Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Karol szybko, aby nie przedłużać już tego kontaktu wzrokowego, wstał i otrząsnął się z brudu, a słońce jego myśli zasłoniła pojedyncza, burzowa chmura. Oczywistym było, że fabryka chciała go zranić, lecz niedoświadczony chłopiec nie mógł stwierdzić, czy był to przejaw miłości, zawiści czy obojętności. Nigdy wcześniej nie przeszło mu przez myśl, że ona mogłaby go tutaj nie chcieć, lub jeszcze gorzej, chcieć mu tutaj tylko wyrządzić krzywdę. Ale przecież ten czar! Ten urok. Przyciąganie! Czy ona mogła się rozmyślić w połowie? Może takie opieranie się krzywdzie jest głupie? Naiwne?  

Za wielkie idee trzeba płacić, a wolność niewywalczona ideami jest tylko lenistwem. 

Mama i Tata też się kłócą, a nie oznacza to przecież, że się nie kochają. Gdziekolwiek by te myśli nie prowadziły, fabryka nadal ukazywała się przed chłopcem rzędem otwartych drzwi, swoją mową ciała wciąż zapraszała go do wzięcia kolejnego i kolejnego kęsa - tak nie wygląda zawiść. Budynek powoli się kurczył, im bardziej tracił na tajemnicy. Karol przyłapywał się na przechodzeniu po kilka razy przez te same korytarze, w poszukiwaniu następnego i następnego wrażenia. W pomieszczeniu, przypominającym jakby blat gigantycznej kuchenki (nad sufitem wisiała wielka, przypominająca okap maszyna), stały jedyne z napotkanych drzwi, które nadal wiernie broniły tego, co musiało stać po ich drugiej stronie. Zamknięte. Podłużna klamka wystawała jak licho wystawiona ręka, z paluszkami tak małymi, tak smukłymi, że aż proszącymi się o gwałt. Karol wiedział, że musi podjąć inicjatywę. Był jedyną siłą sprawczą w tym ceglanym organizmie, a przynajmniej tak mu się powinno wydawać. W pożądaniu fabryki, było to, aby chłopiec myślał o sobie jak o odkrywcy, Aleksandrze Macedońskim w prześmiewczym pomponiku (co się stało z pomponem? skończył, wraz z plecakiem, wciśnięty pod betonowe schody małej dobudówki). Stojąc na czele swej armii, Aleksander położył rękę na klamce, a ona, z zadziwiającą lekkością, praktycznie że bezszelestnie, ruszyła mechanizm zamka.

 

Głęboki zawód ogarnął oczy, które przygotowane na wejrzenie w dal kolejnego pomieszczenia, zatrzymały się na równoległej ścianie już po kilku przebytych metrach. Wzrok jednak gonił za przestrzenią, a mały schowek okazał się jednak otwierać, tym bardziej, im głębiej się w niego schodziło. Przed Karolem stanęły w kolejce schodki - małe, nieregularne i pokryte czarnym osadem wzbiły na nowo miksturę adrenaliny i podniecenia, której fusy zdawały się już powoli odkładać na dnie naczyń chłonnych chłopczyka. Karol nie mógł powiedzieć, że był na to zejście przygotowany, był jednak przygotowany na to, że stanie przed takim wyborem. Wymacał w wewnętrznej kieszeni kurtki zarys latarki, którą wykradł z narzędzi ojca, ciężkiej i grubej jak dojrzała cukinia. Musiał się on jeszcze chwilę zastanowić (to znaczy - skoncentrować w sobie całą determinację, pozbierać ją w jedną całość, a powstałą kulkę postawić gdzieś w gardle), zamknął więc z powrotem drzwi, cofnął się o parę kroków, i wyjrzał przez framugę okna na zewnętrzny świat, oddalony od niego parsekami nienazwanej przestrzeni. Zimny wiatr zdawał się jednak przemykać tutaj spomiędzy bloków, jakby ta granica pomiędzy wolnością a zniewoleniem nic dla niego nie znaczyła, jakby ten dech był jedynie wyziewem samej fabryki.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...