Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

I jakby wielka góra płonąca ogniem została w morze rzucona
A trzecia część morza stała się krwią
/Apokalipsa świętego Jana/

Na początku była ciemność. Zawsze początek to ciemność, zanim nie stanie się... Później pojawiło się małe, niepozorne ziarenko. Potem Wielki Wybuch. Ziarenko rosło, kiełkowało. I powstał wspaniały, piękny świat. Trwał wieki. Ten świat miał wiele końców. I wiele początków. Jeden koniec stawał się kolejnym początkiem. Tak wiele ich świat przeżył, przeżyli ludzie, że nikt nie wierzył w ostateczność końca.
Wtedy nastąpił wielki wybuch...
***
Myślał, że każdy koniec to początek. Tak go nauczono. Tak powiedział dzieciom, kiedy ze strachem pytały, co się z nimi stanie. Chciałby się nie pomylić. Chciałby dalej móc wierzyć, że zawsze jest co odbudowywać. Ale w pewnym momencie zauważył, że teraz świat skończył się na dobre, na dobre? Na zawsze!.
Przeczołgując się pod zwałami gruzów, niezgrabnie uciekając przed osypującymi się ze zgliszcz kamieniami, starał się myśleć, skupić się na tej resztce świadomości, która mu pozostała. Pyłu było mniej niż zaraz po wybuchu. Mógł dostrzec już, wytężając bardzo wzrok, to, co było wokoło niego. Nie wiedział tylko, po co na to patrzeć. Jak patrząc na to myśleć, wierzyć, żyć w ogóle? Świat... Świat był kiedyś taki piękny. Tak kochał obserwować, mógł godzinami wyglądać przez okno. Kochał panoramę wielkiego miasta. Ludzie jak mrówki . Teraz nigdzie nie ma ludzi. Nie ma nawet trupów. Tylko ruiny i zgliszcza... Czy to nie tu stał budynek jego firmy? Może i stał... Co to ma teraz za znaczenie?
Liczy się tylko ON! To ON stracił wszystko. Nie ma rodziny, dachu nad głową. NICZEGO! Kto mu ma teraz pomóc? Ktoś pomoże. W dawnym świecie pomagało się ofiarom. Sam wysłał kiedyś jakieś grosze na ocalałych z kolejnej powodzi czy pożaru. Ale jemu... Jemu nie ma kto pomóc. Bo wokół niego jest pustka. Nie ma świata. On jest sam.
Pustka ma kolor czarno – buro – granatowy. Cisza... Martwa cisza dzwoni w uszach. Kiedyś kochał ciszę. Ale to było tak dawno... Dym gryzł w oczy. Obok właśnie zawaliły się resztki jakiegoś budynku. Z zapylonej ziemi wzbiły się tumany kurzu. Odsunął się, zakrył głowę ramionami. Usiadł na jakimś kamieniu. Na wprost niego musiała kiedyś stać elegancka willa. To właśnie sobie wyobraził. A tu kiedyś dzieci bawiły się na skwerku, kolorowy plac zabaw, zieleń, ławki... Teraz tylko nędzny kikut sterczący przeraźliwie w górę krzyczy do nieba. Do nieba? To, co jeszcze tak niedawno nazywał błękitem, to, co uwielbiał pokazywać dzieciom – różnokształtne obłoki – nie istnieje! To coś ma kolor ziemi, wszystko ma ten kolor.
Na stosie gruzu leży lalka. Niewielka, w bardzo ładnej, bardzo drogiej sukience. To znaczy, ta szmata, którą teraz jest okryta, kiedyś na pewno była bardzo ładną i bardzo drogą sukienką. Zbliżył się do niej zlękniony. Zabawka nie ma połowy twarzy, jednej ręki, obu nóg. Dotknął jej. Najpierw tylko szturchnął palcem. Nie wiedział, czego się boi. Lalka... W tamtym świecie nic nie mogła mu zrobić. Wziął zabawkę do rąk. Mechanizm nie zepsuł się widocznie doszczętnie. „Ma...” zaczęła lalka wygłaszać zakodowaną formułkę, ochrypłym, skrzeczącym, mechanicznym głosem. Urwała. Niebieskie, paciorkowate oczka się zamknęły. Chciał powtórzyć za lalką słowo wypowiadane przez każde dziecko jako pierwsze, chciał otworzyć usta i... nie mógł przerwać ciszy, nie mógł usłyszeć ludzkiego głosu, swojego głosu. Chciał krzyczeć, czuł, jakby nie miał ust. Chciał płakać, też nie mógł...
Odrzucił zabawkę i ruszył dalej. Był zmęczony, zmęczony aż do mdłości. Pragnął tylko się położyć i zasnąć w spokoju na zawsze już. Tak jak ci wszyscy, których nie widział. Gdzieś pod gruzami dostrzegł szafę. Jedną stronę drzwi miała wgniecioną, ale i tak zachowała się zadziwiająco dobrze. Odsunął drżącymi rękoma kamienie i cegły. Może coś do jedzenia, trochę wody... Może chociaż cokolwiek wilgotnego w tej suchej, zapylonej otchłani. Otworzył... Zamarł... Nie... Nie było tam wody. Jedzenia też nie. Tylko ciało. Skulone. Martwe. Twarz z zastygłym wyrazem przerażenia. /Po/Chował się. Albo /po/chowała. Nie widać. Szafa stała się jego lub jej trumną... Obok zobaczył całe cmentarzysko szaf.
Prawie zemdlał. Podniósł się jednak z klęczek, choć kręciło mu się w głowie. Przeszedł kilka kroków, rozglądając się trwożliwie. Z wielkich wspaniałych domów zostały czarne, łyse szkielety. Gdzieniegdzie walały się kawałki szkła, stare śmieci, kawałki cegieł, odłupany cement. Dym spowijał wszystko. Przysiągłby, że słyszy burzę. Że tam na górze powstaje grad i ogień – pomieszany z krwią spadnie na ziemię. Ale nawet jej nie zniszczy, bo co ma niszczyć? Niech zniszczy wszystko, co pozostało – pomyślał i czekał z nadzieją, ale słyszał tylko ciszę.
Było zimno. Lodowato. Dyszał, a z ust wydmuchiwał kłęby pary. Zauważył w dali słup czarnego, gryzącego dymu. „Ogień” pomyślał z nieukrywaną nadzieją. Ogrzeje się. Ruszył nieporadnie w tamtym kierunku. Ciepło buchnęło mu w twarz. Usiłował rozkoszować się gorącem. Brudne płomienie buchały z pustych okien, trawiły szkielet budynku. Nie wiedział, skąd w pustce wziął się ogień. Nie chciało mu się jednak o tym myśleć. Ważne, że było tu coś żywego. Choćby w tak przerażającym i niszczycielskim znaczeniu. Podziwiał płomienie. Wypaliły się. Pozostały dymiące zgliszcza, latarnia przypominająca szubienicę, wykręcona ławka, na której kiedyś na pewno siedzieli zakochani.
Nagle usłyszał gdzieś kroki, w ciszy zabrzmiały jak huk. Odwrócił błyskawicznie głowę. I serce w nim zamarło. Człowiek! Nie... Ta istota była człowiekiem, ale w tamtym świecie. Może jednym z tych pachnących wodą kolońską biznesmenów. Może elegancką młodą kobietą, niezależną i wyzwoloną... Teraz to jakiś potwór. Wychudzony, brudny, twarz zdeformowana, obwiązana bandażem, zasłonięte oczy, usta, czaszka pozbawiona włosów. Pająk poruszający się na czterech odnóżach, przygarbiony, nisko – blisko ziemi, jakby się czając, uciekając. Ciało okryte tylko jakąś szmatą...Ucieszył się na widok stworzenia. Podbiegł do niego nieudolnie. Złapał za chudą, kościstą dłoń. Tylko trzy palce! Chciał coś powiedzieć, ale suchość w gardle nie pozwoliła mu wydać z siebie głosu. Nie pamiętał już jak się mówi. Zresztą, co mógłby mówić... Istota odwróciła się do niego, stanęli naprzeciwko siebie. Widać było, że stworzenie nie ma sił. Że umiera. On błagał Boga, wątpiąc w jego istnienie, żeby zostawił przy życiu istotę. Ale jej dłoń w jego dłoni stała się nagle zimna. Stworzenie upadło na ziemię. Zadrżało, zaszczękało zębami w drgawkach. I znieruchomiało.
Odszedł stamtąd, jak najszybciej mógł. Szlochał, ale oczy miał suche, łzy nie płynęły. Szedł do ciemnego kresu, dokąd poszli tamci... I nie widział już celu. Razem z istotą zgasła ostatnia iskierka nadziei, tląca się słabym światłem na dnie jego duszy. Ale musiał dojść. Nie wiedział, gdzie szedł, ale szedł. Bo coś mu mówiło, że tam znajdzie ukojenie. Kiedy nie miał już sił poruszać się na dwóch nogach, zaczął się czołgać z twarzą blisko spękanego bruku.
Po chwili upadł. Poczuł, że już nie podniesie się. Uniósł oczy. Miał przed sobą zrujnowany kościół. Zgliszcza, jak wszystkie te, które go otaczały. Ale nie takie same. Nad gruzami górował krzyż. Złamane krótsze ramię sprawiało upiorne wrażenie. Resztką sił uniósł się na klęczki. Wyszeptał coś zmartwiałymi wargami. Opadł do stóp krzyża...
***
Był wielki wybuch. I ciemność. Koniec. Bez początku. Łańcuch życia – początek, koniec, początek, koniec... został przerwany.

I rzucił anioł swój sierp na ziemię,
I obrał z gron winorośl ziemi.
/Apokalipsa świętego Jana/

  • 1 miesiąc temu...
Opublikowano

"Powrót"...
Tekst jest niezwykle wciagajacy. Nie rozumiem tylko co ma z tym wspolnego Beksinski. Czy mozesz to wyjasnic??
"Szedł do ciemnego kresu, dokąd poszli tamci..." Czy to celowe nawiazanie do "Przeslania Pana Cogito"?? Jesli tak to koniec wedrowki jest ciekawym dokonczeniem drogi z wiersza Herberta.

Opublikowano

Pewne podobieństwo do jego obrazów jest, ale z reguły Beksiński używał kolorów i to dosyć jaksrawych. Wydaje mi się, że pustka w jego obrazach jest bardziej żywa i dynamiczna.
Niemniej opowiadanie jest świetne.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...