Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zabierz mnie i pochwyć, jak suchy liść na wietrze,
Przycumuj mnie do siebie jak zbłąkaną tratwę,
Która dryfuje na przestworzu słonych wód.
Tęsknoty wszystkie z tablicy serca w ten sposób zetrzesz,
I posmakujesz miłość słodszą niż pszczeli miód.

Bądź mi jedyna gwiazdką, której światła dotknąć się można.
Bądź mi lustrem, w którym się zawsze rozpoznam.
Bursztynie przejrzysty, którego odnalazłem po tylu goryczy latach.
Muszelko, której szukałem na niemal wszystkich plażach wiata.
Kwiecie znaleziony na szczycie szklanej góry.
Ty, która rozrywasz wszelkiego egoizmu mury.

Jesteś…. Więc zabierz mnie i pochwyć…

Opublikowano

Liczę się z tym, że uznacie to za kolejny kicz.
Tylko czy poezja zawsze musi być kierowana do wszystkich?
Czasem mi się zdaje , że te schemamtyczne podejście do wiersza jest zbyt
fanatyczne... a przecież wiersz powstaje z otwartego umysłu, z wyobraźni..
To dziecko , które sprawia radość... Kochamy je wszystkie...
Hehe..

Pozdrawiam!

Radosnych Świąt Bożego Narodzenia!!

Opublikowano
Zabierz mnie i pochwyć, jak suchy liść na wietrze,
Przycumuj mnie do siebie jak zbłąkaną tratwę,
--> to wyciąć i do lepszego tekstu użyć

reszta pełna błędów (dotknąć się światła --> kiedy "dotykanie się" w formie zwrotnej kojarzy się raczej z nieco niecnymi praktykami - więc byk to jest; bursztynie przejrzysty, którego(?) powinno być który, plaże wiata - widać, że Autor nie przeczytał tego tekstu po opublikowaniu),
banałów (np. słodsza niż pszczeli miód), bezlitosnych dla czytelnika określeń (np. tablica serca),
jako Czytelnik nieco bardziej wyrobiony, napiszę, że owszem to jest kicz - a najgorsze w nim są błędy, bo świadczą o braku szacunku dla języka ojczystego (moim zdaniem).
więc wielkie nie, dla tego tekstu

przykro mi,
pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...