@karenka Dziękuję. Cieszę się, że tak odebrałaś mój wiersz. Właśnie tak pięknie jest, gdzie jestem teraz. Pozdrawiam.
@Berenika97 Dziękuję za komentarz. Cieszę się, że złapałaś tę chwilę.
@Berenika97
to jest zapis powolnego odklejania się tożsamosći od własnej obecności
luiza nie znika nagle tylko rozprasza się w rutynie gestów i grzeczności aż zostaje z siebie tylko funkcja w świecie który nie pyta o imię
kapitalnie uchwycilaś napięcie między byciem a jego pozorem .
z cichą erozją podmiotowosci która dzieje się bez dramatów ale bez powrotu.
poezja z wyższej półki
tak jest.
bezimię
najpierw zniknęło echo.
powiedziałem swoje imię.
wróciła tylko cisza.
cisza, która wyglądała, jakby już wcześniej wiedziała, co miałem powiedzieć.
od tego dnia świat zaczął oszczędzać na mojej obecności.
drzwi zamykały się odrobinę za wcześnie.
fotokomórki nie zawsze mnie widziały.
pies sąsiadów przestał odwracać głowę, kiedy przechodziłem.
w sklepie kasjerka podała resztę człowiekowi stojącemu za mną.
uśmiechnęła się.
mnie nie zauważyła.
myślałem, że to przypadki.
przedmioty przestały stawiać mi opór.
usiadłem na krześle, a drewno pod moim ciężarem nawet nie skrzypnęło.
materac przestał pamiętać kształt mojego ciała, jakbym ważył mniej niż cień.
stałem się tak lekki, że bałem się, iż przestanę odciskać stopy na podłodze.
potem zaczęły znikać zdjęcia.
ramię żony obejmowało powietrze.
córka śmiała się do kogoś, kogo aparat już nie pamiętał.
spytałem ją, kto zrobił to zdjęcie.
popatrzyła na mnie długo.
w jej oczach nie było już mojego odbicia.
wzrok prześlizgnął się po mnie tak gładko, jakby patrzyła na dobrze umyty kafel.
byliśmy sami w pokoju, ale ona zaczęła już powoli wietrzyć po mnie powietrze.
w ustach miałem smak świeżo rozkopanej ziemi.
dotknąłem kuchennego blatu. miałem wrażenie, że to nie ja go dotykam. jakby nawet dotyk musiał najpierw przypomnieć sobie moje imię.
tej nocy usłyszałem, że ktoś chodzi po mieszkaniu.
nie szukał mnie.
szukał miejsc, w których kiedyś byłem.
jakby upewniał się, że naprawdę zniknąłem.
rano wszystkie lustra były zaparowane.
na każdym ktoś zostawił ślad dłoni.
nie od zewnątrz.
od środka.
ścierałem parę rękawem.
szkło było ciepłe.
jakby ten ślad zostawiono po tamtej stronie.
zacząłem mówić głośniej.
stawiać cięższe kroki.
trzaskać drzwiami.
hałas wracał.
tylko nie do mnie.
z każdym dniem pamiętałem mniej.
nie dzieciństwo.
nie twarze.
pamiętałem coraz mniej samego siebie.
któregoś ranka nie potrafiłem przypomnieć sobie własnego głosu.
otworzyłem usta.
wyszedł z nich oddech.
cudzy.
jakby ktoś od dawna ćwiczył go we mnie.
ostatni raz spojrzałem w lustro.
stał tam mężczyzna.
wyglądał dokładnie jak ja.
tyle że był spokojniejszy.
bardziej prawdziwy.
pozbawiony mojego błędu.
uśmiechnął się z ulgą.
jak ktoś, kto przez wiele lat czekał, aż właściciel wreszcie opuści dom.
podniósł rękę.
nie zrobiłem tego samego.
to nie było odbicie.
to był gest pożegnania.
odwróciłem się.
za plecami nikogo nie było.
kiedy spojrzałem ponownie, lustro było puste.
po raz pierwszy w życiu odbicie zniknęło przed człowiekiem.
stałem na środku ulicy.
czułem, jak czas przepływa przeze mnie,
nie zostawiając we mnie żadnego śladu.
od tamtej chwili ludzie coraz częściej przechodzili obok mnie.
czasem na ułamek sekundy marszczyli brwi.
jakby prawie mnie pamiętali.
jakby zaraz mieli wypowiedzieć moje imię.
ale świat był szybszy.
to wystarczało.
świat nie odbiera życia.
po prostu pewnego dnia przestaje pamiętać, że kiedykolwiek byłeś.