Wzlatuję i osiadam z kurzem,
który lato przyniosło na butach.
Szybuję, jakby z wiatrem niesiony,
całując stóp twoich odbicia.
Echem głośnym niesiony,
co od drzew i skał się odbija.
Siadam i kraczę między wrony,
tak jak one, snując blady strach.
Jedno życie, jeden świat,
jedna miłość, jeden kwiat.
W stracha juchę obleczony,
wyję z wiatrem w świata szmat.
Gasnąc w oddali jak świetliki —
nikt nie zdoła pokochać cię tak.
A może po mnie samotność zapłacze
lub sypnie garścią ziarna,
by mogła na nowo się narodzić,
nasza miłość jak gwiazda zaranna…