stoisz ze swoim
plakatem „No War!!!” -
usprawiedliwieniem tego, czego
uniknąć się już nie da.
wojnie nie można postawić tamy:
jak jaskrawa krew cieknąca z tętnicy rozerwanej -
płynie wartko, pozbawia
sił i życia,
wkracza do naszych miast
zbrojnymi grupami,
które rozprasza po ogródkach ogień wroga,
jak zabójcze kulki rtęci, których już nie można
pozbierać ani zwrócić, tylko
zlokalizować i zneutralizować,
jak tych cywili: menedżerów, urzędników, informatyków, studentów, których
nic nie przygotowało do walk miejskich; ale wojna uczy
na gorąco, na boleśnie
znajomym terenie: najpierw
do WOT idą ci z wojskowym przeszkoleniem, potem nawet
ci, którzy bili się tylko w Hearts of Iron czy World of Tanks, a na koniec
krótki kurs przygotowywania wybuchowych koktajli
prowadzony przez zaprzyjaźnionego barmana.
w klubie obok
śpią dzieci, dzieci płaczą, rodzą się dzieci, w świecie
chwilowo niezdatnym do spożycia,
na podwórku, placu zabaw
gotują przeciwpancerne jeże i
nalewają zabójcze „koktajle”
według starej rodzinnej receptury
całe rodziny, które na nowo odkryły uroki
rodzinnej rozmowy i
skoordynowanej pracy zbiorowej –
wojna skraca dystans - między
jednym człowiekiem a drugim, narodzinami i śmiercią,
tym, czego nigdy nie chcieliśmy – i tym,
do czego okazaliśmy się
zdolni –
mamo, odbierz – prosi
dziewczyna, o drugiej w nocy,
w piwnicy wieżowca,
uparcie i głucho, wciąż nie chcąc uwierzyć, że
mama jest poza zasięgiem, w dzielnicy, gdzie wielka płyta
złożyła się jak domek z kart
po zmasowanych nalotach,
gdzie dopiero wczoraj
telekomunikacyjne wieże
przestały się komunikować,
gdzie świat się rozdarł
na przed wojną i po.
wzdłuż nierównych krawędzi
twojego plakatu
krzyczącego „No War!!!”,
który
zaraz wyrzucisz do
kosza na śmieci,
w drodze do
domu z protestu, rosyjski poeto:
wojna zabija rękami obojętnych,
a nawet
letnich zwolenników.