tam, gdzie nikt nie ma imienia
miłość dzieje się sama
bez kierunku
bez dłoni
bez twarzy
nie ma ciebie
więc nie ma mnie
zostaje coś
co oddycha pomiędzy
i nie wie, że to oddech
sekundy nie pękają
nie mają o co się zaczepić
ślizgają po sobie
jak szkło bez krawędzi
czas przestaje się liczyć
i nie zauważa, że znika
jest ciepło
które nie szuka źródła
pamięć dotyku
gładzi powietrze
jakby chciała ocalić cień
w miejscu
gdzie cień nie ma się gdzie położyć
przychodzenie i odchodzenie
tracą różnicę
przestrzeń zapomina kształty
jak woda
w której utonęło odbicie
i nawet "między”
rozpuszcza się w sobie
pory roku
i strony świata
tracą pion
jest tylko drżenie
które nie umie zdecydować
czy jest istnieniem
czy jego odbiciem
i wtedy - bez ostrzeżenia
coś to czuje
ale nie wiadomo
czy to ktoś
czy tylko ostatni ślad
że ktoś kiedyś był