Jakże pragnę być kamieniem
Turlać się wiedziony nurtem
I nie kulić się na ziemię
Bom już kulą własnym sumptem
Jakże łaknę gubić liście
Stanąć godnie, chociaż nago
Gdy nawiedzi mnie o świcie
Niemy drwal z siekierą rdzawą
Jak pożądam uwić gniazdo
Na najwyższym szczycie drzewa
Tam docenić każde ziarnko
I nie szukać dróg do nieba
Nie czuć strachu, ani żalu
Że mi przyszło być człowiekiem
Który może dostać laur
Że sam depcze szlak
do piekieł
Bo na końcu – czeka meta?
Wybacz Boże za mój nietakt
Lecz zapytam całkiem jawnie
Czy poczeka także na mnie?
P.S.
Jak zwykle, bardzo proszę o krytykę. Pozdrawiam!