Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Kawa. Był przekonany, że z transu wczorajszych wrażeń wyzwoli go właśnie mocna, czarna kawa. Zastosował terapię wstrząsową. Zaparzył kubek czarnej, intensywnie aromatyzowanej kawy. Usiadł za biurkiem. Praca w ogóle mu się nie kleiła. Rozproszonymi myślami błądził nieustannie po ścieżkach wczorajszego wieczoru. Przerzucał niechlujnie akta z jednego miejsca biurka na drugie, po czym z powrotem kładł je na poprzedni plac ogromnego blatu. Od czasu do czasu zerkał na zegarek, jakby starał się przyspieszyć wyjście z biura. Łyk kawy i poklepywanie liter porozkładanych akt znudzonym wzrokiem. Łyk kawy i błądzenie smętnym spojrzeniem po nagich ścianach. Łyk kawy i szelest papierowych kartek, przerzucanych, sortowanych naślinionym paluchem. Łyk kawy i cisza. Łyk kawy i znużenie. Spojrzał na zegarek. Czas stał w miejscu. Wydawało mu się, że minęły nareszcie dwie pełne godziny. Wskazówki jednak bezlitośnie w ramach właśnie tych dwóch wymarzonych godzin nagryzły tarczę zegara o dziesięć mizernych minut. Zdjął marynarkę. Było mu jakoś gorąco i niewygodnie. Poluzował węzeł ściśniętego krawata, który wydawał się wżynać w opasłą szyję. Usiadł za biurkiem. Wiercił się i wiercił, jakby nie mógł się wygodnie usadowić na szerokim fotelu. Cisza. Zza drzwi dobiegały odgłosy gnanych pośpiechem kroków, stłumione odgłosy wymienianych sztucznie uprzejmości. Siedział i dumał. Dumał i patrzył ospale na zamknięte drzwi. Głowa wydawała się cięższa i cięższa z każdą upływającą wolno minutą. Miał wrażenie, że najchętniej położyłby się spać w ciepłym, przytulnym łóżku. Włączyłby muzykę... Może poczytałby książkę?, ale później na pewno zamknąłby oczy i odpoczywał. Powieki już wolnym tempem opadały w dół – powieki z ołowiu, z ciężkiego metalu, zasznurowane krótkimi rzęsami. Buzia rozchyliła się szeroko, jakby żebrząc o kęs, o monetę, którą można było wrzucić do środka, jak do skarbonki. Głowa niemal dyndała na uwięzi potężnie pofałdowanej szyi. Wydawał się odpływać. Sen niemalże wpychał się bezczelnie do jego ociężałej głowy, zasuwając rolety ołowianych powiek. Wtem rozniósł się grzmot!, trzask zamykanych drzwi. Roman zerwał się jak poparzony. Spojrzał w kierunku wejścia. Przetarł oczy i ziewnął.
- Cóż to ja widzę?! – rozproszył się spontanicznie beztroski głos najprzystojniejszego pracownika kancelarii – Kolega wczoraj chyba pofolgował, bo dziś jakiś taki niemrawy, osowiały i na pewno nie wypoczęty.
Roman zaczerwienił się. Był wściekły, że nie umie zatuszować stanu zawstydzenia. Spuścił dziecinnie głowę, starając się potężnymi ramionami przykryć palące policzki rumieńce. Drżącymi paluchami porządkował papierzyska, rozrzucając je mimowolnie jeszcze w większym chaosie i bałaganie to po biurku, to po podłodze. Schylił się i poczuł, jak purpura krwi napływa mu do twarzy, przekształcając ją w wielki, gigantyczny burak. Pojawiły się trudności z oddychaniem. Miał wrażenie, jakby nozdrza skleiły się ze sobą w akcie niegościnności dla powietrza. Zasapał się. poczuł się jeszcze bardziej cięższy niż w ogóle był. Wsparł się ręką o podłogę. Miał wrażenie, że zaraz legnie niczym ugodzony strzałą zwierz. Zachwiał się na fotelu. Westchnął. Sapnął. Stęknął. Zakasłał. Opuszkami paluchów musnął o kartki porozrzucanych dokumentów. Nie był w stanie ich podnieść, skubnąć, przysunąć w swoją stronę. Po chwili ogromnego, wielorybiego wysiłku wyprostował się. Poprawił klapy marynarki. Uśmiechnął się jakby dla zatuszowania odczuwanego skrępowania. Oparł się o fotel. Poluzował jeszcze bardziej zawadzający mu krawat. Sapnął. Nieudolność oddechowa zawstydzała go coraz bardziej i bardziej. Chrząknął, odrywając korek bulgoczącej flegmy od chrapiącego wydychanym powietrzem gardła. Dłonią poprawił włosy. Spojrzał nieśmiało na znajomego. W linii zderzenia konfrontujących się ze sobą wzroków ponownie poczuł silne uderzenie krwi do policzków, czoła i całej, olbrzymiej i obwisłej bezwładnie gęby. Czuł jak płonie z zawstydzenia. „On już coś chyba podejrzewa. – pomyślał z przerażeniem – A, jeśli on wie i rozpowie wszystkim o tym, co się stało wczorajszego wieczoru?... Wszyscy się będą ze mnie śmiali, że niby taki wielki a bezradny, że przecież powinienem przycisnąć ją swoją piersią, zniewolić, a następnie wyrzucić za drzwi,... albo, że powinienem sam zaatakować pierwszy, nie dając się zdominować tak starej, kruchej i zdesperowanej kobitce... A, jeśli on wie i rozpowie?...” Czuł się niepewnie. Spoglądał dyskretnie na znajomego, jakby chciał odgadnąć, odszyfrować jego myśli. Masywną dłonią przesunął w bok akta. Przycisnął kubek kawy do ust i siorbnął odrobinę czarnej cieczy, która niezdarnie wypłynęła z obręczy warg i po brodzie, po podgardlu stoczyła się olbrzymią kroplą na blat biurka. Roman nieśmiało przetarł krawatem wybrudzoną buzię. Rękawem zmazał z biurka plamę rozlanej kawy. Uśmiechnął się idiotycznie i chrząknął.
- Niechże kolega nie trzyma mnie w niepewności! – zażądał znajomy – Wystrzałowa?
- Kto? – zapytał nieśmiało przytulając głowę to do jednego ramienia to do drugiego ramienia i odwrotnie. Czuł się jak zdemaskowany idiota, odgrywający rolę konspiracyjnego kochanka, który życie poświęca na podkradaniu cudzych żon, na uwodzeniu i gwałceniu bezradnych, ledwo poruszających się staruszek... Czuł się jak prawdziwy, najgorszy na świecie kretyn, jak amant nieudacznik.
- No, niechże kolega się nie krępuje! Przecież widzę, że kolega w nocy ciężko pracował, że kolega musiał uruchomić warsztat... – zerknął dyskretnie w kierunku drzwi, po czym dodał syczącym szeptem – Ma kolega przed sobą fachowca w tej dziedzinie, przed którym romanse się nie ukryją. – „No właśnie, – westchnął w duchu przerażony dociekliwością znajomego – nic się nie ukryje...” – Wystarczy drogi kolego, - kontynuował intruz – że spojrzę, a już wiem, co kto z kim i po co, na co, gdzie i dlaczego... – cmoknął językiem, odklejając go od podniebienia i unosząc w górę dumą wykrzywione brwi – Jesteśmy dorośli, – dodał zuchwale – więc nie musimy się bawić w podchody. Mnie kolega może zaufać.
Roman spojrzał badawczo na znajomego. „Zaufać... – powtórzył w pamięci rzuconą propozycję – A, czemu by nie?! W końcu on miał i ma ogromne powodzenie u kobiet, to i pewnie się na kobietach zna doskonale. Kto mu może pomóc w sprawie z Rybka, jak właśnie nie on, nie ten wystrzałowy kogut? Może właśnie los sprawił, że ten spuszczony z łańcucha pies na kobiety przyszedł mu z odsieczą, z pomocą bez zaproszenia, bez szczególnego interesu, a z czystej koleżeńskiej intuicji?...” Roman chrząknął. Poprawił nerwowym ruchem włosy. Zdjął krawat. Nieśmiało wykrzywił usta w idiotycznym, skrępowanym uśmiechu, zdradzającym zagubienie i poczucie niemocy, nieudolności, a nawet wewnętrznego kalectwa. Podszedł do drzwi. Uchylił je dyskretnie. Wyjrzał konspiracyjnie na zewnątrz. Zamknął drzwi i podszedł do siedzącego na biurku mężczyzny, opierając grubą dłoń na jego dobrze umięśnionym ramieniu. Poklepał go nieśmiało i jakby niepewnie, po czym usiadł za biurkiem, splatając dłonie w koszyk napuchniętych od nadwagi paluchów.
- Chciałbym się kolegi poradzić w pewnej nietypowej sprawie, - zaczął, chrząkając, stękając i jęcząc oraz przechylając się wagą ciała to w jeden, to w drugi bok – ale wolałbym, jeśli mogę o to prosić, aby rozmowa pozostała między nami...
- A, więc jednak rzecz idzie o kobietę?! – intruz rozsiadł się wygodnie w fotelu, stojącym naprzeciwko Romana.
- Wolałbym jednak, aby rozmowa pozostała między nami. – powtórzył dla upewnienia się, czy znajomy dochowa tajemnicy.
- Naturalnie, naturalnie drogi kolego! – uśmiechnął się serdecznie – W sprawach sercowych najważniejsza jest dyskrecja... Zwłaszcza w przypadku,– dodał – gdy gra toczy się o grubszą rybę. Dwie? – zapytał z zaciekawieniem i z niecierpliwością.
- Co dwie?
- Jak to co dwie?! – przysunął twarz w twarz Romana, kładąc się na blacie dzielącego ich biurka – Dwie kobiety... dwie kobiety są w kolegi życiu i teraz kolega zastanawia się nad przeprowadzeniem strategii, która umożliwi uniknięcie spotkania tychże właśnie dwóch kobiet ze sobą, by mógł kolega czerpać przyjemności z dwóch źródeł a nie z jednego lub, nie daj Panie Boże, z żadnego z obecnie obecnych. – zatarł szpiegowsko dłonie, chichocząc podnieceniem – Najlepiej byłoby połączyć te dwa źródła w jedno bardziej obfitsze. Rozumie kolega?...
- Nie za bardzo. – odpowiedział skrępowany.
- Najlepiej poznać obie panie ze sobą, by spotykać się we troje. Efekty – mruknął z podniecenia i dzikiej żądzy wybujałej, spragnionej pożądania wyobraźni – niesamowite. Mówię koledze... niesamowite! Wiem, - dodał, klepiąc Romana po napompowanej dłoni – bo sam kosztowałem tego miodu. A, może – ściągnął brwi w szpiegowskim zadowoleniu – chodzi o jedną, konkretną, a na dodatek drapieżną?
Roman oniemiał. Czuł się, jak księga, której karty jego demoniczny rozmówca mógł przerzucać, czytać i kartkować. Czuł się, jakby był zupełnie nagi. Badawczym i pełnym zaskoczenia wzrokiem zanurzył się w źrenice mężczyzny, czekając na wyjaśnienie jego umiejętności jasnowidzenia.
- No, więc niechże kolega opowiada, bo czas nagli, a ciekawość zżera.
- Nie, nie, nie... – ocknął się zawstydzony i jakby powiązany sznurami ekshibicjonistycznej szczerości – Nie ma dwóch kobiet...
- Słabiutko! – wtrącił znajomy – Kolega nie może sobie żałować póki kolega się cieszy młodością. Później proszę kolegi pozostanie tylko niemoc i pragnienie poczucia chociażby najdelikatniejszego pulsu w naszej zwisającej części ciała,... a tu co?!
- Co? – powtórzył Roman.
- A, tu nic! W starości ten wykwintny przyrząd może nam posłużyć jedynie do sikania... Być może – dumnie rozłożył się na fotelu, dzieląc się własnymi przemyśleniami – będzie i tak, że coś tam człowiek sobie poużywa, ale na dzień dzisiejszy to tylko jedna wielka niewiadoma. Po co zatem się zadręczać tą niewiadomą, jak można korzystać z życia teraz ile się da, a jakby coś nie tak było z warsztatem na starość, to chociaż człowiekowi wspomnienia miłe pozostają. No, tak czy nie?
- No... tak, tak... Oczywiście... pozostają wspomnienia.
- A, no właśnie! Widzę, że kolega kuma o co chodzi. – uniósł badawczo krzaczaste brwi, przesuwając je niemal na czoło.
- Kumam, kumam... – chrząknął, zdejmując z szyi wiszący niedbale krawat.
- No, więc niech kolega mówi, co kolegę prześladuje, albo raczej kto? – zachichotał radośnie.
Roman dokładnie przedstawił sprawę internetowego romansu. Wyznał, że obawia się spotkania z Rybką, że nie czuje się na siłach, że jest nawet przekonany, iż własnym wyglądem nie może (bo to przecież niemożliwe) zrobić na kobiecie dobrego wrażenia, że..., że..., że... Rozmówca siedział już trochę zniechęcony, wspierając głowę o dłoń ręki opartej na fotelu. Roman krążył wokół biurka jak akademicki wykładowca, uzasadniając, przekazując, ilustrując dręczący go problem i do tego gestykulując, gestykulując, gestykulując opasłymi łapami. Po zakończonych dygresjach usiadł za biurkiem. Oparł się o blat i spojrzał badawczo w oczy znudzonego rozmówcy, który tylko słuchał, słuchał i słuchał i słuchał i pewnie miał już serdecznie dosyć słuchania i słuchania i słuchania.
- Miał pan kiedyś kobietę? – zapytał po chwili znajomy.
- Tak. – odpowiedział zaskoczony postawionym zagadnieniem Roman.
- Żebyśmy się tylko źle nie zrozumieli drogi kolego. – dodał nieco ożywiony rozmówca – Czy miał pan kobietę fizycznie... w łóżku?... No wie kolega... Czy kolega jest prawiczkiem?
- Nie.
- Nie. – powtórzył znajomy – Nie, nie miał kolega kobiety?, czy nie, nie jest kolega prawiczkiem?
- Nie jestem prawiczkiem. – odparł nieśmiało, przecierając chusteczką skroplone potem czoło.
- No widzi kolega?! – w głosie rozmówcy zabrzmiały triumfalnie fanfary – Jak kolega był w stanie zachęcić kobietę do zbliżenia ten tego tamtego, - manipulował w powietrzu rękoma, splatając i wykrzywiając palce jakby w geście próby zrekonstruowania wypowiedzianego „ten, tego, tamtego” – to znaczy, - ciągnął dalej – że z kolegą nie jest źle. Uważam, że kolega ma szansę podbić serce tej nieznajomej... No, a skoro sama naciska kolegę, żeby się spotkać, to znaczy, że wiąże z kolegą jakieś większe oczekiwania i plany, że jest już na tak zaawansowanym poziomie, że właśnie korespondencja internetowa jej już nie wystarcza, że ma ochotę na właśnie ten tego tamtego i że wiąże z kolegą nadzieję na...
- Ten tego tamtego... – dokończył zawstydzony Roman.
- No właśnie! – klasnął w dłonie zadowolony błyskotliwością intelektualną rozmówcy.
- Więc? – zapytał dociekliwie Roman.
- Powinien kolega się spotkać z tą... z tą...
- Rybką! – wtrącił z zadowoleniem Roman.
- Z Rybką. – pochwycił rozmówca – Ja powiem koledze więcej... Rybka jest jak rozwinięty kielich kwiatu, który trzeba zapylić, a kolega ma właśnie okazję wystąpić w roli pszczółki.
Roman zmarszczył niepewnie czoło, jakby szukał sensu w przedstawionym mu porównaniu. Siedział i myślał. Myślał i siedział, ale nic nie przychodziło mu sensownego do głowy.
- No!, niech zatem kolega atakuje. – klepnął go życzliwie w plecy, kierując się następnie w stronę wyjścia – Do ataku! – zacisnął mocno pięści, zagrzewając zadumanego Romana do działania – Do ataku! Do ataku!
Drzwi zamknęły się. Po chwili jednak ponownie się uchyliły. Znajomy powrócił z błazeńskim uśmiechem na cwanej, pewnej siebie twarzy. „Rozpowiedział wszystkim – pomyślał Roman – i teraz właśnie chichoczą ze mnie... drwią... szydzą...”
- Widzi kolega – wtrącił – zapomniałem o najważniejszym.
- Tak?! – uniósł z ciekawością głowę niczym wypatrujący zagrożenia bażant.
- Proszę do mnie zajrzeć przed wyjściem. – podrapał się małpim gestem w głowę – Widzi kolega sprawa jest dosyć niezręczna. Od jutra jestem na urlopie i właśnie kolega, z nakazu szefa oczywiście, ma przejąć sprawę rozwodową, w trakcie prowadzenia której jestem obecnie. – Roman przytaknął zgodnie i jakby na rozkaz – Wszystko koledze przekażę, wyjaśnię i takie tam. – Roman ponownie przytaknął, energicznie prostując sylwetkę cielska – No, to tyle. Powodzenia. – dodał szeptem, zamykając za sobą drzwi.
Roman został sam z przemyśleniami, analizami i wywodami znajomego. Z każdą upływającą chwilą nabierał większej wiary we własne możliwości – w końcu minionego wieczoru to on został zaatakowany przez napaloną, niewyżytą seksualnie kobietę... starszą, bo starszą, ale bądź co bądź kobietę; w końcu to ona ujeżdżała go jak dzikiego, nieokiełznanego ogiera, a nie on ją; w końcu to on był ofiarą przyjemnego „do ataku”... Dłońmi delikatnie dotykał obwisłej i ciężkiej gęby, jak osoba niewidoma, która pragnie poznać siebie poprzez zmysłowe rzeźbienie kształtu twarzy opuszkami palców, przesuwanych po liniach rysów czoła, policzków, brody, oczu i ust. Zamknął oczy i próbował sobie wyobrazić siebie w nieco lepszym, bardziej optymistycznym świetle. Uśmiechnął się. „Nie jestem prawiczkiem, - pomyślał – więc chyba rzeczywiście nie jest ze mną aż tak źle, jak mi się wydawało”. Uśmiechnął się ponownie. Powoli nabierał wiary we własne uwodzicielskie możliwości. W końcu marzył o domu, rodzinie, o ukochanej kobiecie, z którą będzie się czuł bezpiecznie, z którą będzie mógł spełniać wszystkie swoje nawet te najbardziej wstydliwe fantazje erotyczne... W końcu marzył, więc chyba miał prawo do realizacji własnych pragnień?, do przyzwoitego poukładania swojego życia, by mógł być człowiekiem szczęśliwym i spełnionym? Wiedział, że jeśli nie zaryzykuje, to niczego nie osiągnie, że jeśli nie spróbuje, to się nie przekona, czy w ogóle miał jakieś szanse na powodzenie. Uśmiechnął się. Decyzja zapadła. Decyzja zapadła twarda, stanowcza i konkretna. Spotka się z Rybką. Doprowadzi się do porządku. Elegancko się ubierze. Wyperfumuje się... „Tak, tak – pomyślał – na tę szczególną okoliczność muszę kupić jakieś porządne, najlepiej oryginalne perfumy”. Klasnął radośnie w dłonie i jak na zawołanie pojawiła się w drzwiach bardzo urocza, młodziutka asystentka, która pomagała mu w pracy od (zaledwie) kilku tygodni.
(c.d.n.)

Opublikowano

Kochani
błagam Was o komentarze - wyraz krytyki lub zadowolenia. To dla mnie bardzo ważne - co sądzą o moich tekstach i pomysłach czytelnicy. Dzięki uwagom na ten właśnie temat mogę się doskonalić. Więc, jak?... Nie oszczędzajcie klawiatury.
Dzięki. Pozdrawiam - I.M.

Opublikowano

izabelo !
no cóż zapraszam do komentowania tekstow innych osob, odważnie!! kazda Twoja refleksja bedzie rownież cenna dla autorow opowiadań, i zapewne odwdziecza się tym samym. wydruj\kuje Twoj tekst i odezwe się napewno!!!

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

przyznam, że brak mi śmiałości w wyrażaniu opinii na temat tekstów innych autorów, bo sama nie uważam się za mistrza pióra - więc jeśli nie potrafię latać, to czy mam prawo krytykowania równych sobie lub lepszych żółtodzióbów w tej dziedzinie ?... :-)
zobowiązuję się jednak na przedstawianie osobistych wrażeń, w jakie wpadam po przeczytaniu wybranego materiału
dzięki aksja

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...