Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Cykuta warg
Gdy zbliżasz swą ośmiornicę.

Trująca paproć
Ofiarowana łagodnie i przejmująco.
Potworność -
Ukryta w miękkiej skorupie czasu
który mi wręczasz na pożegnanie,
Na wygnanie z życia.

Moja bezsenność żeruje
W trumnie ramion Twoich.

Czuję się zamknięty przez miłość
Czuję się dręczony przez wyrazistość
Twojego najwyższego spokoju
Gdy twarz staje się niewyrażalna
Gdy okazuje się martwa - żyjąc...

Drwisz milczeniem
Rozdzierając mnie i dławiąc.

Jesteś jak zaraza
Którą tłumy wielbią...
Jesteś jak hipnoza
Eksplodująca wewnątrz
Mego umysłu
Robaczycą mentalnej zgnilizny.

I zawsze będę Cię kochał
Moja jadowita lilio
Zainfekowałaś mnie uczuciem
I uczuciem spalę swoje krainy
W imię Twoich spektakli
I w blask łona Twego

- Melancholio

Opublikowano

trudno nie zgodzić się z Agnieszką, choć mam wiele zastrzeżeń co do słó użytych,

np. "zainfekowałaś mnie"

"robaczyca mentalnej zgnilizny"

wyraźne przeładowanie "okropnościami". I słaby tytuł.

Jednak jest w tym wierszu, nacechowanym patosem ponad miarę - klimat.
Nie taki, ktory lubię, ale to nie ma nic do rzeczy. Klimat twój. Wyrazisty. Choć moim zdaniem - wypozowany lekko.
pozdrawiam - Mirka

Opublikowano

W zamierzeniach tego tekstu miał on się właśnie "wbijać pod skórę", jednocześnie jest co prawda przesadzony i nudny, to zależy jak gdzie, podczas czego się go czyta. Choć ja pisałem czując, mogę się przyznać że bardziej go sam czuję niż rozumiem.
Napuszone obrzydliwości jak najbardziej były zamierzone, wylewałem swoją gorycz, gniew, złość stojąc na przystanku i pisząc... ech zwykła proza życia.

Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...