T. S. Eliot – Ziemia bezpłodna (1922)
„Nam Sibyllam quidem Cumis ego ipse oculis meis vidi in ampulla pendere, et cum illi pueri dicerent: Σίβνλλα τί ϴέλεις? respondebat illa: άπο ϴανεΐν ϴέλω.”
Ezrze Poundowi poświęcam
il miglior fabbro.
I. ... ZMARŁYM POCHÓWEK
Kwiecień to najokrutniejszy z miesięcy: wypycha
bzy z martwej ziemi, miesza
pamięć i pożądanie, budzi
wiosennym deszczem otępiałe korzenie.
Zima chroniła nas w cieple, okrywając
ziemię niepamiętliwym śniegiem, karmiąc
resztki życia zasuszonymi kłączami.
Lato nadeszło nagle, nadciągając nad Starnbergersee ulewą;
zatrzymaliśmy się w kolumnadzie
i poszliśmy dalej, ku słońcu, do Hofgarten,
piliśmy kawę i rozmawialiśmy przez chwilę.
Bin gar keine Russin, stamm’ aus Litauen, echt deutsch.
Kiedy byliśmy dziećmi, mieszkałam u arcyksięcia,
mego kuzyna – zabrał mnie na sanki
i byłam przerażona. Powiedział: „Marie, droga! Marie, trzymaj się mnie mocno!”. I pognaliśmy w dół .
W górach człowiek czuje się prawdziwie wolny.
Przez całą noc czytam; zimą jadę na południe.
Cóż to za korzenie się uczepiły, jakież to gałęzie wyrosły
na tych rumowiskach? Synu człowieczy,
nie zdołasz pojąć ni odgadnąć, bo znasz jedynie
ten zwał rozstrzelonych obrazów, wypalonych słońcem;
martwe drzewo nie udzieli ci schronienia, świerszcz nie da wytchnienia,
a wyprażona skała nie zanuci pieśnią.
Lecz przecież pod tym rdzawym głazem czeka cię chłodny cień
(wstąp w ten cień płowego głazu),
a ukażę ci coś odmiennego
niźli twój cień, który krokiem w krok idzie
za tobą o poranku, i ten, który wychodzi ci na spotkanie o zmierzchu;
ukażę ci, jaka trwoga tkwi w garści prochu!
Frischt weht der Wind
Der Heimat zu
Mein Irisch Kind,
Wo weilest du?
„Dałeś mi hiacynty raz pierwszy przeszłego roku;
Dziewczyna z hiacyntami – tak na mnie wołali”.
– A gdy spóźnieni, zdyszani
powracaliśmy z ogrodu hiacyntów,
miałaś pełne ramiona i włosy wilgotne,
dech mi odebrało, oczy mnie zawiodły,
i byłem ni żywy, ani martwy. Nie wiedziałem nic,
zapatrzony w światła rdzeń, w tę ciszę.
Öd’ und leer das Meer.
Madame Sosostris, słynna jasnowidzka,
jest mocno przeziębiona, lecz uchodzi
za najmądrzejszą kobietę w Europie
i ma talię kart ostrych jak brzytwa. „Oto – rzekła –
twa karta: Fenicki Żeglarz, który utonął.
(Oczami były te dwie perły. Nie odwracaj wzroku!)
A oto Belladonna, Pani Skał i Rumowisk, Królowa Sytuacji.
A tutaj mężczyzna z trzema kołkami, tu Koło,
A tu kupiec jednooki, a ta karta,
co jest pusta, to to, co na plecach niesie,
czego nie dane mi widzieć. Nie znajduję
karty Wisielca. Strzeż się śmierci w toniach!
Widzę tłum ludzi krążących wkoło bez celu.
Dziękuję. Jeśli zobaczy Pan panią Equitone,
proszę jej powiedzieć, że sama przyniosę horoskop:
w dzisiejszych czasach trzeba być tak ostrożnym...”
MIASTO NIERZECZYWISTE
Przez London Bridge, spowity w zimowego świtu mgłę brunatną,
tłum sunął ogromny; nie sądziłem,
że śmierć unicestwiła tak wielu.
Z ich ust płynęły westchnienia, choć krótkie i rzadkie,
a każdy z nich patrzył tępo pod nogi.
W górę i w dół ulicy King William płynęli jak rzeka,
do miejsca, gdzie wybijał godziny
dzwon Świętej Marii z Woolnoth,
znacząc głuchy ton na ostatnim uderzeniu dziewiątej.
Wtem zobaczyłem twarz znajomego
i zatrzymałem go, krzycząc: „Stetson!
Byłeś ze mną na statku pod Mylae!
Czy ten nieboszczyk, którego zasadziłeś w ogrodzie,
już zaczął kiełkować? Czy zakwitnie w tym roku?
Czy późny mróz nie uszkodził jego rabatki?
O, i trzymaj psa z daleka – to przecież przyjaciel człowieka,
żeby pazurami znowu go nie wykopał!”
„Tu! hypocryte lecteur! — mon semblable, — mon frère!”...
II. GRA W SZACHY
Jej krzesło, niczym tron wygrawerowany,
wśród marmurów błyszczało, gdzie szkło,
podtrzymywane przez sztandary zdobione owocującą winoroślą
(skąd wyglądał złocisty Kupidyn,
podczas gdy drugi
skrył oczy za skrzydłem),
odbijało płomienie siedmioramiennych kandelabrów,
kierując światło na stół, na którym
blask
jej klejnotów wychodził nam na spotkanie,
z satynowych szkatułek, lanych w obfitości.
W fiolkach z kości słoniowej i kolorowego szkła,
niezakorkowanych, snuły się
jej dziwne, syntetyczne perfumy,
w maści, proszku lub płynie – niespokojne, pomieszane,
topiły zmysły w zapachach; w powiewach powietrza,
które odświeżał przeciąg od okna, wznosiły się,
podsycając wydłużone płomienie świec,
ciskając dym w sufitu kasetony,
kołysząc wzory na rzeźbionym stropie.
Ogromne morskie bale, karmione miedzią,
płonęły na zielono i pomarańczowo
w obramowaniu barwnego kamienia,
w którego smutnym świetle pływał rzeźbiony delfin.
Nad antycznym kominkiem widniał obraz,
niczym okno wychodzące na leśną scenę:
przemiana Filomeli przez króla barbarzyńców,
tak wulgarnie wymuszona; a jednak ten słowik
wypełniał całą pustkę swym nienagannym głosem -
wciąż woła, a karawana idzie dalej:
„Cierp, cierp” uszom zatkanym brudnym woskiem.
I inne zwiędłe kikutów czasu ślady
opowiedziane na ścianach; gapiące się figury
wychylały się niebezpiecznie, uciszając cały pokój.
Na schodach szurały kroki.
W blasku ognia, pod grzebieniem, jej włosy
rozpostarte w ogniste pasma
rozbłyskiwały słowami, by nagle znieruchomieć.
„Jestem dziś cała w nerwach. Tak, w nerwach. Proszę cię, posiedź ze mną.
Mów do mnie. Dlaczego ty nigdy nic nie mówisz? Mów.
O czym myślisz? No, o czym? No?
Nigdy nie wiem, o czym myślisz. Myśl”.
Myślę, że jesteśmy w mysim labiryncie,
Gdzie umarli zgubili swoje kości.
„Co to za hałas?”
Wiatr w szczelinach murów.
„A teraz? Co ten wiatr wyczynia?”
Nic, jak zazwyczaj: nic.
„Czy ty nic nie wiesz? Nic nie widzisz? Nie pamiętasz nic?” Pamiętam:
To perły, które były jego oczami.
„Żyjesz czy nie? Nic ci nie siedzi w głowie?”
Ale
O O O O, ten szekspirowski kawałek –
jest taki elegancki,
taki inteligentny.
„Co mam teraz zrobić? Co mam z sobą zrobić?”
„Wybiegnę tak, jak stoję, i pójdę sobie ulicą
z rozpuszczonymi włosami.
Co będziemy robić jutro?
Co będziemy w ogóle robić?”
Gorące źródła o dziesiątej.
A jeśli będzie padać, o czwartej kryty powóz.
I zagramy w szachy,
zaciskając powieki i czekając na pukanie do drzwi.
Kiedy męża Lil wypuścili z wojska, powiedziałam...
Nie przebierałam w słowach, powiedziałam jej prosto w twarz:
SPIESZ SIĘ, JUŻ CZAS
Albert zaraz wróci, trochę się ogarnij.
Będzie chciał wiedzieć, co zrobiłaś z pieniędzmi, które ci dał,
żebyś sobie wprawiła zęby. Dał ci, sama widziałam.
„Usuń je wszystkie, droga Lil, i spraw sobie sztuczną szczękę” –
powiedziałam, przysięgam, nie mogę na ciebie patrzeć.
Ja też nie, powiedziałam, i pomyśl o biednym Albercie,
on jest w wojsku od czterech lat, chce się trochę zabawić,
a jeśli ty mu tego nie zapewnisz, inne to zrobią za ciebie. Tak jej powiedziałam.
O, tak? – powiedziała. Coś w ten deseń – powiedziałam.
Wtedy będę wiedziała, komu mam podziękować – powiedziała i spojrzała mi prosto w oczy.
SPIESZ SIĘ, JUŻ CZAS
Jeśli ci się nie podoba, możesz tak żyć dalej– powiedziałam.
Inni mogą sobie wybierać, skoro ty nie potrafisz.
Ale jeśli Albert cię zostawi, to nie dlatego, że nie próbował.
Powinnaś się wstydzić – jej powiedziałam – wyglądasz jak stara szmata.
(A ona ma dopiero trzydzieści jeden lat).
Nic na to nie poradzę – powiedziała, krzywiąc się –
to przez te pigułki, które brałam,
żeby z tym skończyć – powiedziała.
(Ma ich już pięcioro i o mało nie umarła przez małego George'a).
Aptekarz jej powiedział, że wszystko będzie w porządku,
ale już nigdy potem nie było tak samo.
Jesteś skończoną idiotką – jej powiedziałem.
No cóż, skoro Albert nie chce dać ci spokoju,
to proszę bardzo – powiedziałam –
po co wychodziłaś za mąż, skoro nie chciałaś mieć dzieci?
SPIESZ SIĘ, JUŻ CZAS
No cóż, w tę niedzielę Albert był w domu, ugotowali szynkę
i zaprosili mnie na kolację,
żebym poczuła jej smak na gorąco.
SPIESZ SIĘ, JUŻ CZAS
Dobranoc, Bill. Dobranoc, Lou. Dobranoc, May. Dobranoc.
Pa, pa. Dobranoc. Dobranoc.
Dobranoc, paniom, dobranoc, słodkie panie, dobranoc, dobranoc.
III. KAZANIE NA GÓRZE OGNISTEJ
Pękł namiot rzeki: ostatnie palce liści
chwytają się mokrego brzegu i toną. Wiatr przemierza
brunatną ziemię, niesłyszalnie. Nimfy odeszły. Słodka
Tamizo, płyń cicho, dopóki nie skończę mej pieśni.
Rzeka nie niesie pustych butli, opakowań po drugim śniadaniu,
jedwabnych chusteczek, kartonów, niedopałków
ani innych pamiątek po nocy letniej. Nimfy odeszły.
A ich przyjaciele, wałęsający się po ulicach
spadkobiercy menedżerów z City,
odeszli także i nie zostawili adresów.
Nad wodami Lemanu usiadłem i płaczę...
Słodka Tamizo, płyń cicho, dopóki nie skończę mej pieśni,
Słodka Tamizo, płyń cicho: nie będę głośny ani rozwlekły.
Lecz za moimi plecami w zimnym podmuchu wciąż słyszę
chrzęst kości i chichot, od ucha do ucha.
Szczur cicho pełznie przez gęste zarośla,
wlokąc śliski brzuch po brzegu,
Podczas gdy łowiłem ryby w kanale mętnym.
w wieczór zimowy zrobiłem rundkę za gazownią,
rozmyślając o szczątkach króla, mego brata,
i o śmierci króla, mego ojca, przed nim.
Białe, nagie zwłoki na zapadłej, wilgotnej ziemi
i kości rzucone na niskim, suchym poddaszu,
ruszone jedynie stopą szczura, rok po roku.
Ale za plecami słyszę od czasu do czasu
dźwięk klaksonów i silników, które zawiozą
Pana Sweeney
do pani Porter wiosną. A księżyc jasno świecił pani Porter i jej córce – myją stopy w sodowej wodzie.Et ô ces voix d’enfants,
chantant dans la coupole!
Ćwierk ćwierk ćwierk
Puk puk puk, puk puk, puk
Tak brutalnie wymuszone.
Ttiriram
MIASTO NIERZECZYWISTE
Spowite mgłą brunatną w zimowe południe.
Pan Eugenides, handlowiec ze Smyrny,
nieogolony, z kieszenią pełną porzeczek,
C.i.f. Londyn: papiery na widoku,
zaprosił mnie po francusku
na lunch w hotelu przy Cannon Street,
a następnie na weekend w Metropole.
W tę fioletową godzinę, gdy nasze oczy i plecy
odwracają się od biurek, gdy ludzki silnik chodzi na wolnym biegu
jak taksówka pulsująca oczekiwaniem,
Ja, Tejrezjasz, choć ślepy, oscylując między dwoma formami bytu,
zgrzybiały, z pomarszczonymi piersiami jak u starej baby,
widzę, w tę godzinę fioletową, godzinę wieczorną, która zmierza
do domu i sprowadza marynarzy do portu.
Maszynistka, wróciwszy do domu w sam raz na herbatkę,
sprząta po śniadaniu, zapala kuchenkę i rozkłada jedzenie w puszkach. Za oknem,
niebezpiecznie się rozciągają jej niewymowne na sznurze od bielizny,
pieszczone ostatnimi promieniami słońca,
na otomanie (w nocy jej łóżku) piętrzą się stosy
pończoch,
pantofli, halek i gorsetów. Ja, Tejrezjasz, starzec o pomarszczonych nogach, obserwuję tę scenę
przewiduję, co będzie dalej – ja również oczekiwałem
tego spodziewanego gościa.On, młody człowiek o niezdrowych rumieńcach, w końcu przybywa,
pomocnik drobnego agenta nieruchomości,
o śmiałym spojrzeniu, jeden z tych trybików,
na których się opiera branża ubezpieczeń,
jak jedwabny kapelusz na głowie milionera z Bradford.
To czas sprzyjający, tak przypuszcza, posiłek się właśnie skończył,
ona jest znudzona i zmęczona. Stara się ją zachęcić do pieszczot, na które ona zezwala, choć ich nie pożąda. Zarumieniony i zdeterminowany,
od razu naciera; jego błądzące dłonie
nie napotykają żadnego oporu; jego próżność nie wymaga wzajemności i chętnie widzi obojętność.
(A ja, Tejrezjasz, byłem tego obiektem,
to wszystko z wyprzedzeniem, odgrywane w tej samej scenerii
sofy lub łoża; ja, który siedziałem pod Teb murami
i kroczyłem pośród najpodlejszych z umarłych).
Obdarza ją ostatnim, pobłażliwym pocałunkiem
i na oślep maca drogę powrotną: schody są nieoświetlone...
Odwraca się i przez chwilę patrzy w lustro,
ledwo świadoma, że jej kochanek odszedł.
Jej umysł pozwala przemknąć jednej, na pół wyrażonej myśli:
„No cóż, to już jedno odklepałam: dobra, to teraz co?”.
Kiedy atrakcyjna kobieta zniża się do frymarczenia
swoimi wdziękami, by potem chodzić bez celu po swoim pokoju, wygładzać włosy
machinalnie ręką i włożyć do gramofonu nową płytę.
„Ta muzyka skradła się ku mnie po wodach”
i wzdłuż Strandu,
w górę ulicy Królowej Wiktorii. O, miasto, miasto, czasem da się słyszeć przy barze na Lower Thames
przyjemne zawodzenie mandolin i brzęk i gwar dochodzące z wnętrza,
gdzie w południe zalegują rybacy słodkowodni, gdzie ściany podpiera Magnus Męczennik
w niewytłumaczalnym blasku jońskiej bieli i złota.
Rzeka się poci
oliwą i smołą,
barki się kołyszą
z przypływu falą.
Czerwone żagle
na zawietrzną postaw,
na ciężkim maszcie same zostaw.
Barki pchają
dryfujące kłody
w dół Greenwich,
na Wyspę Psów.
Weialala leia
Wallala leialala
„Tramwaje i drzewa pełne pyłu.
Highbury mnie znudziło. Richmond i Kew - wykończyły.
Przy Richmond zwinęłam się w kłębek,
kładąc na dnie wąskiej łodzi”.
„Me stopy są w Moorgate, a me serce
pod stopami.
Po wszystkim płakał jak dziecko.
Obiecał, że zacznie od nowa.
Nic nie odpowiedziałam.
O co mam mieć pretensje?”.
„Na Margate Sands.
Mogę połączyć
nic z niczym.
Połamane paznokcie u brudnych rąk”.
Mój ludu, prosty ludu, który nie oczekuje nic.
la la
Wtedy przybyłem do Kartaginy.
Płonie, płonie, płonie Londyn.
O Panie, Ty mnie obskubujesz,
obskubujesz mnie, Panie.
płonie...
IV. ŚMIERĆ W TONIACH
Flebas Fenicjanin, całkiem świeży nieboszczyk,
Zapomniał o krzyku mew i o wzburzonym morzu
O zyskach i stratach.
Prąd podmorski
Ogryzał, szepcząc, jego kości. Gdy unosił się i opadał,
Przechodził przez stadia wieku i młodości,
wstępując w wir.
... V. GŁOS GRZMOTU
Po czerwonym świetle pochodni na twarzach spoconych
Po mroźnej ciszy w ogrodach
Po agonii wśród pustyni kamiennych
Krzyku i płaczu
Więzieniqch, pałacach i pogłosie
Wiosennych grzmotów nad odległymi górami
Ten, który żył teraz, teraz umiera
My, którzy żyliśmy, teraz umieramy
Pozbawieni cierpliwości
Tu nie ma wody, tylko skała
Skała i wody brak, i droga piaszczysta
Droga wijąca się ponad nami, pośród gór
Gór skalistych, pozbawionych wody
Gdyby tu była woda, zatrzymalibyśmy się, by pić
Wśród skał nie można się zatrzymać ani pomyśleć
Suchy,la pot, a pod stopami piach
Gdyby tylko tu pośród skał była woda
Martwe górskie usta z próchniejącymi zębami, które nie mogą pluć
Tu nie można ani stać, ani leżeć, ani siedzieć
W górach nie ma nawet ciszy
Lecz suchy, jałowy bez deszczu grzmot
W górach nie ma nawet samotności
Tylko czerwone, nadęte twarze, co warczą i szydzą z nas
Ode spękanych z palonej gliny domów drzwi
Gdyby była woda
I nie było skały
Gdyby była skała
I woda też
I woda
Źródło
Staw wśród skał
Gdyby była tylko wody melodia
Żadnych cykad
I śpiewu suchej trawy
Tylko pieśń wody na skale
Gdzie śpiewa pustelnik w sosnach
Kap kap kap kap kap kap kap
Ale nie ma wody
Kim jest ten trzeci, który zawsze
Idzie obok ciebie?
Kiedy liczę, jesteśmy tylko ty i ja razem
Ale kiedy patrzę przed siebie, na biały szlak przed nami
Zawsze jest jeszcze ktoś, kto idzie obok ciebie
Sunie owinięty w brązowy płaszcz, z kapturem
Nie wiem, czy to mężczyzna, czy kobieta
—Ale kim jest ten ktoś przy twoim boku?
Co to za dźwięk gdzieś w powietrzu?
Szmer matczynego lamentu
Kim są te zakapturzone hordy, których tłum
Kłębi się na bezkresnych równinch
Potykając się na spękanej ziemi
Otoczonej jedynie płaskim horyzontem
Co to za miasto za górami?
Co pęka, odtwarza się i wybucha w fioletowym powietrzu
Walące się wieże
Jerozolima Ateny Aleksandria
Wiedeń Londyn
Nierzeczywiste
Kobieta mocno splotła swe długie, czarne włosy
I gra szeptem muzykę z tych strun
I nietoperze o dziecięcych twarzach
w tym fioletowym świetle
Kwiczą i uderzają skrzydłami
I pełzną głowami w dół
po ścianach sczerniałych
A w powietrzu unosiły się wieże
głową w dół. Ich dzwony,
dźwięczące pamięcią,
wybijały godziny
A z pustych zbiorników
i wyczerpanych studni
dobywały się śpiewne głosy
W tej próchniejącej dziurze pośród gór
W słabym świetle księżyca trawa śpiewa
Nad zwalonymi grobami, wokół kaplicy
Kaplica jest pusta, tylko wiatr tu mieszka.
Nie ma okien, a drzwi wiszą na zawiasach,
Wysuszone kości nie mogą nikomu zrobić krzywdy.
Tylko kogut stał na dachu
Kukuryku Kukuryku
W błysku pioruna. Potem wilgotny podmuch
Przynoszący deszcz.
Ganga się zapadła, a wiotkie liście
Czekały na deszcz, podczas gdy czarne chmury
Zbierały się daleko, nad Himawantem.
Dżungla przykucła, w ciszy się garbiąc
Wtedy przemówił grzmot:
DA
Datta: co daliśmy?
Przyjacielu, krew wstrząsa moim sercem
Ta straszna śmiałość poddania się na chwilę
Której wiek roztropności nigdy nie może cofnąć
Dzięki temu i tylko temu istnieliśmy
Tego nie odnajdziesz w naszych nekrologach
Ani we wspomnieniach okrytych dobroduszną pajęczyną
Ani pod pieczęciami łamanymi przez chudego notariusza
W naszych pustych pokojach
DA
Dayadhvam: Słyszałem, jak klucz
Obrócił się raz w drzwi zamku; raz i tylko jeden raz
Myślimy o kluczu, każdy we własnym więzieniu
Myśląc o kluczu, każdy więzienie utwierdza
Tylko o zmierzchu, eteryczne pogłoski
Ożywiają na chwilę Koriolana złamanego
DA
Damyata: Łódź odpowiedziała
Z entuzjazmem, na rękę sprawnego w sprawach żagli i wiosel
Morze było spokojne, twoje serce by odpowiedziało
Z entuzjazmem, na zaproszenie, bijąc posłusznie
W rytm sterujących rąk
Siedziałem na
brzegu
Łowiąc ryby, mając za sobą jałową równinę
Czy powinienem chociaż uporządkować moje posiadłości?
Most Londyński się wali, wali, wali, wali
Poi s’ascose nel foco che gli affina
Quando fiam uti chelidon — O , jaskółko, jaskółko
Le Prince d'Aquitaine à la tour abolie”
Tymi fragmentami podparłem swoje ruiny
Noblesse oblige. Koń u płotu
Hieronim znów oszalał.
Datta. Dayadhvam. Damyata.
Shantih shantih shantih
J. Alfred Prufrock -
Pieśń między pieśniami:
Nie! Żaden ze mnie Hamlet, i nigdy być nie miał:
Jestem jak dworzanin zgrubny i bez wdzięku -
Nada się, by pchnąć akcję, czy rozpocząć scenę,
Doradzić księciu; owszem, bez wątpienia:
Przyrząd przydatny i uległy w ręku,
Zręczny, ostrożny, wielce akuratny,
Pełen zdań wzniosłych, lecz z lekka ciężkawy;
Czasami zda się zgoła absurdalny —
Czasami rzekłbyś wręcz, że to
— Błazen.
Starym jest i nigdy nie będę już młody:
Będę podwijał nogawki u spodni.
Czy mam zaczesać włosy na tył głowy?
Czy się odważę w słodki wgryźć miąższ brzoskwiń?
Założę sobie białe spodnie flanelowe,
By być, jak inni na plaży przechodnie.
Słyszałem śpiew syren, jak sobie wzajemnie...
Nie sądzę, żeby zaśpiewały dla mnie.
Widziałem, jak płyną ku zamorskim dalom,
Czesząc ich siwe włosy, co się rozfruwają
Gdy wiatr wodę maluje na czarno i biało.
Pędzimy swój żywot w tych podmorskich salach
Wśród "nimf, oplecionych algi czerwonemi",
Aż nas ludzki głos zbudzi, i aż - utoniemy.
.
------------------------------
## O TOBIE, ELIOCIE, I O NOWYM ŚMIAŁKU
Przedmowa Juliana Tuwima do nowego przekładu „Ziemi jałowej”
## I. Rzeźnia i laboratorium słowa
Tłumaczyć Ziemię jałową? Przecież to nie jest robota dla literackich pięknoduchów, dla tych kawiarnianych urzędników, co to nad filiżanką lwowskiej czarnej mdleją z zachwytu nad „czystą formą”! Przekład poezji – a już na pewno TEJ poezji – to nie jest rzemiosło aptekarskie, gdzie waży się gramy i miligramy znaczeń na precyzyjnych szalkach słowników. Nie, proszę Szanownego Czytelnika! To jest krwawa, rzeźnicka i jednocześnie alchemiczna harówka w żywym, pulsującym organizmie języka.
Sam kiedyś dałem się wciągnąć w te pęta. Sam rzuciłem się w ten londyński, brunatny dym, w tę ponurą, wielojęzyczną chmurę, którą Thomas Stearns Eliot otoczył konającą Europę. I wiem jedno: ten człowiek to geniusz, ale i potwór. Zbudował pomnik z gruzów, ulepił arcydzieło z odpadków cywilizacji, z szeptów, z fragmentów starych modlitw, knajpianych pyskówek i cytatów z Dantego. Kiedy brałem na warsztat jego chropowatą, poszarpaną pieśń, polszczyzna trzeszczała mi w szwach. Musiałem wyrywać słowa z korzeniami, zginać je, łamać i kuć na nowo, żeby ten anglosaski, suchy, urzędniczy neurotyzm nie zabił naszej rodzimej, mięsistej melodyjności. Chciałem, żeby u mnie ten kwiecień, co „wywodzi bzy z umarłej ziemi”, pachniał prawdziwą, biologiczną grozą odrodzenia, a nie papierem i atramentem.
## II. Wejście nowego zuchwalca
I oto dzisiaj, po latach, dostaję do rąk Twój przekład. Patrzę na te zapisane strony i czuję, jak krew szybciej krąży mi w żyłach. Dlaczego? Bo widzę, że przed Eliotem nie klękałeś! Nie podchodziłeś do niego jak trwożliwy ministrant do ołtarza, z nabożnym lękiem i spoconymi dłońmi. I chwała Ci za to, po trzykroć chwała!
Arcydzieła literatury światowej nie są po to, by stały na półkach zapięte pod szyję w sztywne, akademickie mundury. Je trzeba rwać zębami! Trzeba je na nowo podpalać, prowokować, zmuszać do krzyku w nowym czasie i w nowej rzeczywistości. Ty uderzyłeś we własny ton, gwałtowny i bezczelny, tak jak bezczelna potrafi być tylko prawdziwa poezja. Tam, gdzie u mnie fraza płynęła melodią, Ty potrafiłeś postawić szorstki, ostry akcent, który rzuca zupełnie nowe, snopowe światło na tę powojenną pustynię. Twój język nie naśladuje mojego, ani nie czołga się za angielskim oryginałem. On żyje własnym, drapieżnym rytmem.
## III. Na pohybel filistrom
Już słyszę ten nadchodzący jazgot. Już widzę tych wszystkich nudziarzy, pedantycznych bakałarzy i uniwersyteckich mądrali, którzy wyciągną swoje lupy i linijki. Zaczną liczyć sylaby, ważyć średniówki, sprawdzać, czy „Sybilla w ampulce” w Twojej wersji cierpi wystarczająco filologicznie i czy poprawnie przetłumaczyłeś niemieckie wtręty znad Starnbergersee. Będą cmokać, kręcić nosami i pisać sążniste recenzje o „wierności oryginałowi”.
Pluję na ich aptekarską dokładność! Prawdziwa wierność w poezji to nie jest kopiowanie martwych liter, ale przeniesienie żywego ognia. Eliot pisał Ziemię jałową z wnętrza katastrofy, z krzyku rozpaczy po zarybionym świecie, który rozpadł się na jego oczach. I Ty ten niepokój, ten dziki, nowoczesny strach w garstce pyłu, schwytałeś za gardło. Przetłumaczyłeś nie tylko słowa – przetłumaczyłeś jego neurozę, jego wściekłość i jego genialny, posępny marazm.
## IV. Wejdź w cień czerwonej skały
Zdzierajcie więc, Czytelnicy, okładki tej książki! Nie podchodźcie do niej z nabożeństwem, ale z ciekawością i lękiem. Wchodźcie odważnie w cień tej czerwonej skały, którą ten nowy tłumacz przed Wami odsłania. Oto Eliot odarty z angielskiej mgły, wyrwany z rąk nudnych komentatorów, ubrany w nowe, drapieżne, mięsiste polskie słowo.
Mój czas minął, moje bzy dawno już przekwitły w umarłej ziemi – teraz czas na Twój kwiecień. Niech pali, niech boli, niech drażni!
Julian Tuwim
------------------------------