Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Historia edycji

Należy zauważyć, że wersje starsze niż 60 dni są czyszczone i nie będą tu wyświetlane
andrew

andrew

,,My ludem Pana 

i Jego owcami ,, Ps 100 

 

szybujemy jak ptaki 

wolność zabiera 

nas w kosmos 

na szczyty gór 

przemierzamy oceany 

 

atom gen komórka 

poznajemy zgłębiamy 

zamysł Boży 

bez ograniczeń 

 

to wielki dar 

 

jedyna przeszkoda

drzwi za którymi 

mieszka zło 

być dobrym 

czy ... dziś możliwe 

 

to już nie drzewo poznania 

wybór jest ten sam 

 

jesteśmy owocami 

kto idzie za pasterzem 

skosztuje zbawienia 

 

Jezu ufam Tobie 

 

6.2026 andrew 

Niedziela ,dzień Pański 

 

andrew

andrew

,,My ludem Pana 

i Jego owcami ,, Ps 100 

 

szybujemy jak ptaki 

wolność zabiera 

nas w kosmos 

na szczyty gór 

przemierzamy oceany 

 

atom gen komórka 

poznajemy zgłębiamy 

zamysł Boży 

bez ograniczeń 

 

to wielki dar 

 

jedyna przeszkoda

drzwi za którymi 

mieszka zło 

być dobrym 

czy ... dziś możliwe 

 

to już nie drzewo poznania 

wybór jest ten sam 

 

jesteśmy owocami 

kto idzie za pasterzem 

skosztuje zbawienia 

 

Jezu ufam Tobie 

 

6.2026 andrew 

Niedziela ,dzień Pański 

 

andrew

andrew

,,My ludem Pana 

i Jego owcami ,, Ps 100 

 

szybujemy jak ptaki 

wolność zabiera 

nas w kosmos 

na szczyty gór 

przymierzamy oceany 

 

atom gen komórka 

poznajemy zgłębiamy 

zamysł Boży 

bez ograniczeń 

 

to wielki dar 

 

jedną przeszkodą 

są drzwi za którymi 

mieszka zło 

być dobrym 

czy ... dziś możliwe 

 

to już nie drzewo poznania 

wybór jest ten sam 

 

jesteśmy owocami 

kto idzie za pasterzem 

skosztuje zbawienia 

 

Jezu ufam Tobie 

 

6.2026 andrew 

Niedziela ,dzień Pański 

 

  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...