Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Dom rozbrzmiewał Porażką. Porażka była wszędzie. Dokądkolwiek tata poszedł- Porażka. Gdziekolwiek mama usiadła-tam była ona. Zrezygnowani już dawno zdecydowali, że będą puszczać uwagi swej córki mimo uszu.
Ale to nie było łatwe.

- Jak było w szkole?
Spojrzenie spode łba
- Porażka. Jak zwykle.
Uradowane twarze rodziców. Odezwała się!!!
I spokojny przemarsz ich córki do otoczonego ostrokołem pokoju, pardon, bunkra. Głośny trzask drzwi. Koniec- na dziś audiencja skończona. Zresztą Porażka była wyjątkowo łaskawa. Zwykle kończy się na 7- literowej odzywce, dzisiaj padły zaś trzy słowa. Czyżby Porażka zaczynała wykazywać chęć do komunikacji? Coś podobnego...

Kiedyś dom był inny. Rozbrzmiewał Klarą. To Klara była wszędzie. Nie było kąta, gdzie można by się było ukryć przed jej ożywczym śmiechem czy spojrzeniem, wcale nie spode łba, modrych ocząt. Nikt nawet nie myślał, by nazywać to rozanielone dzieciątko Porażką. To, co ostatnio stało się faktem, było wcześniej nie do pomyślenia.

Ale Klara, jak łatwo się domyśleć, zmieniła się. W mgnieniu oka przestała być promienną dziewczynką, a stała się mrocznym wampem, z wszędzie widocznym piętnem porażki.
- Jak mogłaś się tak zmienić! Moje kochane dziecko wyrosło na coś takiego. Czy to nie jest...
- Porażka? Tak, mamo, to jest porażka. Miłej nocy.
Ale matka spać nie mogła wcale. Zbyt bolała ją ta nagła metamorfoza. Odkąd Klara „zachorowała”( „A jak inaczej nazwać takie zachowanie? Mówię ci, to choroba! Lekarza jej trzeba!”), jej matka nie zmrużyła oka. Pytacie co z ojcem? Ten natomiast spał jak kamień- prawdopodobnie by uchronić się przed depresją, której niezawodnie by się nabawił, myśląc o nie do końca normalnej córce. Gdy on chrapał, matka myślała. Cóż kiedy nie zdołała nic wymyślić? Jednym słowem... porażka. I to na wszystkich frontach.
Klara chodziła kiedyś do zwykłej szkoły. Do swego ośrodka nauki miała zaledwie 5 minut. Nawet lubiła tam chodzić. Dzieci przyjemne, nauczyciele mili, no i blisko. Ale potem nastąpił przełom- porażka. I wszyscy się od niej odwrócili. Skrzynkę zaczęły napełniać listy ze skargami, aż w końcu rodzice nie wytrzymali. Dyrekcja zresztą też. Porażka została przeniesiona.

W nowym gimnazjum było niewiele lepiej. Owszem na początku Porażka próbowała się hamować, ale potem już nie bardzo umiała i ... „cudowna atmosfera szkoły” prysła. Wlokąca się po korytarzach czarna dama z jednym tylko słowem na ustach nie mogła być zbyt dobrym przykładem dla reszty uczniów tej elitarnej placówki. Wkrótce okazało się też, że w jej rodzinnym miasteczku są same elitarne szkoły i „odmieńców” nie przyjmują.

Rodzice już tracili nadzieję, gdy odezwał się telefon. Drugi raz i trzeci. Nie było wyjścia, trzeba było odebrać. Na drugiej linii wcale nie było kolejnej urażonej pani dyrektor. Kobieta miała miły, uspokajający głos. Powoli, ze wszystkimi szczegółami tłumaczyła rodzicom, o co jej chodzi. A oni kiwali tylko głową, coraz bardziej uśmiechnięci.
- Ona ją uratuje!!! Nasza Porażka wyzdrowieje!
Nie wiedzieli, że przed nimi mówiło tak już dziesiątki rodzin. I niestety musieli się rozczarować.

Porażka pojechała do stolicy w nowym ubraniu, specjalnie na tą okazję kupionym. Nie bardzo wiedziała, o co tyle zamieszania, ale przyjęła swą zwyczajną postawę obojętności i o nic nie pytała. Rodzice zresztą i tak nic by nie powiedzieli. Chcieli jej zrobić niespodziankę.

Około południa zajechali przed studio filmowe, gdzie roiło się od ekskluzywnych samochodów. Na widok szyldu nad wejściem Klara podniosła brwi- „PORAŻKA”. Zawierciła się niespokojnie na siedzeniu.

Przywitała ich bogato odziana kobieta w średnim wieku. Do twarzy miała przyklejony szeroki uśmiech.
- Jak podróż, kochanie?
- Porażka
Wypacykowana pani zwróciła się do rodziców
- Nie pomyliłam się. To prawdziwe złoto.

Pod wodzą kilku garderobianych Porażka została zaprowadzona do szatni. Nie była tam sama. Dzieci podobnych do niej było tam około piętnastu, wśród nich dziesięciu chłopców. Klara nie miała jednak ochoty z nimi rozmawiać. Pozostawało jej cierpliwie czekać.

Po dwudziestu minutach do małego pomieszczenia weszły jeszcze 3 dziewczynki. Pochód zamknęła wcześniej już spotkana elegancka pani.
- Co, kochani? Za pięć minut wchodzimy na wizję. Kasiu, Izko- przypudrujcie naszym małym gwiazdkom noski.

Klara miała złe przeczucia.

Nie myliła się.

Dzieci wprowadzano na scenę kolejno. Bez względu na wiek każde z nich przyprowadzane było za rękę. Wpierw jedno, potem drugie. Klara zadrżała. Miała numer 10. Już wiedziała, co ją czeka i ta wizja wcale jej się nie uśmiechała. Szereg pytań, łkające dziecko odprowadzane do drzwi, tam czekają rodzice, którzy w następnej chwili są w szoku- stan ich latorośli jeszcze pogorszył się!

Lekko zdenerwowana Porażka zaczęła przechadzać się po korytarzu. Była stremowana. Wcale nie dlatego, że przed telewizorami siedziały być może jej byłe koleżanki, koledzy z podwórka czy nawet egzaltowane panie dyrektorki. Nie. Klara bała się pytań.

Bo pytania, co tu mówić, były wredne.

Spacerek niewiele pomagał, wolała to jednak niż siedzenie wśród jeszcze bardziej spanikowanej trzódki małolat, które niczym zaklęcie powtarzały wciąż „porażka”. Noga za nogą, krok za krokiem próbowała oddalić się od tego, co ją niechybnie czekało. Przemierzała niespiesznie korytarze, gdy wtem jej uwagę zwróciły dobiegające z garderoby głosy. Stanęła na paluszkach, starając się nie oddychać i nasłuchiwała
- To ostatnie dziecko mi się udało, nie? Inne to są jeszcze trochę skażone...no wiesz, czasem wymsknie im się coś poza „porażką”. A ono jest genialnie zaprogramowane! Przeze mnie!
- Jak tyś to zrobił? Ja też próbowałem, ale jedyne, co mi się udało, to te skażone egzemplarze.
- Bo, chłopie, ty się do tego źle zabierasz! Kto to widział, by porządny Poisonier, chcąc zatruć umysł dzieciaka, zabijał królika- Klara usłyszałaby rubaszny śmiech. Usłyszałaby, gdyby nie zemdlała.- haha, królika!!!

Jej właśnie zabito królika. Najlepszego przyjaciela.

Był wczesny czwartek, przed lekcją biologii. Przyszła specjalnie rano, by móc nakarmić swego ulubieńca. Tego dnia nie była jednak sama.
Przed klatką stał postawny mężczyzna w czarnym płaszczu. Mierzył królika bacznym wzrokiem. Gdy Klara zbliżyła się, on wykonał gwałtowny obrót. Pan, który się do niej uśmiechał, był bardzo przystojny i sympatyczny.
- Jak tam samopoczucie, gwiazdko?
- Bardzo dobrze. Jak zawsze, gdy mogę zobaczyć Buksa- uśmiechając się wskazała królika.
- To zwierzątko ma dla ciebie dużą wartość, co?
- Oczywiście! Kocham je jak nikogo!
Mężczyzna poklepał ją po ramieniu
- Też taki kiedyś byłem. Jak ty. I wiesz co? Zraniono mnie. Nie chciało mi się żyć. To była porażka. Nie chciałbym, aby to samo spotkało ciebie- sięgnął swą wielką łapą do klatki- Gdy jesteś zbyt uśmiechnięta, gdy wszystko cię cieszy, jesteś dużo bardziej narażona na ataki wrogich ci ludzi. Optymizm szkodzi. To, co cię może uratować to „porażka”... Ja cię mogę uratować.- złapał królika za kark- Chcę cię uchronić przed złem tego świata. Dlatego nie piszcz, nie krzycz, bądź dojrzała. Tak będzie lepiej.- w pustej klasie rozległ się trzask. Zwierzątko upadło na podłogę- Nie! Nie klękaj przed nim! On już i tak nie żyje.
Po policzkach Klary zaczęły spływać łzy.
- Spokojnie, mała. To była twoja pierwsza porażka. Z biegiem czasu uodpornisz się na nie. I będziesz silna. Tak, silna! Jak ja!
- Nie chcę, nie chcę. Mój Buks...
- Nie płacz, mała. Gdy będziesz silna będziesz mogła bronić tego, co kochasz. Już nikt ci więcej nie zabije królika. Chcesz być silna?
Klara odwróciła gwałtownie głowę. Łzy lały się strumieniami.
- Widzę, że chcesz. Dlatego zawsze, absolutnie zawsze odpowiadaj na pytania „porażka”. Oni chcą cię zranić, ale nie wiedzą jak. Więc pytają. „Porażka” to rodzaj skorupy, ochrony, która nie dopuści do ciebie nikogo. Już nikt cię nie zrani.

Co najdziwniejsze, Klara mu uwierzyła.
Stosowała się do jego rad. Wypełniała każdą jego wskazówkę.

A dziś spotkała go. Nie miała, co do tego najmniejszych wątpliwości.
Chwiejnym krokiem ruszyła w stronę sceny.
„To wcale nie prawda, że to mi pomogło. Miało mnie uratować, a tylko pogrążyło. Cierpiałam dużo bardziej niż wcześniej. Nikt nie chciał ze mną rozmawiać, patrzyli jak na świruskę.
Dziś jednak koniec tego. Trzeba przerwać ten łańcuch”
Nie czekała długo na okazję- w chwilę potem przez głośniki rozległo się „numer 10”. Była gotowa.

- A teraz proszę państwa kolejna ofiara tej dziwnej epidemii- 15letnia dziewczynka z Wielkopolski. Od trzech lat cierpi na „syndrom porażki”, wielokrotnie zmieniała szkołę, jej codziennością stały się częste wizyty u psychologów. Nic nie pomogło. Witamy w naszym studio Klarę.
W sali rozległy się oklaski. Wszyscy czekali z niecierpliwością.
Wyszła, dumnie patrząc na elegancką prowadzącą.
Zacisnęła pięści, zęby, policzyła do dziesięciu i...ciach. Zadała cios.
Uśmiechnęła się.
A więc jeszcze nie zapomniała, jak to się robi!
Mina kobiety dobrze świadczyła o tym, że nie spodziewała się.
Szybko się opanowała. Taka jej praca.
- Bardzo miło nam cię poznać, Klaro. Czy tak właśnie mówią do ciebie w domu?
Skłamać, nie skłamać, skłamać....?
Nie.
- Tak, dokładnie tak. Klara to po przyjaciółce mojej babci. Przyjaciel mego dziadka miał na imię Gustaw, więc w sumie cieszę się, że urodziłam się dziewczynką.
Publiczność nie bardzo wiedziała, co ma robić. Oni też nie spodziewali się. Przyszli na program o dzieciach z problemami, a ten przypadek jakoś nie pasował do reszty.
Co po niektóre osoby parsknęły śmiechem. Zaraźliwym.
Wytworna kobieta na scenie zawrzała
- Czy rzeczywiście tyle razy zmieniałaś szkołę? Podobno –założyła okulary i wyjęła jakieś dokumenty- cytuję z akt naszego małego gościa, podobno „miałaś zły wpływ na uczniów i swoim zachowaniem uniemożliwiałaś im cieszenie się swoim dzieciństwem i młodością”. To prawda?
Klara wybuchła śmiechem. Miała wrażenie jakby z jej ust wyrywał się nieprzyjemny zgrzyt. Nie śmiała się od wieków i aż dziw brał, że jeszcze pamiętała jak to się robi. Nikt chyba jednak nie zauważył tego braku naturalności. Chora dziewczynka śmiała się. Sala była zdumiona.
- Nic nikomu nie zabraniałam, nie uniemożliwiałam. Zachowywałam się całkiem normalnie- przy tym kłamstwie nie zadrżała jej nawet powieka- A to, że niektórym moje zachowanie nie odpowiadało? No cóż, zdarza się- posłała widowni najpiękniejszy uśmiech, na jaki było ja stać.
Pani z programu nie chciała dać za wygraną.
- Oczywiście, moja gwiazdeczko, oczywiście. Liczba szkół, z których cię wyrzucono, jak podali w ankiecie twoi rodzice, jest rekordowa. Przypomnij mi ile to w końcu było?
- W ciągu dwóch lat zmieniałam szkołę 12 razy.- na scenie rozległo się głośne „ach”- I teraz chyba mam dość dobre rozeznanie we wszystkich szkołach w okolicy. Gdyby ktoś nie mógł się zdecydować- służę radą.
Prowadząca zacisnęła zęby. Mięśnie żuchwy zaczęły mocno drgać.
- A pamiętasz może moment, gdy to wszystko się zaczęło? Jakieś mocne przeżycie? Może śmierć kogoś dla ciebie ważnego?
Klara przełknęła głośno ślinę. Teraz zaczynały się tortury.
- Na pewno miałaś swoje ulubione zwierzątko. To był piesek, kotek, rybki...a może króliczek?- zobaczyła w oczach bezdusznej kobiety błysk triumfu
Klara cała drżała. Postanowiła jednak zerwać z przeszłością. Odciąć się od ciągłej „porażki”.
- Tak, miałam kiedyś króliczka. Kochane stworzonko...
- Co się z nim stało? Czy miało to jakiś wpływ na zmianę w twoim zachowaniu?
Klara zamknęła oczy. Odczekała chwilkę.
- Dziwne, że pani wie o mnie aż tyle...
- To wszystko z ankiety, kochanie. Twoi rodzice...
- Moi rodzice nic nie wiedzą o króliczku, o tym jaki miał on wpływ na wszystko inne. Nie mają pojęcia o incydencie w klasie. Za to widzę, że pani ma.
Tłum na siedzeniach zafalował. Atmosfera robiła się gorąca. Niektóre zgorszone konserwatystki parskały pogardliwie- chciały zobaczyć biedne, zmaltretowane chorobą dzieciątko, a miały przed sobą młodą pannę, która robiła wyrzuty prowadzącej. Katastrofa! Co też się z tym światem porobiło!
Osoba, na którą Klara przypuściła atak stała nieporuszona. Szukała wyjścia z sytuacji.
Znalazła
- Ależ gwiazdeczko. Nawet początkujący psycholog zauważy, że takie coś miało miejsce. Te wszystkie emocje bardzo łatwo wyczytać z twojej twarzy.
- Skoro pani tak mówi...- Klara uśmiechnęła się ironicznie- Zastanawiam się jednak, dlaczego wmawiacie nam chorobę. Ja wcale nie jestem chora. Inne dzieci też nie. To tylko wy zatruliście nasze umysły. Jak oni się nazywali? Poisonierzy? Tak, każdy z nas widział takiego. Przyszedł, wmówił, że należy mówić „porażka”. Po kilku latach wezwanie do programu. Bo mają pomóc.
Klara krzyczała. Prowadząca siłą woli powstrzymywała się od rękoczynów. Trzęsła się. Przez mały mikrofon na bluzce wzywała ochronę.
- Wcale nie pomagają. Pogrążają. A wy na pewno coś za to dostajecie. Za tą waszą udawaną pomoc. Może od służby zdrowia? Może jakiś litościwy prywatny sponsor? Staruszek- miliarder, który przejął się losem dzieci z „syndromem porażki”? No powiedzcie, bo...
Nie dokończyła. Została wywleczona ze sceny przez dwóch drabów w czarnych uniformach.
Nie byli oni zbyt delikatni.
Ich głupawe zabawy i złośliwe przytyki przerwał ktoś, kogo już wcześniej widziała.
Wtedy, trzy lata temu.
Facet w czarnym płaszczu.
Mężczyzna, który zabił jej królika.
Poisonier.
Zamknęła oczy, oddech stał się płytszy.
- Przestań. Na scenie taka odważna, a tu sra w gacie?
Popchnął ją do przodu. Zmusił, by wstała.
- Cruella porządnie się wkurzyła. Bierz rodziców i zmykaj. Powinniście zmienić adres, najlepiej jeszcze województwo. Skompromitowałaś ją, a ona łatwo nie popuszcza. Biegnij już
Klara stała jak wryta. Nie rozumiała. Nikt by nie zrozumiał.
- Czemu to robisz?
Spojrzał na nią groźnie.
- Biegnij, nie marudź.
Posłuchała.
Biegła szybko. Nie mogła usłyszeć ostatnich słów Poisoniera.
- Czemu? Bo zabicie królika było największą porażką mego życia. A ja w sumie nie lubię porażek.
Była daleko. Nie mogła usłyszeć słów człowieka, który ją skrzywdził.
A szkoda.



Jego radę wzięła sobie do serca. Chciała pomóc innym „skażonym” dzieciakom, ale brakowało jej odwagi. Panicznie bała się konfrontacji z Cruellą. Więc czekała. Dwadzieścia lat później Klara postanowiła odkupić swoje winy- lata milczenia i biernego przyglądania się. Postanowiła bronić tego, co kochała. Została panią senator. Na służbie społeczeństwa.
Nikt nie słyszał, by kiedykolwiek powiedziała o czymś „porażka”.
Wszystko kwitowała uśmiechem.
I często powtarzała „Biegnij, nie marudź”

Bo mimo upływu czasu, Klara nie zapomniała.
O niczym.

Opublikowano

ładnie przedstawiłaś Porażkę i jej chęć odmiany swojego losu.
młodzieńczy bunt przeciw autorytetom to jest to co mi sie spodobało w tym opowiadaniu.
uciec przed pesymizmem - biegnij nie marudź - każdemu taka rada sie przyda.

Opublikowano

Leszku, Aksjo! Dzieki wielkie za komentarze!
Na szczęście sama nie mam takich "porażkowych" doświadczeń, dlatego moje teksty są takie naiwnie optymistyczne...
ciesze się, że to opowiadanko nie zostało zakwalfikowane jako totalna porażka:)
Pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena De-Tre Dzisiaj w nastroju na blusik, chociaż jazz też bardzo lubię. Chyba, że coś "zmierzłego" dla ucha sobie zapodam...Kurta Weilla może...

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Oglądaj, komentuj i krytykuj...zabronić Ci tego przywileju w stanie nie jestem (ale jak będziesz zbyt wredna to Cię odeślę wraz z dedykacją do jednego z moich, specjalnie stworzonych na taką właśnie okazje, dzieł absolutnych z serii "wiem lepiej" ....żebyś tylko mi się na poziom V nie załapała....straszna wulgara...uffff...) Doszedłem do wniosku, że do pracy nad dalszymi rozdziałami muszę się bardziej gruntownie przygotować. Tak więc zacznę od lektury Twoich książek...którą na początek? (tak, żeby się zachęcić, albo nie zniechęcić ) "Ludzie w biegu" czy "Na krańcach klawiatury"? Szczerze mówiąc tytuł pierwszej już mnie drażni...nie lubię pośpiechu, to raz... a dwa, do gatunku ludzkiego nabawiłem się swojego rodzaju alergii ...ale nie oceniamy książki po tytule...czy jakoś tak Zakładam, że jakieś "wystąpienia publiczne", związane chociażby z promowaniem wydanych przez Ciebie książek, już zaliczyłaś...o co Cię głównie ludzie/fani pytają? (muszę się zapytać, żeby nie dublować tematów w mojej biografii ... w sensie Twojej ) Tak to bywa, że na dnie doliny jest znacznie lepiej na samej górze...człowiek nie rzuca się w oczy,co pozwala na zachowanie własnego ja (w miarę możliwości rzecz jasna, trzeba jeszcze brać pod uwagę presje środowiska pozostałych "doliniarzy" ),  doskonale widać co się dzieje na szczycie , a i upadek mniej boli (przewalając się z doliny w dolinę jeszcze nikt chyba krzywdy sobie nie zrobił ). Dobrej nocy P.S. Bodetré i futbol.....???? ...armagedon się iści....
    • Nieruchomieją w apatycznej formie lirycznej i zastygają w obłokach niedomówień tracą powoli barwy tuląc szarość minionych snów na koniec milkną w dokolnej ciszy prosząc zegary o jeszcze jedną chwilę nasączoną szeptem niewypowiedzianych słów.   Autor fotografii: Mirela Lewandowska  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Gosława piękna, zmysłowa liryka o charakterze intymnym, traktująca o głębokim przeżyciu cielesnym i emocjonalnym. Podoba mi się motyw czereśni- ten ich soczysty smak i cudny kolor nadają  ciekawej barwy wersom. Natomist ta zieleń jest dopełnieniem całości obrazu , który tak pięknie pieści wzrokiem...
    • @violetta

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Tekst powtórkowy?     Na cholerę tutaj przyszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane nieco. Dobrze chociaż, że las niczego sobie. Żeby jeszcze drzew nie było. Zasłaniają widok. No nic. Muszę wyciągnąć bułkę z wątrobianką. Uwielbiam. Tym bardziej, że zgłodniałam trochę. Coś mnie w to miejsce sprowadziło… ale co? Przeczucie lub jakieś inne pieprzone zjawisko, którego pojąć nie mogę.    Zgryzam. A niech to. Za raptownie przedziałek dupki nadusiłam i część nadzienia, gęsto szybuje na ściółkę leśną. Dziwna jakaś… materiałowa. Wiem, bo dłonią pomacałam. Muszę wytrzeć papierkiem, bo plama będzie. Dobrze, że nie wierzę w krasnoludki, bo jeszcze by łydki pogryzły, gdyby dostały szarą masą po kapeluszach. Durnowata ja. Najlepszy apetyt, poszedł się…    … a to co? Budka z piwem? Chyba nie, gdyż dziwna jakaś. I skąd nagle tu, po oczach daje. Ciekawe, czy pomoże? Słyszę, jakby za mgłą, że niby tak. Co tak? Może ćwierka ptak? Na dodatek najbliższe drzewa wokół, nabierają błękitnego koloru, a drzwi w owym czymś, samoczynnie otwarte na żółto. Czyżby chatka chciała, żebym tam wlazła. Takiego! Nigdy w życiu – nagle wrzeszczę na całe knieje, pokazując wejściu środkowy palec…    … tylko nie mój. Skąd to obrzydlistwo w dłoni. Inny jakiś. Jakby nie z tego świata. Nawet nie wiem, czy to faktycznie palec. Jedno jest raczej pewne… wskazuje kierunek, a ja nie mogę nie chcieć, wbrew sobie. Na dokładkę w drzwiach chatki, widzę moją matkę. Kiwa do mnie uśmiechnięta i zaprasza na ulubiony obiad. Tak jak kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką. Oj nieładnie, brzydko wprost. Ktoś mi gra na emocjach. Chce zwabić, bym tam weszła. Znowu pokazuje, tym razem swój i co…    … i wchodzę, do wewnątrz, niczym bydlę na rzeź. Od razu lepiej – stwierdzam sarkastycznie – drzewa nie zasłaniają. A dlaczego – myślę jak umiem – bo ich nie ma. Oddycham z ulgą. Potrafię jako tako logicznie rozpatrywać w tej krainie, w której nagle zaistniałam.. Dobrze, że zapasowa bułka z wątrobianką jest ze mną w potrzebie. Symbol więzi z tamtym lasem, by nie zgłupieć zupełnie. Tak daleko, że już nie ma powrotu. Dopiero teraz popatruje wokół, co jest, a czego nie ma.    Niestety, mózg nieprzystosowany. Widzi wszystko po raz pierwszy w życiu, ale tak naprawdę, łącznie ze składowymi obiektów, czy czegoś tam. Nie potrafi przerobić na rozpoznawalne obrazy. Brakuje mu punktów odniesienia. Jestem jak ten niemowlak. Dostrzegam jakieś zamazane kształty. Widzę po ludzku, tylko żaden z tego pożytek, w tym obcym świecie.    Jedyne co rozpoznaje, to swoją twarz w lusterku – nie pamiętam żebym brała – dalsze ciało, bułkę i wspomnianą wątrobiankę. Dobre i to. Jak to… ciało? Kurdę, jestem naga, do ostatniego szczegółu. Na domiar złego, czuję wokół… obecności. Tylko tak mogę to określić. Najbardziej jedną. W ten sposób, że aż ciało moje, drży i wcale to nie jest, takie znowu nieprzyjemne. Zaczynam iść przed siebie…     … kolejna ciekawostka. Widzę, że idę pod górę… lecz nogi, mówią wyraźnie, że schodzę w dół. Muszę wstrzymywać kroki, by nie zjechać po tyłku. Taka sprzeczność, jest trochę męcząca dla mózgu. Nagle całkiem niespodziewanie, dostrzegam siebie, przy… przystojnym kształcie, w ludzkim pojęciu. Obiekty wokół nabierają jakiegoś sensu, lecz mam dziwne wrażenie, że nie zabawię tu dostatecznie długo, by rozpoznać do końca. Siedzenie, sprawia mi coraz większą trudność. Mam ścierpnięte ciało. Słyszę – odpręż się. To sama wiem. Jakie siedzenie? Gdzie? Przecież chodzę tu, lecz nagle przystaje. Normalnie mnie zatyka...       … i odtyka, gdyż ów przystojny kształt – o matko – urywa mi głowę. Zaczyna pieścić i jakby całować, tylko czym. Zamazany cholerny kształcie, pokaż wreszcie swoje oblicze. Nienawidzę cię. No nie, nie mogę powiedzieć, to całkiem przyjemne nawet. Aż mnie nawiedzają spazmy rozkoszy. Chociaż z drugiej strony, jak on śmie. Bez mojej zgody. Jaki on? Może ona? Pieprzone ufoludki. Co to w ogóle jest?     Czuję dokładnie, jego wyczyny z bliźniaczą głową. A jednak doznania więcej, niż boskie. Teraz wyrywa nogi z tułowia. Tej drugiej ja, oczywiście. Pieści me uda. Najpierw jedno, później drugie. No nie. Tylko nie to, co pomiędzy nimi, proszę. A jednak, wyszarpnął paskud jeden. Coś tam gmera, grzebie, wkłada. Cholernie przyjemnie. Odrywa moje piersi. Czule miętosi… i nagle koniec…       … raczej nie. Kolejna niespodzianka. Tamta druga ja, znika. Czuję teraz na całym ciele, delikatne stukanie. Co to znowu za cuda? I tak samo jak poprzednio, nagle mnie olśniewa. To mowa dotykowa. W zależności od tego, gdzie przypada ukłucie, znaczy inny… wyraz… lub literkę… myśląc po ludzku…     … bo tylko tak mogę myśleć, lecz zaczynam nieco rozumieć, co ów przystojny kształt chce przekazać. Czuję się cholernie… zakochana. A niech to, co za banał na obcej planecie chyba? Kształt… we mnie też zakochany. Zakochany? Co ja pieprzę za farmazony. Doprawdy, fajne tu się kochają, rozczłonkowując ciała, kochanej osoby. Chyba jednak zaczyna mi odwalać w tym pokręconej krainie. Nie mogę usiedzieć na miejscu, muszę pochodzić…    … i na cholerę tutaj przeszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane. Chyba na kogoś czekam. Tylko jak długo? No wreszcie. Idzie do mnie uśmiechnięty i już z daleka wrzeszczy, przepraszając za spóźnienie. Tłumaczy to tym, że dość długo trwało, zanim się upodobnił do męskiego, w każdym aspekcie, niekoniecznie na co dzień widocznym.       Jest coraz bliżej. Wreszcie przy mnie. Przytula mnie, a ja jego. W czasie pocałunku, mamroczę niewyraźnie, dziękując za wspaniały żart słowny, którym mnie obdarzył. Że niby… przerobiony na człowieka. Chichoczę w głos na cały las. On też. Jesteśmy tacy... nieziemsko szczęśliwi. Częstuję go połówką bułki z wątrobianką i po chwili, gnieciemy leśną ściółkę.      Po finalnym zakończeniu, zakładamy odzienia, chociaż nie czujemy się nadzy. Idziemy w kierunku obrzeża lasu. Jesteśmy na skraju. To początek rozłożystej łąki, nakrytej żywym całunem, z różnorodnych kwiatów. Z tyłu promienie słońca, prześwitują przez zielone gałęzie. Widzimy przed sobą nasze wydłużone cienie oraz fruwające na ziemi, ślady ptaków.   A jednak coś zakłóca wspólną sielankę. Zaczyna padać drobny grad. Migoczące drobinki, szybują w naszym kierunku. Czuję stukanie na sobie, w różnych przedziwnych miejscach, a on patrzy na mnie, jakby chciał coś powiedzieć.        
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...