Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

na pustyni moich myśli
jeden tylko taki rośnie
egoista w każdym calu

zielony samotnik
beznadziejny wodopijca

lubię gdy kwitnie
na różowo raz w roku
zrzuca kolce

nigdy nie usycha
czasem mam go dosyć

pełen życia nieustannie
rani inne moje myśli
wykańcza oazę pustości

cykliczne deja vu?
fatamorgana?

Opublikowano

oaza radości - do bani to
Po co ta inwersja w pierwszym wersie?
"rani inne mysli moje" - dlaczego nie "inne moje myśli"?
Wielokropki won!
No i w ogóle, jak interpuncja to wszędzie, albo nigdzie.
Raczej mi się nie podoba ten wiersz - i znów, można było z jajem ;)
Pozdrawiam.

Opublikowano

Pomysł nie jest zły, ale kilka fraz do wymiany.
Razi na początku na pustyni myśli moich - juz na samym starcie nie zachęca do czytania, choć dalej jest juz ciekawiej.
Do przeróbki też: rani inne mysli moje
wykańcza oazę radości

Proponowałabym napisać ten wiersz jeszcze raz w myśl symbolizmu, wiersz o kaktusie i o pustyni, bez bezpośrednich nawiązań do myśli. Niech czytelnik sam pomyśli nad ideą, a może przyjdzie mu do głowy własna, całkiem inna interpretacja. To nic zlego, że utwór wywoła w nim inne uczucia i skojarzenia, niż te w Twoim zamierzeniu. Sądzę, że byloby ciekawiej.
Pozdrawiam.

Opublikowano

NIe lubie wykorzystywania do konca jedenj metafory... Tutaj zostałwykorzstany kaktus, calkowicie wykorzystany:P Sporo banału i patosu. I jest kilka paradosków, tzn, jezeli chodzi o moja interpretacje. Ale, nie bede psuł zabawy innym:>

Pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...