Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Dotarliśmy do miasta, ale z niewiadomych mi przyczyn nie zapytałam, jaką nosi ono nazwę. Pamiętam tylko ostatnią lampę, którą ominęliśmy o drugiej w nocy.
Pola zmieniły się w las domków jednorodzinnych, bloków, wieżowców i supermarketów. Przez kilka minut pod stopami mieliśmy chodnik. Potem schody hotelowe. W końcu po wielu godzinach zdjęłam buty. Ale tylko na chwilę. O trzeciej wyszliśmy do sklepu po coś do jedzenia. W hotelu było za drogo. Szczerze mówiąc, w całym tym budynku najbardziej podobały mi się drzwi wyjściowe. Dawały mi poczucie bezpieczeństwa.
- Masz ochotę na coś konkretnego? – Zapytał z łaski swojej.
- Na lody.
- Powinienem był się domyślić. Kobiety w najdziwniejszych okolicznościach i prawie o każdej porze potrafią jeść lody. O co w tym chodzi?
- Nie zrozumiesz.
- Chciałbym zrozumieć. Chociaż jedną kobietę spośród wszystkich żyjących na ziemi. Może zacznę czytać jakieś babskie poradniki. Albo książki psychologiczne.
- Gówno ci to da.
- Jaki optymistyczny akcent…
Potrzebne mu do szczęścia książki.
Moje życie. Jest jak książka. W której wszystko wyjaśnia się na ostatniej stronie. Na szczęście zaczęłam ją czytać od wstępu i nie pominęłam żadnego zdania po drodze. Osobiście znam…Osobiście znałam kilka osób, które zaczęły czytać swoją powieść od epilogu. Wtedy powieść stała się już tylko nowelą.
Naprzeciwko wyjścia - w odległości mniej więcej trzystu metrów, stały budki z fast foodami. Parking był na lewo.
Czasami wydaje mi się, że miasto jest najpiękniejsze nocą. Czasami wiele rzeczy mi się wydaje. Najbardziej mi się wydaje, że żyję. Poszliśmy w prawo. Z tamtej strony było dużo dużych budynków. I jeden mały, do którego zmierzaliśmy.
Nowelistyczny okaz kolejny raz pojawił się na mojej drodze tego wieczoru. Pod sklepem. Sklep był dziwnie odosobniony od tych wszystkich dużych budynków znajdujących się w pobliżu. Jego nazwa pochodziła od jakiegoś zwierzęcia, czy owada. Nieważne.
Był to sklep samoobsługowy. Drzwi frontowe były skierowane na zachód. Stamtąd wiał wiatr. Zimny. Jak ludzie. My szliśmy od drugiej strony – naprzeciw magazynu.
Odechciało mi się lodów…
- Gabor, co to jest?
Zapytałam, bo zobaczyłam czerwoną plamę na chodniku.
- Może ktoś upuścił słoik z dżemem. Uspokój się.
Nie uspokoiłam się. Bo miałam rację.
- A może nie…- sam dokończył.
Trudno mi zapomnieć tamtą chwilę. Napływający potok uczuć. Czułam, jakby czas się zatrzymał. Nie wiedziałam, gdzie jestem, co tam robię, jak się nazywam. Choć wszystkie te słowa tak banalnie brzmią. Może dlatego, że są nadużywane. Ludzie w moich czasach bardzo nadużywają słów. Z każdym dniem coraz trudniej wyrażać uczucia słowami.
Podobno najsilniejszym słowem jest gest.
Pod drzwiami magazynu leżał człowiek. Nie wiem, co było gorsze – to, że tam leżał, czy to, że kilka osób przeszło obok niego rzucając pogardliwe spojrzenia i nad niczym się nie zastanawiając. Lewici. Zabił się. Miał dwadzieścia lat. Ciemne włosy. Białe oczy. Nieduży nos. Przez który najwyraźniej nie chciał więcej wdychać powietrza. „Wdychając świeże powietrze umieram” - słowa pewnego znanego wiersza pewnej znanej poetki życia.
Przez kilka metrów lśniły czerwone ślady zagubienia tego głupio niegłupiego chłopaka. Któregoś dnia na lekcji usłyszałam słynne słowa: „ tysiąc i jeden to zawsze tysiąc”. Ludzie wszędzie widzą cyfry. Nawet we krwi. Było tam dużo krwi. Może on sam chciał na nią patrzeć? Krew jest piękna. Ale nie w tym znaczeniu.
On(nie umiem znaleźć innego określenia) nie spotkał na swojej drodze prawdy. Wiedział o tym, czy nie, było mu źle właśnie z tego powodu. Nie spotkał swojego człowieka. Tak wiele zależy od tego, kogo się spotyka w umyśle. I w życiu.
Zostawił list. Miał go w lewej kieszeni kurtki. Gabor miał komórkę, więc mogliśmy szybko wezwać …Pomoc to złe określenie. Pomoc nie istniała podczas tamtej minuty. Może minutę wcześniej, ale nie wtedy, gdy go znaleźliśmy. Zanim przyjechała policja i inni rutyniarze, Gabor znalazł ten list. Pożegnalny? Nie, chyba nie. Brzmiał dziwnie, pamiętam każde słowo. Widzę w myślach charakter pisma „onego”. I kilka miejsc, na których jego łzy zostawiły wyraźny ślad. To on pojawił się na mojej drodze, czy ja na jego?
Połączyła nas imaginacja. Krótki fragment listu był napisany ołówkiem. Wciąż nie wiem dlaczego, ale całe życie po coś.
„Żyję w wyobraźni człowieka, który trzyma tę kartkę. Wybrałem ten sklep, bo kiedy byłem mały, mama zawsze kupowała mi tu lizaki. Czy ktokolwiek zrozumie, jak napiszę, że pragnę żyć?”
- Ja rozumiem – szepnęłam. Szkoda, że nie zdążyłam go znaleźć. Uświadomiłam sobie, że na świecie jest mnóstwo ludzi, których nie znajdę. Powstrzymywałam łzy, ale to prawie nigdy nic nie daje. W ogóle, co to za sformułowanie „prawie nigdy”. Bez sensu. Gabor podszedł do mnie i mocno mnie przytulił. Cała poryczana. W jednej chwili. Jak klasyczna baba. Czuła, sentymentalna i rozdarta klasyczna baba. Ale Gabor wszystko rozumiał. Widziałam jego spojrzenia. Tyle chciałam mu powiedzieć, tyle nazwać. Nie udało mi się. Pamiętam tylko jak powiedział, że płacz czasem jest piękny. Przez łzy wycieka serce, chcąc pokazać się światu.
Czasami są w życiu takie chwile, kiedy człowiek jest spragniony wieczności. Kiedy wieczność żyjąca w sercu każdego człowieka nagle się nasila. Zawsze w nieuchwytnych chwilach - pięknych, szczęśliwych, wspólnych. Właściwie całe życie jest chwilą pragnienia.
I tak naprawdę dopiero w chwili śmierci człowiek jest przygotowany do życia. Ale śmierć przecież nikogo nie zaspokaja. Jest obłędem. Śmierć nie daje życia.
Zastanawiam się, czy naprawdę żyją na świecie ludzie, którzy wierzą w pójście do nieba? Tak z całych sił. Realnych sił. Mający realne dowody. Przecież to tylko słowa.
Młody chłopak pod sklepem nie otrzymał pomocy, popełnił błąd. Z jednej strony rozumiem, z drugiej…Nigdy nie będę potrafiła.
Jego droga dobiegła końca. Teraz już wszystko wiadomo – co osiągnął, ile skończył szkół, jakie miał przyzwyczajenia, jaką zupę najbardziej lubił, kogo kochał, co zrobił dobrego, co złego.
Był bogatszy od całego tłumu, który nagle nas otoczył. Najbogatszy w tej minucie. Minucie ciszy.

W każdej chmurze widziałam garść nieszczęścia. I każda ot tak po prostu płynęła sobie dalej. Po niebie. Wisiała nad innym człowiekiem. W ciągu dnia setki cierpiały dokładnie w ten sam sposób. Potem deszcz zrozumienia i nauki, płacz, oczyszczenie. I dalej po niebie w nieznane.
Nazajutrz po samobójstwie „onego” siedzieliśmy z Gaborem na schodach przed hotelem i gapiliśmy się w chmury. Bez słów, bez siły, bez walki. Kilka powyższych niektórym niezrozumiałych treści przyszło mi do głowy. To był drugi dzień. Każdy dzień miał być osobnym odniesieniem do własnego „ja”. Nie udało się. W złych chwilach dni wydają się podobne, wynikające z tych samych ran i ludzi.
Posterunki i szpital mieliśmy już za sobą. Posterunkowy powiedział nam przy wyjściu: „jesteście wolni”. To chyba taki nieświadomy zabieg. Zastanawiam się tylko, co on rozumie przez wolność. Wiedział, co mówi?
O szesnastej był pogrzeb. Zaraz na drugi dzień. Szybko. Ale to też bez znaczenia.
- Idziesz? – Zapytał, kiedy wybiła piętnasta na hotelowym zegarze.
Jeszcze godzinę wcześniej byłam pewna, że nigdzie nie mam zamiaru wychodzić. Na cmentarz tym bardziej. To były pierwsze słowa Gabora w tamten nędzny dzień. Nie rozmawialiśmy. Czasem to strasznie nudno nie wydawać z siebie dźwięku, ale wtedy można przynajmniej lepiej skupić się na wewnętrznym krzyku własnych debilnych myśli. Wiedzieć wszystko i nie wiedzieć nic. Słyszeć niewidzialne. Słyszeć siebie w ciszy serca. W krzyku serca. Drze się tak, że aż poczerwieniało. Za nic nie potrafię go przekrzyczeć. Ale to cenny przyjaciel. Kocham moje serce.
Przez chwilę myślałam, że coś…że jakaś więź łączy mnie z „onym”. Chyba mi się wydawało. Nadwrażliwość na dziwne przeżycie?
Tak, to drugi dzień, ale czuję jakby minął cały wiek. Jakbym nie miała przeszłości, żyjąc cały wiek. Jakby ten wiek był przyszłością.
A wcześniej?
- Zaraz się ubieram – powiedziałam od niechcenia. Rano przez chwilę gapiliśmy się w chmury, potem przesiedziałam kilka godzin w swoim pokoju. To dziwne, ale nawet dokładnie nie pamiętam, jak on wyglądał. Całkowicie pomijając to, jak ja wyglądałam w tamtych chwilach.
Wyszliśmy wpół do czwartej. Chciałam iść sama, ale nie znałam drogi. Teraz już wiem, to był ten jego Kłodzk. Nie było zbyt wielu ludzi przy trumnie.
Kiedyś przez przypadek byłam na pogrzebie pewnego bezdomnego i wtedy było więcej lojalnych, pamiętających, może dłużnych.
Tak sobie myślę, że na moim pogrzebie byłoby całkiem sporo ludzi. Rozmawiałam o tym kiedyś z Asią. Myślałam, że się przerazi jak zacznę ten temat, bo ludzi śmierć przecież przeraża. Nie tyle własna, ile kogoś bliskiego. Albo i niebliskiego, wystarczy, że jest efektowna, może efektywna. Też może być. Ale Asia podchwyciła temat. Bo dlaczego niby miałybyśmy o tym nie rozmawiać? Doszłyśmy do wniosku, że ciekawie byłoby widzieć swój pogrzeb. Brutalne! Zaczęłam zastanawiać się nad tym, dlaczego ci wszyscy ludzie potrafią jednomyślnie przychodzić na pogrzeby, bo za życia nie widuję ich zbyt często. Są, ale ich nie ma. Dla mnie. Tak jakby to oni umarli za życia, a kiedy ja umrę to nasze światy się trochę zbliżą. Może po prostu tak? Cholera ich wie.
Miałam jakieś fazy. Nie płakałam. Nie wtedy. Już nie.
Chyba była tam mama „onego”. Z butelką spirytusu w jednej ręce i pogniecionym zdjęciem syna w drugiej. Krzyczała, że ma wyrodne dziecko, że skończy ze sobą. Tak było przez chwilę, zaraz potem odkręciła sprawnie butelkę i zrobiła kilka łyków – „na zdrowie”. Kilku kumpli z podstawówki, kilku z liceum, trzech wujków, żadnej cioci, sąsiadka i nauczyciel matematyki, bo czemu nie? Aha! Jeszcze ksiądz. Jakby mu nie zapłacili, to pewnie by nie przyszedł. Odbębnił swoje i poszedł dalej „pracować”. Żeby chociaż się przejął. Mruczał pod nosem od niechcenia, ziewał i poszedł.
Przeanalizowałam szybko nasz dzień. Rano niebo, potem ściany swoich pokoi i ani jednego słowa. Potem spojrzenia ludzi.
Miałam jakieś dziwne przebłyski, jakbym już gdzieś to wszystko widziała. Trumna była zamknięta, szkoda, bo chciałam go sobie wyobrazić żywego. Jak się uśmiechał, jak złościł, jak pamiętał i…jak patrzył. Nie będę miała po nim nawet żadnej pamiątki.
- Wspomnienia też mają przecież swoje granice. Prawda? -Powiedziałam nagle zdając sobie sprawę, że trzeba mieć coś oprócz wspomnień.
- Chyba tak.
- Jak wielką odwagę trzeba mieć, żeby…On chciał żyć. Miliony ludzi chce żyć, choć są nieprzygotowani na ten system.

Opublikowano

Zawsze kiedy chciałam z kimś porozmawiać o moim pogrzebie, słyszałam, że się popisuję, albo chcę być na siłę efektowna. Dziękuję za to głębokie opowiadanie, jedno z nielicznych na tym forum, o którym mogę z całą pewnością powiedzieć - dobre.

Opublikowano

Kochani dziękuję za przeczytanie i pozostawienie śladu. Ktoś kiedyś powiedział mi, że bardzo żałuje, że jest tak mało ludzi, z którymi można porozmawiać na niecodzienne tematy. Czasem w naszym świecie jest też mało ludzi, z którymi można porozmawiać o codziennośći. Cieszę się, że tekst się Wam podoba, bo jest mi bliski. Pozdrawiam:)

  • 4 miesiące temu...
Opublikowano

Witaj :) zawsze wiedziałam że świetnie piszesz, ale teraz się przekonałam że tkwi w Tobie Wielki potencjał....jak w przyszłości nie bedziesz pisać i wydawać książek to ... nie ręczę za siebie :D ...bardzo mi sie podobało...Drogi Ufiku :) - Karolcia

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • II.
      Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!)

      Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach,
      Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie!
      Rama mnie bach, spodnie w piach,
      Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził!

      Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB,
      Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg…

      — Wujek Wołodia?
      — Wujek Wołodia!
      Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby mi!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig!
      Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi!


      Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub.
      A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób!
      Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha!
      Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha),
      kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub!

      Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić!
      Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić!

      — Wujek Wołodia?
      — Wujek Wołodia!
      Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby mi!
      Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig!
      Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi!


      Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny!
      Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny!

      Wujku Wołodia, d dokręć śruby!
      Wujku Wołodia, d, dokręć śruby!
      Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud,
      Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi!

      Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub!
      Wujku Wołodia, kręć aż po sam....
      Grób!

      III.
      [...]
      „To minie, jak nad Moskwą majowa burza”

      Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa
      Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy,
      Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach!
      Jak korytarze ponure Łubianki,

      Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr,
      Jak niesforna sfora federalnych majorów,
      Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz,
      Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu...

      To na pewno minie,
      Minie jak zły sen!

      Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb,
      Ślady na dłoni rażonej paralizatorem,
      Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb,
      Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora!

      W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los?
      Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko
      Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb...

      Uwierz mi, to też minie!

      Jak swastyka Ruskiego Mira,
      I dym pożarów niesiony przez wiatr,
      Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera,
      I policyjna suka nabita dziećmi po dach!

      I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow,
      Paragraf 228 i kocioł o piątej,
      I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący,
      Gazując kobiety, chłopców i brzdące...

      To wszystko minie jak inne miesiące:
      Jak grudzień, styczeń, luty, maj…
      Minie, bez wątpienia minie!
      Na razie w to im graj
      Ale to ich już ostatnie pląsy!

      Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb,
      Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora,
      Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb,
      Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora!

      Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz!
      Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę;
      Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp,
      A dziś milczy jak grób:
      Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup !
      Wszystko kiedyś minie!

      I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram,
      A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu,
      Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak,
      I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg…

      W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los?
      Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę
      Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd!

      Uwierz mi, to też minie!
      To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie,
      Za godzinę, za chwilę…
      To wszystko minie!

      IV.
      Hm                                            H7
      Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:
                  Em                                  F♯7
      Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,
                 Hm                  A7               G
      Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…
                  Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm
      Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat.

      Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu,
      Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu,
      Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad.
      Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw

      Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść:
      Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu...
      Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest:
      Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu –

      Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu?
      I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu?

      Edytowane przez Michał Pawica (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...