmiot i wyszukać w nim tylko i wyłącznie dobro, to co dobrego w nim widzę, a następnie wyszukać negatywy danej rzeczy. Później policzyć ile widziało się dobra, a ile zła… . Uczciwy rozrachunek może wiele powiedzieć o rachmistrzu. Ktoś wtedy powie: „widzę więcej zła w tym przedmiocie, niż dobra”. Czy to dobrze, czy źle?

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • żart, sobie na 40. urodziny, a'la The Curse of Millhaven dosyć wcześnie przylgnęła do niego ta, jakże adekwatna, ksywka. już we wczesnej podstawówce dostrzeżono, że jest pośród rówieśników niczym pojazd ze Zwickau na tle współczesnych aut. zaiste jest takim pociesznym i wyłupiastookim wyrobem z tworzywa sztucznego, ospałym i budzącym współczucie, uśmiech politowania, niedopieczonym, średnio dogotowanym ludkiem o bladej skórze, czole wiecznie zroszonym potem, o krzywych zębach. bije od niego umysłowa nieporadność i skrajne niewydarzenie, choć, co może dziwić, bo nie jest on typem geeka, uczył się najlepiej w klasie. typowy beciak, safanduła, przegryw, który, gdyby urodził się w Stanach Zjednoczonych, pewnie, nie wytrzymując szykan, dałby upust przez lata tłamszonym uczuciom i odwiedził szkołę z bronią, stał się jednym z naśladowców Erica Harrisa i Dylana Klebolda. ale tu jest Polska, tutaj mógłby co najwyżej wparować z wiatrówką, albo, co bardziej prawdopodobne, strzelić  – ale samobója w ciemnym kącie pokoju, lesie, czy brudnej piwnicy. frustracja rosła, balon incelstwa pęczniał, podobnie, jak sam Trabanciuch. aż wreszcie trzasnęła żyłka pod kopułą i poszedł nasz bohater na dyskotekę. bez koszulki, świecić skórą koloru przejrzałej margaryny, półtuszami litego sadła i broczyć krwią. bo pociął się na środku densfloru okrutnie, przemyconym w nogawce nożem myśliwskim, pokroił z wprawą godną rzeźnika, z sadystyczną zapamiętałością. pisk dziewczyn, krople, strugi, wulgaryzmy, koniec tańca. obezwładnienie, karetka, szwy. i szpital, gdzie przebywa do dziś nasz bohater, którego bagienny ognik zapełgał raz, na chwilę (wystarczyło!). tabletki ponoć pomagają, olej miesza się z benzyną we właściwych proporcjach, prawie nie widać pęknięć duroplastu. tylko te myśli jak papier ścierny, w których Ferrari zderza się czołowo z Porsche, nie chcą minąć.  
    • są tacy którzy chwalą świat ale i tacy którzy przeklinają mówią to jedno zakłamanie że nic że tęcze i kwiaty one tylko prawdę zamazują którą każdy inaczej widzi zwłaszcza ci którzy na górze którym zawsze jest dobrze mówią Bóg świat stworzył nie wolno nań się obrażać tylko z nim się pogodzić że tylko w tym jest sens
    • Ciszę się , ze mój wiersz był inspiracją:):) serdecznosci:)
    • Śliczny wiersz:):) listy na dnie szuflady przechowują pamięć dni minionych:):)
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Ten wiersz wybitnie do mnie przemawia, nie jestem bezstronny. Bardzo ciekawe obrazowanie i konsekwencja przesłania. Gratuluję i pozdrawiam :-)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...