Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Kawa. Był przekonany, że z transu wczorajszych wrażeń wyzwoli go właśnie mocna, czarna kawa. Zastosował terapię wstrząsową. Zaparzył kubek czarnej, intensywnie aromatyzowanej kawy. Usiadł za biurkiem. Praca w ogóle mu się nie kleiła. Rozproszonymi myślami błądził nieustannie po ścieżkach wczorajszego wieczoru. Przerzucał niechlujnie akta z jednego miejsca biurka na drugie, po czym z powrotem kładł je na poprzedni plac ogromnego blatu. Od czasu do czasu zerkał na zegarek, jakby starał się przyspieszyć wyjście z biura. Łyk kawy i poklepywanie liter porozkładanych akt znudzonym wzrokiem. Łyk kawy i błądzenie smętnym spojrzeniem po nagich ścianach. Łyk kawy i szelest papierowych kartek, przerzucanych, sortowanych naślinionym paluchem. Łyk kawy i cisza. Łyk kawy i znużenie. Spojrzał na zegarek. Czas stał w miejscu. Wydawało mu się, że minęły nareszcie dwie pełne godziny. Wskazówki jednak bezlitośnie w ramach właśnie tych dwóch wymarzonych godzin nagryzły tarczę zegara o dziesięć mizernych minut. Zdjął marynarkę. Było mu jakoś gorąco i niewygodnie. Poluzował węzeł ściśniętego krawata, który wydawał się wżynać w opasłą szyję. Usiadł za biurkiem. Wiercił się i wiercił, jakby nie mógł się wygodnie usadowić na szerokim fotelu. Cisza. Zza drzwi dobiegały odgłosy gnanych pośpiechem kroków, stłumione odgłosy wymienianych sztucznie uprzejmości. Siedział i dumał. Dumał i patrzył ospale na zamknięte drzwi. Głowa wydawała się cięższa i cięższa z każdą upływającą wolno minutą. Miał wrażenie, że najchętniej położyłby się spać w ciepłym, przytulnym łóżku. Włączyłby muzykę... Może poczytałby książkę?, ale później na pewno zamknąłby oczy i odpoczywał. Powieki już wolnym tempem opadały w dół – powieki z ołowiu, z ciężkiego metalu, zasznurowane krótkimi rzęsami. Buzia rozchyliła się szeroko, jakby żebrząc o kęs, o monetę, którą można było wrzucić do środka, jak do skarbonki. Głowa niemal dyndała na uwięzi potężnie pofałdowanej szyi. Wydawał się odpływać. Sen niemalże wpychał się bezczelnie do jego ociężałej głowy, zasuwając rolety ołowianych powiek. Wtem rozniósł się grzmot!, trzask zamykanych drzwi. Roman zerwał się jak poparzony. Spojrzał w kierunku wejścia. Przetarł oczy i ziewnął.
- Cóż to ja widzę?! – rozproszył się spontanicznie beztroski głos najprzystojniejszego pracownika kancelarii – Kolega wczoraj chyba pofolgował, bo dziś jakiś taki niemrawy, osowiały i na pewno nie wypoczęty.
Roman zaczerwienił się. Był wściekły, że nie umie zatuszować stanu zawstydzenia. Spuścił dziecinnie głowę, starając się potężnymi ramionami przykryć palące policzki rumieńce. Drżącymi paluchami porządkował papierzyska, rozrzucając je mimowolnie jeszcze w większym chaosie i bałaganie to po biurku, to po podłodze. Schylił się i poczuł, jak purpura krwi napływa mu do twarzy, przekształcając ją w wielki, gigantyczny burak. Pojawiły się trudności z oddychaniem. Miał wrażenie, jakby nozdrza skleiły się ze sobą w akcie niegościnności dla powietrza. Zasapał się. poczuł się jeszcze bardziej cięższy niż w ogóle był. Wsparł się ręką o podłogę. Miał wrażenie, że zaraz legnie niczym ugodzony strzałą zwierz. Zachwiał się na fotelu. Westchnął. Sapnął. Stęknął. Zakasłał. Opuszkami paluchów musnął o kartki porozrzucanych dokumentów. Nie był w stanie ich podnieść, skubnąć, przysunąć w swoją stronę. Po chwili ogromnego, wielorybiego wysiłku wyprostował się. Poprawił klapy marynarki. Uśmiechnął się jakby dla zatuszowania odczuwanego skrępowania. Oparł się o fotel. Poluzował jeszcze bardziej zawadzający mu krawat. Sapnął. Nieudolność oddechowa zawstydzała go coraz bardziej i bardziej. Chrząknął, odrywając korek bulgoczącej flegmy od chrapiącego wydychanym powietrzem gardła. Dłonią poprawił włosy. Spojrzał nieśmiało na znajomego. W linii zderzenia konfrontujących się ze sobą wzroków ponownie poczuł silne uderzenie krwi do policzków, czoła i całej, olbrzymiej i obwisłej bezwładnie gęby. Czuł jak płonie z zawstydzenia. „On już coś chyba podejrzewa. – pomyślał z przerażeniem – A, jeśli on wie i rozpowie wszystkim o tym, co się stało wczorajszego wieczoru?... Wszyscy się będą ze mnie śmiali, że niby taki wielki a bezradny, że przecież powinienem przycisnąć ją swoją piersią, zniewolić, a następnie wyrzucić za drzwi,... albo, że powinienem sam zaatakować pierwszy, nie dając się zdominować tak starej, kruchej i zdesperowanej kobitce... A, jeśli on wie i rozpowie?...” Czuł się niepewnie. Spoglądał dyskretnie na znajomego, jakby chciał odgadnąć, odszyfrować jego myśli. Masywną dłonią przesunął w bok akta. Przycisnął kubek kawy do ust i siorbnął odrobinę czarnej cieczy, która niezdarnie wypłynęła z obręczy warg i po brodzie, po podgardlu stoczyła się olbrzymią kroplą na blat biurka. Roman nieśmiało przetarł krawatem wybrudzoną buzię. Rękawem zmazał z biurka plamę rozlanej kawy. Uśmiechnął się idiotycznie i chrząknął.
- Niechże kolega nie trzyma mnie w niepewności! – zażądał znajomy – Wystrzałowa?
- Kto? – zapytał nieśmiało przytulając głowę to do jednego ramienia to do drugiego ramienia i odwrotnie. Czuł się jak zdemaskowany idiota, odgrywający rolę konspiracyjnego kochanka, który życie poświęca na podkradaniu cudzych żon, na uwodzeniu i gwałceniu bezradnych, ledwo poruszających się staruszek... Czuł się jak prawdziwy, najgorszy na świecie kretyn, jak amant nieudacznik.
- No, niechże kolega się nie krępuje! Przecież widzę, że kolega w nocy ciężko pracował, że kolega musiał uruchomić warsztat... – zerknął dyskretnie w kierunku drzwi, po czym dodał syczącym szeptem – Ma kolega przed sobą fachowca w tej dziedzinie, przed którym romanse się nie ukryją. – „No właśnie, – westchnął w duchu przerażony dociekliwością znajomego – nic się nie ukryje...” – Wystarczy drogi kolego, - kontynuował intruz – że spojrzę, a już wiem, co kto z kim i po co, na co, gdzie i dlaczego... – cmoknął językiem, odklejając go od podniebienia i unosząc w górę dumą wykrzywione brwi – Jesteśmy dorośli, – dodał zuchwale – więc nie musimy się bawić w podchody. Mnie kolega może zaufać.
Roman spojrzał badawczo na znajomego. „Zaufać... – powtórzył w pamięci rzuconą propozycję – A, czemu by nie?! W końcu on miał i ma ogromne powodzenie u kobiet, to i pewnie się na kobietach zna doskonale. Kto mu może pomóc w sprawie z Rybka, jak właśnie nie on, nie ten wystrzałowy kogut? Może właśnie los sprawił, że ten spuszczony z łańcucha pies na kobiety przyszedł mu z odsieczą, z pomocą bez zaproszenia, bez szczególnego interesu, a z czystej koleżeńskiej intuicji?...” Roman chrząknął. Poprawił nerwowym ruchem włosy. Zdjął krawat. Nieśmiało wykrzywił usta w idiotycznym, skrępowanym uśmiechu, zdradzającym zagubienie i poczucie niemocy, nieudolności, a nawet wewnętrznego kalectwa. Podszedł do drzwi. Uchylił je dyskretnie. Wyjrzał konspiracyjnie na zewnątrz. Zamknął drzwi i podszedł do siedzącego na biurku mężczyzny, opierając grubą dłoń na jego dobrze umięśnionym ramieniu. Poklepał go nieśmiało i jakby niepewnie, po czym usiadł za biurkiem, splatając dłonie w koszyk napuchniętych od nadwagi paluchów.
- Chciałbym się kolegi poradzić w pewnej nietypowej sprawie, - zaczął, chrząkając, stękając i jęcząc oraz przechylając się wagą ciała to w jeden, to w drugi bok – ale wolałbym, jeśli mogę o to prosić, aby rozmowa pozostała między nami...
- A, więc jednak rzecz idzie o kobietę?! – intruz rozsiadł się wygodnie w fotelu, stojącym naprzeciwko Romana.
- Wolałbym jednak, aby rozmowa pozostała między nami. – powtórzył dla upewnienia się, czy znajomy dochowa tajemnicy.
- Naturalnie, naturalnie drogi kolego! – uśmiechnął się serdecznie – W sprawach sercowych najważniejsza jest dyskrecja... Zwłaszcza w przypadku,– dodał – gdy gra toczy się o grubszą rybę. Dwie? – zapytał z zaciekawieniem i z niecierpliwością.
- Co dwie?
- Jak to co dwie?! – przysunął twarz w twarz Romana, kładąc się na blacie dzielącego ich biurka – Dwie kobiety... dwie kobiety są w kolegi życiu i teraz kolega zastanawia się nad przeprowadzeniem strategii, która umożliwi uniknięcie spotkania tychże właśnie dwóch kobiet ze sobą, by mógł kolega czerpać przyjemności z dwóch źródeł a nie z jednego lub, nie daj Panie Boże, z żadnego z obecnie obecnych. – zatarł szpiegowsko dłonie, chichocząc podnieceniem – Najlepiej byłoby połączyć te dwa źródła w jedno bardziej obfitsze. Rozumie kolega?...
- Nie za bardzo. – odpowiedział skrępowany.
- Najlepiej poznać obie panie ze sobą, by spotykać się we troje. Efekty – mruknął z podniecenia i dzikiej żądzy wybujałej, spragnionej pożądania wyobraźni – niesamowite. Mówię koledze... niesamowite! Wiem, - dodał, klepiąc Romana po napompowanej dłoni – bo sam kosztowałem tego miodu. A, może – ściągnął brwi w szpiegowskim zadowoleniu – chodzi o jedną, konkretną, a na dodatek drapieżną?
Roman oniemiał. Czuł się, jak księga, której karty jego demoniczny rozmówca mógł przerzucać, czytać i kartkować. Czuł się, jakby był zupełnie nagi. Badawczym i pełnym zaskoczenia wzrokiem zanurzył się w źrenice mężczyzny, czekając na wyjaśnienie jego umiejętności jasnowidzenia.
- No, więc niechże kolega opowiada, bo czas nagli, a ciekawość zżera.
- Nie, nie, nie... – ocknął się zawstydzony i jakby powiązany sznurami ekshibicjonistycznej szczerości – Nie ma dwóch kobiet...
- Słabiutko! – wtrącił znajomy – Kolega nie może sobie żałować póki kolega się cieszy młodością. Później proszę kolegi pozostanie tylko niemoc i pragnienie poczucia chociażby najdelikatniejszego pulsu w naszej zwisającej części ciała,... a tu co?!
- Co? – powtórzył Roman.
- A, tu nic! W starości ten wykwintny przyrząd może nam posłużyć jedynie do sikania... Być może – dumnie rozłożył się na fotelu, dzieląc się własnymi przemyśleniami – będzie i tak, że coś tam człowiek sobie poużywa, ale na dzień dzisiejszy to tylko jedna wielka niewiadoma. Po co zatem się zadręczać tą niewiadomą, jak można korzystać z życia teraz ile się da, a jakby coś nie tak było z warsztatem na starość, to chociaż człowiekowi wspomnienia miłe pozostają. No, tak czy nie?
- No... tak, tak... Oczywiście... pozostają wspomnienia.
- A, no właśnie! Widzę, że kolega kuma o co chodzi. – uniósł badawczo krzaczaste brwi, przesuwając je niemal na czoło.
- Kumam, kumam... – chrząknął, zdejmując z szyi wiszący niedbale krawat.
- No, więc niech kolega mówi, co kolegę prześladuje, albo raczej kto? – zachichotał radośnie.
Roman dokładnie przedstawił sprawę internetowego romansu. Wyznał, że obawia się spotkania z Rybką, że nie czuje się na siłach, że jest nawet przekonany, iż własnym wyglądem nie może (bo to przecież niemożliwe) zrobić na kobiecie dobrego wrażenia, że..., że..., że... Rozmówca siedział już trochę zniechęcony, wspierając głowę o dłoń ręki opartej na fotelu. Roman krążył wokół biurka jak akademicki wykładowca, uzasadniając, przekazując, ilustrując dręczący go problem i do tego gestykulując, gestykulując, gestykulując opasłymi łapami. Po zakończonych dygresjach usiadł za biurkiem. Oparł się o blat i spojrzał badawczo w oczy znudzonego rozmówcy, który tylko słuchał, słuchał i słuchał i słuchał i pewnie miał już serdecznie dosyć słuchania i słuchania i słuchania.
- Miał pan kiedyś kobietę? – zapytał po chwili znajomy.
- Tak. – odpowiedział zaskoczony postawionym zagadnieniem Roman.
- Żebyśmy się tylko źle nie zrozumieli drogi kolego. – dodał nieco ożywiony rozmówca – Czy miał pan kobietę fizycznie... w łóżku?... No wie kolega... Czy kolega jest prawiczkiem?
- Nie.
- Nie. – powtórzył znajomy – Nie, nie miał kolega kobiety?, czy nie, nie jest kolega prawiczkiem?
- Nie jestem prawiczkiem. – odparł nieśmiało, przecierając chusteczką skroplone potem czoło.
- No widzi kolega?! – w głosie rozmówcy zabrzmiały triumfalnie fanfary – Jak kolega był w stanie zachęcić kobietę do zbliżenia ten tego tamtego, - manipulował w powietrzu rękoma, splatając i wykrzywiając palce jakby w geście próby zrekonstruowania wypowiedzianego „ten, tego, tamtego” – to znaczy, - ciągnął dalej – że z kolegą nie jest źle. Uważam, że kolega ma szansę podbić serce tej nieznajomej... No, a skoro sama naciska kolegę, żeby się spotkać, to znaczy, że wiąże z kolegą jakieś większe oczekiwania i plany, że jest już na tak zaawansowanym poziomie, że właśnie korespondencja internetowa jej już nie wystarcza, że ma ochotę na właśnie ten tego tamtego i że wiąże z kolegą nadzieję na...
- Ten tego tamtego... – dokończył zawstydzony Roman.
- No właśnie! – klasnął w dłonie zadowolony błyskotliwością intelektualną rozmówcy.
- Więc? – zapytał dociekliwie Roman.
- Powinien kolega się spotkać z tą... z tą...
- Rybką! – wtrącił z zadowoleniem Roman.
- Z Rybką. – pochwycił rozmówca – Ja powiem koledze więcej... Rybka jest jak rozwinięty kielich kwiatu, który trzeba zapylić, a kolega ma właśnie okazję wystąpić w roli pszczółki.
Roman zmarszczył niepewnie czoło, jakby szukał sensu w przedstawionym mu porównaniu. Siedział i myślał. Myślał i siedział, ale nic nie przychodziło mu sensownego do głowy.
- No!, niech zatem kolega atakuje. – klepnął go życzliwie w plecy, kierując się następnie w stronę wyjścia – Do ataku! – zacisnął mocno pięści, zagrzewając zadumanego Romana do działania – Do ataku! Do ataku!
Drzwi zamknęły się. Po chwili jednak ponownie się uchyliły. Znajomy powrócił z błazeńskim uśmiechem na cwanej, pewnej siebie twarzy. „Rozpowiedział wszystkim – pomyślał Roman – i teraz właśnie chichoczą ze mnie... drwią... szydzą...”
- Widzi kolega – wtrącił – zapomniałem o najważniejszym.
- Tak?! – uniósł z ciekawością głowę niczym wypatrujący zagrożenia bażant.
- Proszę do mnie zajrzeć przed wyjściem. – podrapał się małpim gestem w głowę – Widzi kolega sprawa jest dosyć niezręczna. Od jutra jestem na urlopie i właśnie kolega, z nakazu szefa oczywiście, ma przejąć sprawę rozwodową, w trakcie prowadzenia której jestem obecnie. – Roman przytaknął zgodnie i jakby na rozkaz – Wszystko koledze przekażę, wyjaśnię i takie tam. – Roman ponownie przytaknął, energicznie prostując sylwetkę cielska – No, to tyle. Powodzenia. – dodał szeptem, zamykając za sobą drzwi.
Roman został sam z przemyśleniami, analizami i wywodami znajomego. Z każdą upływającą chwilą nabierał większej wiary we własne możliwości – w końcu minionego wieczoru to on został zaatakowany przez napaloną, niewyżytą seksualnie kobietę... starszą, bo starszą, ale bądź co bądź kobietę; w końcu to ona ujeżdżała go jak dzikiego, nieokiełznanego ogiera, a nie on ją; w końcu to on był ofiarą przyjemnego „do ataku”... Dłońmi delikatnie dotykał obwisłej i ciężkiej gęby, jak osoba niewidoma, która pragnie poznać siebie poprzez zmysłowe rzeźbienie kształtu twarzy opuszkami palców, przesuwanych po liniach rysów czoła, policzków, brody, oczu i ust. Zamknął oczy i próbował sobie wyobrazić siebie w nieco lepszym, bardziej optymistycznym świetle. Uśmiechnął się. „Nie jestem prawiczkiem, - pomyślał – więc chyba rzeczywiście nie jest ze mną aż tak źle, jak mi się wydawało”. Uśmiechnął się ponownie. Powoli nabierał wiary we własne uwodzicielskie możliwości. W końcu marzył o domu, rodzinie, o ukochanej kobiecie, z którą będzie się czuł bezpiecznie, z którą będzie mógł spełniać wszystkie swoje nawet te najbardziej wstydliwe fantazje erotyczne... W końcu marzył, więc chyba miał prawo do realizacji własnych pragnień?, do przyzwoitego poukładania swojego życia, by mógł być człowiekiem szczęśliwym i spełnionym? Wiedział, że jeśli nie zaryzykuje, to niczego nie osiągnie, że jeśli nie spróbuje, to się nie przekona, czy w ogóle miał jakieś szanse na powodzenie. Uśmiechnął się. Decyzja zapadła. Decyzja zapadła twarda, stanowcza i konkretna. Spotka się z Rybką. Doprowadzi się do porządku. Elegancko się ubierze. Wyperfumuje się... „Tak, tak – pomyślał – na tę szczególną okoliczność muszę kupić jakieś porządne, najlepiej oryginalne perfumy”. Klasnął radośnie w dłonie i jak na zawołanie pojawiła się w drzwiach bardzo urocza, młodziutka asystentka, która pomagała mu w pracy od (zaledwie) kilku tygodni.
(c.d.n.)

Opublikowano

Kochani
błagam Was o komentarze - wyraz krytyki lub zadowolenia. To dla mnie bardzo ważne - co sądzą o moich tekstach i pomysłach czytelnicy. Dzięki uwagom na ten właśnie temat mogę się doskonalić. Więc, jak?... Nie oszczędzajcie klawiatury.
Dzięki. Pozdrawiam - I.M.

Opublikowano

izabelo !
no cóż zapraszam do komentowania tekstow innych osob, odważnie!! kazda Twoja refleksja bedzie rownież cenna dla autorow opowiadań, i zapewne odwdziecza się tym samym. wydruj\kuje Twoj tekst i odezwe się napewno!!!

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

przyznam, że brak mi śmiałości w wyrażaniu opinii na temat tekstów innych autorów, bo sama nie uważam się za mistrza pióra - więc jeśli nie potrafię latać, to czy mam prawo krytykowania równych sobie lub lepszych żółtodzióbów w tej dziedzinie ?... :-)
zobowiązuję się jednak na przedstawianie osobistych wrażeń, w jakie wpadam po przeczytaniu wybranego materiału
dzięki aksja

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Moją równowagą jest smutek  Moją powagą jest smutek Moją prostotą jest smutek    Taki niski   Kiedyś w złych sytuacjach bardzo chciałem być radosny    Są antydepresanty  Ale nie ma tabletek na wywoływanie płaczu    Nie rozumiem tego a to dużo mówi    Ta złość która żyje we mnie musi odejść  Ta frustracja  Ta niezgoda    Ostatnio smutek nawiedził mnie w romantycznym okresie mojego życia młodości  Byłem outsiderem    Teraz smutek przychodzi do nienawiści, jakby przywołany przez nienawiść    Jest, mam wrażenie tyle nieodkrytych sfer w moim odczuwaniu    Po kolei, było tak: nienawiść potem bunt i złość, potem użalanie się nad sobą i bycie ofiarą   Potem destrukcja, potem znowu złość i cierpienie    Teraz poddanie się i smutek.   Najpiękniejszy, najdelikatniejszy on nie stwarza fałszu, on mi pokazuje prawdę taką jaką jest , wybacza zamiast karać.   A gdzie jest teraz sumienie i wewnętrzny krytyk?    Niewiem jak to osiągnąłem, pozwoliłem sobie na uczucie miłości i wdzięczności w relacji przyjacielskiej   Dla mnie smutek jest wolnością  Jest powrotem zakochanego    Teraz to widzę - upadek nastał kiedy niegdyś zacząłem szukać pocieszenia    Czy możliwe że..... skoro teraz mam wiek Chrystusowy to można to interpretować tak, że zaczyna się dobre życie a ten smutek jest związany z nadchodzącym opuszczeniem ukochanego Człowieka, Bliźniego?   I.... może momentem samowiedzy, iż śmierć nie jest dla mnie końcem, przejściem ani nowym początkiem    Jest opuszczeniem ukochanego Człowieka.              
    • z trudnością się wyrasta przy małej ilości światła każdy zakalec wie dokładnie jak bardzo trzeba się naszarpać o odrobinę miejsca   wzdłuż wszerz w górę   mechanizmy tego klimatu nie są zbyt skomplikowane chelicery hoduje się własne a posila się bardzo rzadko na wstręt już nie zauważając   ani na własną okrutność   bo w ciemnym świecie żyje zwykle ciemne pożywienie i niejasne są przypadłości jakimi kieruje się posiłek znajdujący się tuż obok   może szuka odskoczni   gdzie wino nabiera mocy a na półkach obok niego kurzą się graty pośrupane imadło lub emaliowany garnek które nie chcą urosnąć   i nigdy nie potrzebowały  
    • @Maciej Szwengielski - mało osób potrafi właściwie zinterpretować Kazanie na górze, a przecież są dylematy, które tylko serce rozwiązuje właściwie. Wiele u Jezusa opowieści zilustrowanych przykładami, w których zawarto stosowne wskazówki – to pewnik. Czasem ewidentnie widać, że w danej sprawie należy się pokierować sercem, bywa, że nie ma wątpliwości. Duchowni krytykują z ambony modernizm, twierdząc, że to odejście od prawdziwej wiary. Czasem jednak wydaje się, że i u konserwatywnych filozofów katolickich jest za dużo wniosków na wyrost, a u duchownych – za dużo formalności. Kto ma czas zatrzymać się każdego dnia i przeczytać fragmenty, chociażby o rozmowach Chrystusa z faryzeuszami? Przecież tam Nazarejczyk mówi do każdego z osobna, to nauki o sercu. Przez miłość do Boga i ludzi. Po co to komplikować? Nie ma sensu mnożyć bytów ponad miarę.
    • Dedykuję wszystkim Polskim Asom przestworzy, którzy walczyli o wolność i honor dla Polski – niech ich odwaga i poświęcenie nigdy nie znikną z pamięci współczesnych Polaków. Jan Jarosław Zieleziński -----------------------------------------------------------------------------------------   Historia ta o Sprawie i Ludziach Honoru, ze zdjęć starych, pożółkłych – prawie bez koloru, O polskich pilotach wojny strasznych dni, Wolnych i walecznych – tak jak fri-ou-fri*. To historia o Polsce i jej losach w przestworzach, O sile i braterstwie będzie tutaj mowa. Przypomniemy Polaków bohaterskie dni, Z polskiego dywizjonu – asów fri-ou-fri. A więc, żeby nie przedłużać i zacząć od razu, Zasiądźmy za sterami i dodajmy gazu! Wzbijmy się angielskim myśliwcem w przestworza, Cząstki cień historii usłyszeć zza morza... Witold Urbanowicz, będąc nazbyt szczery, na zawodach, z Niemcami miał niezłe afery, Lecz pomimo dąsów i szwargotu pytań, do poziomu sprowadził pana Messerschmidta*. Potem w Anglii, będąc jako wing commander, RAFu opieszałość poznał całą prawdę. Miast czym prędzej Niemcom przypiłować śrubę, Cierpliwości Polaków RAF testował próbę*. Kapitan Paszkiewicz przerwał passę marną. Skrzydłami zahuśtał, po czym krzyknął: „Za mną!” I tak oto RAF z końcem dni sierpniowych, dopuścił dywizjon do lotów bojowych*. Znowu nas wysłali nad londyńskie doki, Blenheimy beztrosko suną przez obłoki... Znowu pilot „Paszko” wszystko to ogarnął. Klucz poderwał słowami: „Do ataku! Za mną!” Jan Zumbach w manewrze samolot przechylił. Już ma Szwaba w muszce! Ale cóż to? Chybił? „Coż to się tu stało?! A niech to cholera! Blokady ze spustu żem nie zdjął gdym strzelał!”* Skręcając dość silnie, aby się nie zderzyć, Blackoutu* doświaczył, lecz zdołał to przeżyć. Lecz co się odwlecze – to już nie uciecze... Cyk-cyk-cyk! – do Heinkla*, dym za nim się wlecze. Kanadyjczyk John Kent nos często zadzierał, By o mały włos Niemiec go ostrzelał, Pan Henneberg Zdzisław na niego nurkuje, Browning Hurricane’a Szwabu nos „pudruje”. „Dzięki, Sir” – Kent mówi (już podczas powrotu), „Żeś mi Messerschmidta zmusił do odwrotu.” „Nie ma za co, lecz poprawkę proszę małą wnieść: Sześć było tych Niemców. Nie jeden, a sześć.”* Stanisława Skalskiego Cyrk był niezłą hecą, Messerschmidtów chmara – Szkopy dzielnie lecą. Garstka polskich asów z nieba na nich spada! Strach Niemców obleciał – biada Niemcom, biada. Innym razem Skalski po podniebnych szrankach: radiostacja milczy, skrzydło ma w kawałkach, Hurricane’em swoim, gdzie zbiornik przecieka, Dotarł do Leconfield – tam już spokój czeka. Mechaników zespół złapał się za głowę: (Samolotu z akcji zostało z połowę) „Dziękuj Bogu na mszy metrową gromnicą! Bo Twój Hurricane, kolego, dziurawy jak sito...”* Zdecydować się na manewr „martwego silnika”*, To doprawdy rozterka pełna wszelkich pytań. Zabronionym manewrem, odwagą się wsławić, By maszynę wierną od śmierci ocalić. Pan Mirosław Ferić zapisał się chwałą, stworzył rzecz tak prostą jak i niebywałą, Dziennik dywizjonu, co się rzucał w oczy, Jerzy Szósty – Król Anglii – też inkaustem zroszył*. Dywizjonu dziennik chłonął wpisów inkaust i zgłoskami złotymi historię zapisał. Zaiste, alianci mogli Polakom zazdrościć – Dywizjonu 303 zwanego „Kościuszkowskim”. Jan Zumbach fantazji ułańskiej dochował, Tuż przy śmigle Kaczora pięknie namalował. Luftwaffe spogląda na raport wieczorem: „Zestrzelił nas ten podły samolot z kaczorem.”* „Johnny” wrócił „zawiany” po balandze nocnej, Do raportu stanął, RAF wkurzał wciąż mocniej. Jego para rąk się jednak w walce nada, Poleciał na akcję i zestrzelił Szwaba.* Wtem RAF raport słyszy przesuwając plansze: „Spokojnie, koledzy, ja go ciut postraszę.”* I już Zumbach serią zaczyna swe szycie, Kolejny Messerschmidt pożegnał się z życiem. Pan Josef František, co odłączał z szyku, stał się w RAF-ie pierwszym z takich samotników. Nad kanałem na Niemców często on polował, i kulami śmierci gęsto ich częstował.* Hurricane, Spitfire i inne maszyny, Tak zabójczo piękne jak alianckie dziewczyny*, Siekające ogniem karabinów Browninga*, Dobrych niemal prawie jak system Gatlinga*. Historia ta ma jednak gorzkie zakończenie: W Jałcie sojuszników zdrada cicho drzemie. Przywódcy aliantów tamtych strasznych dni – Churchill, Roosevelt, Stalin – ci nas zdradzili*. Defilada zwycięstwa i wolności znaków, Wszystkie armie świata, ale... bez Polaków. Ach! Nie sposób zdołać zawiłości tłumaczeń, Na pytanie starszej Lady: „Dlaczego pan płacze?”* -------------------------------------------------- Wiersz napisany na podstawie książki Lynne Olson i Stanley Cloud pt. "Sprawa honoru".

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      -------------------------------------------------- Wyjaśnienia do wiersza: [fri-ou-fri* – jest to swoista gra słów – otóż: liczba 303 wymawiana po angielsku w slangu wojskowym fonetycznie dokładnie tak brzmi, czyli: „three ou three”, natomiast paradoksalnie można ją czytać również jako „free, O! free...”, co w wolnym tłumaczeniu można by przetłumaczyć jako: <Polscy Piloci> „niosący wolność, którą tak ukochali”.] [*"do poziomu sprowadził pana Messerschmidta" -> patrz: opis incydentu przyłapania niemieckiego konstruktora Willy'ego Messerschmidta podczas wkroczenia na polskie zawody lotnicze NIELEGALNĄ i NIEPRZEPISOWĄ drogą, za co Witold Urbanowicz "ukarał" go upokorzeniem w postaci położenia się na ziemi pod groźbą użycia broni przez strażnika lotniska, gdzie odbywały się owe zawody lotnicze -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 57–58 (rozdział: „Polska „będzie walczyć”)] [*"Cierpliwość Polaków RAF testował próbę" -> patrz: opis odwlekania przez dowództwo RAF-u włączenia Polskich Pilotów do lotów bojowych -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 120–127 (rozdział: „Bitwa w Northolt”)] [*"dopuścił dywizjon do lotów bojowych" -> patrz: moment, kiedy dowództwo RAF-u – w obliczu wysokich strat własnych pilotów angielskich i brawurowej i udanej akcji zestrzelenia Messerschmidta – w końcu sierpnia 1940 roku zdecydowało się dopuścić Dywizjon 303 do lotów bojowych -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 127–128 (rozdział: „Bitwa w Northolt”)] [*„Klucz poderwał słowami: „Do ataku! Za mną!”” -> patrz: opis rozpoczęcia ataku na niemieckie bombowce (Blenheimy) przez klucz „żółty” prowadzony przez Kpt. Ludwika Paszkiewicza -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 139–140 (rozdział: „Mój Boże, oni naprawdę ich koszą!”)] [*„Blackoutu” -> czytaj: „blekautu”. „Blackout” jest to chwilowa utrata przytomności spowodowana nagłym spadkiem dopływu krwi do mózgu, najczęściej w wyniku przeciążeń, gwałtownych manewrów lub skrajnego stresu. Objawia się ciemnym „zamgleniem” w polu widzenia i utratą świadomości, która zwykle trwa kilka sekund. [*„Blokady ze spustu żem nie zdjął gdym strzelał!” -> patrz: próba otwarcia ognia ze swoich karabinów Browninga przez Jana Zumbacha i jego reakcję -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 140–141 (rozdział: „Mój Boże, oni naprawdę ich koszą!”)] [*„Heinkla” -> czytaj: „Hajnkla”. Heinkel He 111 był niemieckim bombowcem średniego zasięgu używanym w II Wojnie Światowej we wczesnych latach 40-tych] [*„(...) Nie jeden, a sześć.” -> patrz: opis ocalenia życia kanadyjskiemu pilotowi i jednemu z dwóch dowódców-nadzorców RAF-u Dywizjonu 303 (John Kent) przez polskiego pilota Dywizjonu 303 pana Zdzisława Henneberga -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 146–147 (rozdział: „Mój Boże, oni naprawdę ich koszą!”)] [*„(...) Innym razem Skalski (...)” -> o bohaterskich wyczynach Stanisława Skalskiego i jego Polskim Zespole Bojowym (ang. PFT = Polish Fighting Team, znanym częściej jako „Cyrk Skalskiego”) możemy dowiedzieć się z wielu źródeł, m.in.: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 268–269 (rozdział: „Wojna toczy się w Polsce”), lub np. książka pt. „Cyrk Skalskiego”, autor: Bohdana Arct (również polski pilot RAF PFT)] [*„manewr „martwego silnika”” -> był to zabroniony przez dowództwo RAF manewr polegający na zrestartowaniu silnika przez jego wyłączenie (i czasem ponowne załączenie). Manewr ten był często praktykowany (mimo kategorycznego zakazu dowództwa RAF) przez doświadczonych, polskich pilotów, w dwóch przypadkach: 1. Ocalenia maszyny po ciężkiej walce, kiedy maszyna była tak poszatkowana kulami wroga, że silnik ledwo „dociągał” do lotniska i wówczas piloci wyłączali silnik, żeby w końcowych kilometrach wylądować niczym szybowiec, LUB 2. Manewr ten był wykonywany w celu zyskania przewagi nad przeciwnikiem atakującym z dużą prędkością z ogona, kiedy to, wyłączając silnik np. Spitfire’a, polski pilot wykonywał manewr niemalże natychmiastowego zatrzymania Spitfire’a w miejscu (opór powietrza na wyłączone śmigło był znaczny), kiedy to wrogi samolot, np. Messerschmidt, dosłownie w ciągu 3-4 sekund wyskakiwał do przodu, stając się bardzo łatwym celem. Wadami tego manewru była wysoka zawodność silników Rolls-Royce Merlin, które miały problem z ponownym uruchomieniem w powietrzu. Pamiętać też należy, że w przypadku awarii na zbyt małej wysokości pilot myśliwca ginął, ponieważ wówczas nie było jeszcze systemu katapultowania się na spadochronie, a pilot, który chciał się uratować, musiał to zrobić ręcznie: otworzyć kabinę, wyjść/wyskoczyć i... PRZEŻYĆ, bo dość często zdarzały się przypadki rozstrzeliwania praktycznie bezbronnych pilotów opadających na spadochronie -> patrz: str. 62, książka pt. „Sprawa honoru”, rozdział: „Polska „będzie walczyć””] [*„Jerzy Szósty – Król Anglii – też inkaustem zroszył” -> patrz: opis złożenia wpisu przez Króla Anglii Jerzego VI w Dzienniku Dywizjonu 303 -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, str. 152 (rozdział: „Jak wiele im zawdzięczamy”)] [*„Zestrzelił nas ten podły samolot z kaczorem” -> Jan Zumbach na drzwiach swojego Spitfire’a na dziobie (a więc nieopodal śmigła samolotu) namalował Kaczora Donalda, wówczas popularnej bajki Walt’a Disney’a puszczanej jako filmy rozrywkowe w kinoklubach/messie oficerskiej -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, zdjęcie na str. 117 (rozdział: „Bitwa w Northolt”)] ["Poleciał na akcję i zestrzelił Szwaba." -> patrz: Jan Zumbach, „Ostatnia walka”, wspomnienia pilota Dywizjonu 303 – opis zestrzelenia niemieckiego bombowca podczas Bitwy o Anglię.] ["Spokojnie, koledzy, ja go ciut postraszę." -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, str. 150 (rozdział: „Jak wiele im zawdzięczamy”)] [*„Pan Josef František” -> był to pilot RAF-u czeskiego pochodzenia, ale pragnący latać w Dywizjonie 303 razem z – tak jak i on, nieco krnąbrnymi w kontekście sztywnych procedur RAF-u – Polakami. Zasłynął z tego, że często odłączał się z szyku, żeby „polować” na niemieckie samoloty, które „na oparach” paliwa wracały/uciekały w stronę niemieckich lotnisk -> patrz: książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 119–120 (rozdział: „Bitwa w Northolt”), oraz strony: 154–157 (rozdział: „Jak wiele im zawdzięczamy”)] [*„alianckie dziewczyny” -> mowa o wszystkich kobietach sił Aliantów, które swoją bohaterską postawą dołożyły się do zwycięstwa Aliantów w II Wojnie Światowej (w tym Polkach z polskich formacji wojskowych w kraju, tj. AK, NSZ czy BCh)] [*„karabinów Browninga” -> mowa o karabinach maszynowych stosowanych na pokładach samolotów myśliwskich. Choć wymienione zostały tutaj karabiny Browninga (najczęściej kaliber .303/7,7 [mm]) jako przykład, warto wiedzieć, że myśliwce dysponowały większym asortymentem rodzajów broni, jak np. CKM = Ciężkie Karabiny Maszynowe kalibru .50 (12,7 [mm]), działka Hispano kalibru 20 [mm], a nawet rakiety i bomby] [*„system Gatlinga” -> mowa o nowoczesnym typie ciężkich karabinów maszynowych wykorzystujących tzw. system Gatlinga, gdzie system zamka, spustu i budowy lufy umożliwia strzelanie amunicją wysokokalibrową tak, jakby to był bardzo szybki karabin maszynowy. Najbardziej znane przykłady to M-134 Minigun, czy działko Vulcan montowane m.in. we współczesnych myśliwcach F-16 Fighting Falcon.] [*„(...) ci nas zdradzili” -> patrz: historia zdrady honorowych przyrzeczeń wojskowych opartych na faktach na przykładzie Teheranu -> patrz: np. książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 275–277 (rozdział: „Wojna toczy się w Polsce”) oraz strony: 289–299 (rozdział: „Sprawa honoru”)] [*„Na pytanie starszej Lady: „Dlaczego pan płacze?”” - (czyt. "na pytanie starszej Lejdi: „Dlaczego pan płacze?”" -> patrz: opis defilady tzw. „wojsk sprzymierzonych” w kontraście do przepełnionego smutkiem Asa Polskich Pilotów Myśliwskich – Witolda Urbanowicza jako symbolu „zwycięskiej” Armii Polskiej, która na skutek nacisków Stalina i cichego przyzwolenia Roosevelta i Churchilla nie mogła uczestniczyć w zwycięskiej paradzie, która odbyła się 8 czerwca 1946 w Londynie -> patrz: np. książka pt. „Sprawa honoru”, strony: 15–18 (rozdział: „Prolog”)]    
    • śnię o umarłych nie widząc ich twarzy nigdy nie widziałem   cień pod ścianą stary przyjaciel którego porzuciłem   woła mnie matka ma otwarte ramiona za późno na miłość   jestem jak ona w krainie nieżywych tęsknię za życiem  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...