Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

słyszysz? krople źdźbła

pieszczą czule całe łąki

trawy szumią wespół

z deszczem łzami

naprzemiennie

 

słyszysz? czy tylko ja słyszę

samiutki już zgubiony

od ciebie oddalony o pola

całe połacie miękkiej ziemi

którą cię przykryli

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Bez wątpienia byliśmy zgraną paczką. Szary Papier, Karton i ja, czyli Sznurek. Nic nie zapowiadało wstrząsających wydarzeń, które nastąpiły później, ale zacznijmy tę historię od początku.
       
      Spotykaliśmy się niemal codziennie, choć nigdy nie pamiętaliśmy poprzednich spotkań i za każdym razem cieszyliśmy się, jak idioci na swój widok i rozpoczętą przygodę. Wiemy o tym od innych np. od Taśmy Klejącej, która wspierała nas, jak najukochańsza siostra. Kiedy byliśmy gotowi, przewozili nas wózkiem i ładowali na furgon. Witaliśmy się z pozostałymi i gadaliśmy o wszystkim. Do jakiego miasta jedziemy, kto na nas czeka, jaką niespodziankę mamy ukrytą oraz czy lubimy swoją pracę. Oczywiście, że lubiliśmy swoją pracę! Nowe niespodzianki, nowi kumple, nowe miasta, nowe przygody, miały dla nas ogromne znaczenie, bo to oznaczało brak monotonii i nie groził nam weltszmerc. To coś miała nasza Taśma Klejąca i było z nią bardzo, bardzo źle. Nie wiedzieliśmy, co robić i jak ją pocieszyć. Dopóki nie pojawił się Dyspenser. Klawy gość! Jak wziął naszą Tasiemkę w obroty, to nikt nie mógł nadążyć! Aż miło było na nich popatrzeć.
       
      Wracając do tematu. Coraz więcej paczek znikało i została nas niewielka grupka, gdy zadzwonił do kuriera telefon. Słyszeliśmy dokładnie, co mówił i trochę byliśmy zaniepokojeni, ale mieliśmy nadzieję na szczęśliwe zakończenie. Ta rozmowa przebiegła mniej więcej tak:
       
      – Cześć Czarek, jadę w trasę, nie mogę mówić. / Wiem, zgodziłem się jutro, znaczy dzisiaj iść na piwo, ale Nowy dał dupy i musiałem go zastąpić. / Jeszcze kilka mi zostało, będę z powrotem po dwudziestej. / Jak jutro? Dzisiaj muszę wszystkie dostarczyć! / Nie, nie jestem daleko i nie, nie jestem strachliwą pizdą. / Zawsze dotrzymuję słowa! / Dobra, przestań, niedługo u was będę!
       
      Czekaliśmy spokojnie na rozwinięcie wydarzeń, które nie zapowiadały katastrofy. Nagle poczuliśmy, jak furgon zawraca i jedzie z nadmierną szybkością. Baliśmy się i wspólnie pocieszaliśmy, że kurier ostatecznie zmieni zdanie i zawiezie nas pod wskazane adresy.
       
      Niestety. W niedługim czasie samochód stanął i nic się nie działo. Nie wiedzieliśmy, co myśleć, co robić. Świat, który dotąd znaliśmy tylko z poziomu palety, właśnie składał się jak domek z kart.

      Czekaliśmy, aż nastała ciemność. Wtem drzwiczki od strony kierowcy drgnęły i z impetem wparował nasz kurier! Ruszyliśmy z kopyta, ale słyszeliśmy podniesione głosy z ulicy w stronę kierowcy i ponownie poczuliśmy niepokój.
       
      Tymczasem kurier włączył głośną muzykę i mknął autostradą. W międzyczasie dzwonił telefon, który nie tylko nas drażnił, ale również kuriera, bo w pewnym momencie rzucił telefon w głąb furgonu, a ten poleciał w naszą stronę. Byliśmy przerażeni!
       
      Auto jechało przeraźliwie szybko, a my ślizgaliśmy się po podłodze i obijaliśmy o wewnętrzne ścianki, tracąc na aparycji. Raptem z dużą prędkością furgon zaczął skręcać i stało się to, co przeczuwaliśmy od dłuższego czasu. Pojazd wywrócił się i spadliśmy z hukiem ze skarpy.
       
      W rezultacie, mimo zniekształceń, skrzywień, pognieceń, pęknięć, podarć, nasza przyjaźń przetrwała. Zawsze będziemy sobie bliscy i chętni do pomocy, bo przyjaciół nie zostawia się w potrzebie.


      __
      30 Lipca obchodzimy Międzynarodowy Dzień Przyjaźni

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       


  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach

  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Trafiła im kosa na kamień: e, i mak - a na sok miał i fart.  
    • 111. Łuk bogów (narrator: operator katapulty – katapeltes)   1.   Podeszła ostrożnie — jak zwierzę, które czuje ogień pod piaskiem.   2.   Mówi coś po swojemu. Brzmi jak wiatr w pustych łożyskach.   3.   Wskazuje na machinę. Chyba mnie pyta, czy to łuk bogów.   4.   Pokazuję jej dźwignię — dotyka ją jak struny starego instrumentu.   5.   Pyta wzrokiem, czy to naprawdę może zabić miasto.   6.   Wyjmuje swój łuk — drewno krzywe, ale śmierć prosta.   7.   Odeszła w stronę obozu. W powietrzu został zapach kurzu i żywicy.   8.   Nie wiem, czy coś się zaczęło, czy tylko skończyło.   cdn.
    • Asterion lśnił jak Syriusz  pośród wszechobecnego błękitu fal. Wyspa za dnia była niczym  afrodyzyjska, piękna muza, wygrzewająca się w okręgu stad mew. W ciszy gajów oliwnych i krzewów winorośli. Rozgrzany, prawie biały piach plaż, perlił się niczym diamentowe łzy. Z rzadka pobudowane chaty, przycupły na stokach delikatnych wzgórz. Kamienne drogi, sunęły mlecznymi wstęgami po bezkresie pól i łąk,  ukwieconych letnią byliną. Asterion był rajem. Ogrodem wiecznej szczęśliwości. Leżał z dala od utartych szlaków. Korsarskie wilcze stada,  zazwyczaj polowały na wschód od niego  pomiędzy Akhratos a Nekyrą. Dlatego większość kupieckich karawan, zwłaszcza francuskich, płynęło do i z Tulonu na zachód od wyspy, A umarli kapitanowie i admiralicja? Cóż, powiadają,  że Asterion był ich wieczną tawerną  dającą wytchnienie  po bólach i wyrzeczeniach marynarskiej doli. A kto lepiej przypilnuję skarbu  niż martwi kamraci.   Mimo przeszło dwudziestu lat  słonej niedoli losu, utraty dłoni i oka oraz kilku statków  i większości starej załogi, pamiętałem jakby to było ledwie wczoraj, gdy sporządzałem mapę  nad zakopanym świeżo dołem. W nim spoczywały dwie dębowe skrzynie. Jedna pełna złotych monet, druga drogocennych klejnotów za których wartość niejeden mąż oddałby swój cały honor, pozycję i duszę. W dole spoczywały też świeże ciała  mych niedawnych towarzyszy drogi. Ich piersi rozprute ołowianymi kulami, sączyły podłą, piracką krew na deski skarbu. Miałem jedynie nadzieję  że kiedyś mi wybaczą a ich dusze nie będą gnębić mnie w snach. Zresztą śniłem głównie o władzy i bogactwie  a nie o zapijaczonych, bezzębnych gębach, urwanych kikutach rąk i nóg  i kordelasach tak tępych  jak umysł większości parszywej braci. Miejsce kazałem oznaczyć,  usypanym naprędce kopczykiem  do wysokości bioder, kładąc jeszcze na szczycie dwudziestofuntową kulę armatnią. Której nie strawi żaden ogień, nie zmiecie wiatr  ani nie zmyje rzęsisty deszcz. Obiecałem sobie wrócić jak najrychlej. Jednak Bóg piractwa  miał dla mnie długą pokutę za grzechy. Zasadzki, pułapki, obławy, ucieczki. Blokady czy oblężenia. Przeżyłem wszystko oprócz własnej śmierci. Przeżyłem piekło. Morze ognia i wybuchy prochu. Złamane maszty i rozbite taranem kadłuby. Drogi prowadzące w gardziel szaleństwa. Szlaki błądzące pośród  zielonkawych, trupich mgieł psiej wachty. Za ten skarb jednak  mogłem odkupić wszystkie winy. Kupić kolejny okręt  i porzucić piractwo  na rzecz uczciwej kompanii. Taki był plan  przybywając o świcie na Asterion. Jednak piracka dola  to czasem nieśmieszny  acz całkiem udany żart losu.   Mimo dwudziestu lat rozłąki z tym miejscem, pamiętałem każdy zakręt drogi,  każde większe drzewo  i majaczące nieśmiało  w budzącym się przedświcie zarysy wzgórz na jaśniejącym z wolna horyzoncie. Doskonale wiedziałem  do którego parowu wejść  by zanurzyć się  w ciemnym i chłodnym tyglu  rozbudzonej obecnością człowieka przyrody. Pierwsze zdradziły mnie ptaki. Kolorowi lotnicy otworzyli oczka i dzioby. Rozwinęli pierzaste skrzydła. Zerwali się do ucieczki  w wyższe partie drzew. W gęste, gałęziste wnyki, krzewistych, kolczastych i chropowatych  form matki natury. Stamtąd obserwowały moje  przedzieranie się głębiej do serca lasku.     Mały, jutowy worek na moich plecach, haczył się o wystające patyki, sęki i popękaną, starczą korę. Miałem w nim kilof, łopatę  a także rum, chleb i łuczywo z hubką. Początkowo miałem wędrować w jego świetle  lecz kto wie  jakie licho bym tym na siebie zwołał. Na wyspie mieszkało  kilka może kilkanaście osób. Żadna z nich  z pewnością nie mieszkała tu  gdy zakopywałem skarb w ziemi. I chciałem by nadal był on tajemnicą.     Wreszcie teren zaczynał  delikatnie się wznosić. Pod moimi butami  rodziła się stromizna wzgórza. Wyszedłem na otwartą przestrzeń. Byłem już na tyle wysoko  względem tafli morza, że widziałem je jak na dłoni. Północna zatoka a na jej środku zacumowany mój bryg. Ostatni jaki ocalał z walki z angielską flotą. Morze było niespokojne. Silny wiatr dął z południa, chcąc jakby pozbyć się  natrętnych żagli okrętu i wypchnąć jego kadłub na otwarty akwen. Trupia bandera stąd niewidoczna, powiewała zapewne mocno, niczym wisielcze ciało buntownika  uczepione do foka na reji. A pod pokładem zebrani moi ostatni ludzie. Pijący i palący na umór. Liczący się z każdym moim słowem.     Chcieli tutaj płynąć. Liczyli na odpoczynek  po ostatnich fatalnych miesiącach. Zdziwili się jednak okrutnie,  gdy kazałem zacumować w zatoce, spuścić szalupę na wodę  po czym wsiadłem do niej samotnie i z rozkazem na ustach, by nie podążać za mną pod żadnym pozorem, zacząłem wiosłować ku piaszczystej plaży. Może obgadywali właśnie to że oszalałem i opuściłem okręt z własnej woli. A opuszczona załoga  ma prawo powołać nowego szypra  i oddalić się  w sobie jedynie znanym kierunku. Istniało takie ryzyko. Ale i tak było ono mniejsze  od dalszego przechowywania tu skarbu. Skarb wróci dziś ze mną.   Jakież było moje zdziwienie  gdy po chwili stanąłem  w miejscu ukrycia skrzyń. Bezsprzecznie nie było mowy o pomyłce. Stara kula leżała u moich stóp. Nie było jednak kopca a jedynie głęboki wykop i rozsypana wszędzie wokół  świeżo rozkopana ziemia. Była wilgotna i przeraźliwie zimna. Jak północna mgła lub dłoń topielca.     Skrzyń nie było nigdzie. Ani poza wykopem ani tym bardziej w nim. Lecz nie zionął on pustką… przeciwnie. Na jego dnie leżała postać przedziwna. Ni to człowiek ni karzełek, wpierw myślałem nawet,  że to porzucona, okropnie szpetna lalka. Miał wzrost butelki rumu. Był chudy, brodaty  a głowę miał przewiązaną  marynarską chustą. Uszy nieproporcjonalnie wielkie, były wręcz jak przyklejone do boków głowy. Nos krótki i haczykowaty, zgarbiony jak plecy marynarza  przy wciąganiu żagli. Od pasa w górę był nagi  a portki do kolan miał zszyte z jakiś przypadkowych gałganów materiału. Był bosy  a stopy jego od dawna  nie widziały ożywczej toni wody.     Spał w najlepsze  gdy zbliżyłem się do wykopu. Podniosłem nieduży acz dość ciężki kamień  i cisnąłem go w pierś karzełka. Otworzył leniwie oczy  i z marynarskim,  pijackim akcentem rzucił po holendersku. Czego?! Rzuciłem jeszcze jednym kamykiem. Tym razem trafiłem go w potężne ucho. Zaklął szpetnie i wstał. Rysy jego stały się wściekłe i groźne. Jedynie miną mógł nadrabiać  pozostałe swe braki. To ja ju zadaje pytania psie. Gdzie moje złoto i kamienie? Gdzie są skrzynie z tego wykopu? Mów po dobroci pomiocie  a nie skrócę Cię jeszcze bardziej  tym razem o głowę. Karzeł zaśmiał się jedynie. Zimno i okrutnie. Wczorajszy świt je zabrał. To było niedorzeczne. Świt!? Świt nie kradnie bo niby jak? Pytam ostatni raz kto zabrał skrzynie? Karzełek patrzył na mnie  ni to z poczuciem wyższości  ni to ze współczuciem. Przyszli po niego piraci. Rzucił wręcz wesoło. Jacy piraci? Nazwiska, miano okrętu  jeśli Ci wiadome!? Karzeł zrobił nieśmiałe dwa kroki  i powtórzył. Świt ich zabrał. Nie dogonisz ich. Sięgnąłem po kordelas i wbiłem ostrze pod stopy karzełka. Nie pieprz!!! O jaki świt chodzi? Karzeł znów rzucił wesoło. Vissingen, rok pański  tysiąc siedemset siedemnasty, dok drugi, finansowany z pieniędzy  kompanii wschodnioindyjskiej  i jego przyszłego kapitana. Oto kapitanie bryg De Dageraad Świt… wyszeptałem… Lecz teraz lepiej jest znany  ze zdobytego przydomku,  kontynuował karzeł. Teraz zwą go  De Dageraad … der Doden… Świt Umarłych… wyszeptałem po raz wtóry.     Karzełek roześmiał się diabelsko. Jeśli chcesz kapitanie odzyskać złoto to Świt Umarłych wędruję zawsze  z pierwszym brzaskiem  ze wschodu na zachód. Rodzi się i umiera wraz ze słońcem. Jeśli będziesz go śledził po tym gdy ostatni blask tarczy słonecznej zajdzie za horyzont, to biada Ci i Twojej załodze. Z tej nocy nie wychodzi już nikt. Bo dowodzi nim syn nocy. Gerrit van der Nacht I pamiętaj moje słowa. Wszystko co człowiek zakopuję, wcześniej czy później  rozkłada się w ziemi. Wszystko co wrzuca do morza, rozmywają jego fale. A wszystko co zabiera umarłym. Umarli zabiorą jemu. Pozdrów ode mnie kapitana. I wszystkich umarłych. Powodzenia. Przyda Ci się.   Widziałem moje skrzynie ułożone na jego pokładzie. Widziałem złoto. Monety. Kamienie. Klejnoty. Widziałem wszystko, co przez pół życia odbierałem innym ludziom. A pomiędzy skrzyniami siedzieli moi dawni towarzysze. Ci, których pochowałem. Ci, których zostawiłem na wyspach. Ci, których morze zabrało bez pytania o nazwisko. Jeden z nich podniósł głowę. Wracaj, kapitanie. Oddajcie mi moje złoto! Nie jest twoje. Ukradłem je. Właśnie dlatego należy do nas. Statek odpłynął. Ruszyłem za nim.   Płynąłem za Świtem Umarłych aż zniknęły gwiazdy. Płynąłem, aż ocean zrobił się ciężki i czarny jak ołów. Płynąłem, aż pod kilem usłyszałem głosy. Nie z pokładu. Z głębi. Wołały mnie. Jednym głosem. Moim własnym. Wtedy spojrzałem w wodę. I zobaczyłem otchłań. Nie miała dna. Nie miała końca. Nie miała nawet ciemności, bo ciemność jest przecież czymś, co można zobaczyć. To było miejsce, w którym nawet śmierć wydawała się zbyt mała. A Świt Umarłych płynął ku niemu. I wtedy ujrzałem przed jego dziobem  wykop w morskiej toni. Tożsamy z tym z Asterionu. Statek wracał do grobu. A jego grób był moim grobem. Nagle na jego rufie  pojawił się liliput z wyspy. Śmiał się i uderzał co chwila  w marynarskiej dzwonki. Odliczając czas do wiecznej tułaczki. Wachty umarłych. Świt Umarłych wpłynął do swego grobu  a my uczyniliśmy to w ślad za nim.          
    • @Charismafilos   Bardzo dziękuję!  Może to znak, że warto czasem spojrzeć na świat z innej perspektywy. :)))  Serdecznie pozdrawiam. :) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...