Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Benjamin Artur

Użytkownicy
  • Postów

    81
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez Benjamin Artur

  1. Biegnę szybko nadwęgloną drogą. Biegnę coraz szybciej i na oślep. Nie wiem, czy ktoś zdoła mnie dogonić. Nie wiem, czy ktoś zdoła mnie ostrzec. Chyba tylko moje myśli — one mogą pobiec szybciej od snu, który wczoraj rano, który wczoraj mi się przyśnił. Więc biegnę nadwęgloną drogą. Biegnę coraz szybciej i na oślep. Choć stopy palą mnie jak struny od rozgrzanej drogi… od stopionej gumy… Nie wiem, czy ktoś zdoła mnie dogonić. Nie wiem, czy ktoś zdoła mnie ostrzec. Wokół tylko martwe strupy i wypalone pogorzeliska — tam, gdzie jeszcze wczoraj stały chałupy, a wokół ciągnęły się pastwiska. Spróbuj, bracie, się nie zawahać. Spróbuj, bracie, się nie przewrócić.
  2. @Annna2 Dziękuję. Pozdrawiam
  3. Czy chciałbyś na moment wskoczyć? Czy na moment byś chciał? Wskoczyć w świra oczy! Wskoczyć w świra oczy! Czy chciałbyś zobaczyć, co tak naprawdę go podnieca? Jak naga prawda go podnieca? To, czego pragnie… To, o czym mówi… Czy chciałbyś porozmawiać z nim? Czy porozmawiać byś chciał? Jak diabłu… dać się zaskoczyć. Jak diabłu… dać się zauroczyć! Czy chciałbyś spotkać go po zmroku? Albo żeby ci się przyśnił? I poczuć… oddech ofiary? I poczuć… jego błysk w oku? Czy chciałbyś, żeby ci się przyśnił? Czy chciałbyś na moment wskoczyć? Czy na moment byś chciał? Wskoczyć w świra oczy! Wskoczyć w świra oczy!
  4. Hen odpływam z wiatrem swoim, na żaglach łodzi. Odpływam w mętną dal. Gdybym nie miał świadomości, żem Cię popsuł, rozebrał na tysiąc kawałków i nie umiał złożyć… Gdybym tylko nie miał świadomości, żem Cię popsuł i nie umiał złożyć… Pogubiły się po łajbie części Twoje. Kilka na sterburcie, na bakburcie i na rufie. Dobrze, że nie da się z niej nigdzie uciec. Oj, dobrze, że nie da się uciec. Usiądę, gdy tylko sztorm minie. Zapalę po zmroku lampę. Może jeszcze dzisiaj Cię odnajdę w aldissowym świetle. Może jeszcze Cię odnajdę…
  5. Uchylę wszystkie gwiazdy, by u rąk twych mogły zamigotać. Twe oczy jak kryształ od cienia śmiertelnego — pobladły. Niech już zastygną na zawsze w podzięce, że zechciałaś je podarować raz jeden, jedyny świętej Panience. A mnie — raz jeden, jedyny — ucałować. I podarowałem ci na zawsze chore od miłości, bez obaw żadnych, szczere do bólu serce. Ty odebrałaś od ust moich słowo, które boli jak od kuli zabłąkanej rana, i sprawiłaś, że nic nie zdoła nas otulić — tylko ziemia w polskich barwach. I zrobiło nam się słodko od sierpniowych migdałów, którymi zechciałaś mi pobrudzić usta jagodową, czarną nocą. I zrobiło nam się słono od łez spływających wprost z ziemi zapłakanej ku naszym oczom, by wraz ze świtem odejść — niepokonanym.
  6. Piękno jest złożone z brzydkich elementów w czystej formie Wrażenia po koncercie: Mazolewski, Dorociński, Witkacy w Cavatina Hall. Mój oddech połączył się z oddechem muzyki. Moje ucho dostroiło się do szelestu ciszy. Moja wrażliwość przesunęła się na drugi koniec spektrum tęczy. Zrozumieniu towarzyszył dźwięk instrumentów oddzielonych od siebie próżnią. Pomiędzy tym wszystkim — ja. Moja styrana dusza i uporządkowana rzeka dźwięków. W jazzie? Jak to możliwe… muzike, tak mawiali starożytni. Przecież w niej tkwi piękno. „Piękno jest złożone z brzydkich elementów w czystej formie”. Tak pisał Stanisław Ignacy Witkiewicz. Uporządkowane? Czy rozum jest potrzebny, by odbierać taką rzeczywistość? Czy nie jest ona podana na tacy — by się nią rozkoszować, by ją pochłaniać, by delektować się każdym analogowym kęsem? Jestem pijakiem. Czuję się jak pijak w stanie upojenia. W stanie wulgarnej euforii. Sam wstydzę się tego, gdy pomyślę, co bym z tobą maleńka zrobił. Cavatina dała mi ten niewielki promil. Namiastkę boskiego piękna. Komuś — by przetrwać. Innym — by ponownie się narodzić. Mazolewski Quintet, Dorociński, Witkacy — dla was, chłopaki. Styrani muzyką. Styrani bożym intelektem. Pogodziliście różne rytmy, kakofonię dźwięków, odmienne style i ten taniec osobliwości. To był jeden z lepszych koncertów.
  7. Ten gość w lustrze tak mnie wkur... Złamałem mu nos i wezwałem na pojedynek. Już czyszczę broń. Myślę, że jest bez szans. Przecież w strzelectwie jestem mistrzem.
  8. Przemawia przez kryształ rozświetlający, skrywający w sercu ludzką moc. Jak larwa z ciemności wyrwana, jęczy barwami świateł rozświetlając noc. Zerwany owoc oddycha. Słyszę go. W przestworzach sarna umyka. Czuję. To Twoja ręka mnie obmywa. Przemawia do mnie kroplami światła. Czy to nie orzech miękki od utyskiwań, twardy od ręki, która mnie trzyma. Gdzie jesteś, wielki, skradziony światu? Po co nam wszystkim ludzkie udręki — pełne wyrzeczeń i poszukiwań.
  9. Na wsi wszyscy powiadają, żeś pijak i hulaka. Że tym wszystkim babom, którym pomagałeś, zawróciłeś w głowach. Że wszystkie się w tobie kochają. — Baby trzeba mieć co najmniej dwie, by czuć się między nimi bezpiecznie. Wtedy można zrywać nie ze swego ogrodu słodkie czereśnie. W tym miejscu nie zagarniałem jeszcze czereśni. Spojrzałem na nią i przesunąłem się bliżej. Nagle zrobiło mi się duszno w tym uścisku, jakbym stał w kościele na sumie. — No weź, skosztuj — usłyszałem. — A nie są zielone? — Sam musisz sprawdzić. Zerwałem jedną. Była soczysta jak promyk nadziei. Zerwałem drugą — nie była inna. — Zagarnij jeszcze tamtą — rzekła. — Ta też jest dla ciebie. Zagarniałem je wszystkie do samego wieczora. Aż została czeresinka, zupełnie goła.
  10. @Alicja_Wysocka tak, twojego wspomnienia. Dziękuję za sugestię. Pozdrawiam
  11. Czuję się teraz… jakbym zjadł… przeterminowany paprykarz. Czuję w sobie tę samą moc. Byłoby łatwiej, gdybym… mógł się wyrzygać, a nie dusić w sobie twojego wspomnienia.
  12. Czy nasza codzienność nie jest naznaczona Twoją przenikliwością? Tysiące milimetrów dzieli mnie od Twego ideału. Milimetr podzielony na nieskończoną ilość ludzkiego szczęścia i nieszczęścia. Mój rozum podzielony na tyle samo boskich kawałków. Niewidzialne kruki wydziobują organy i rozwlekają je po utrapionej ziemi. Czy widziałeś kiedyś tak naturalnego klauna? Prawdziwego we wszystkim, co robił. Ten aktor z burleski tańczył dla Ciebie. Po występie skoczył z dachu i się zabił. Dlaczego to zrobił? A dlaczego rodzące się dziecko łapie oddech? To ten sam odruch, tyle że… w odwrotną stronę. Hahaha, w odwrotną stronę powiadasz. Świat dla niego się skończył. W tym samym czasie, gdy dla kogoś innego dopiero na dobre się rozpoczął. Jedna śmierć. Jedne narodziny. Jedno życie… Sąsiad gada z psem, choć ten ni w ząb go nie rozumie. Chociaż czasem udaje, że niby słucha. Odwraca oczami jak ten facet, który właśnie mi się przygląda. Podejdę do niego i zapytam: czy jesteś może psem, z którym rozmawia mój sąsiad? A może jesteś człowiekiem, do którego właśnie przemawia Bóg? Może mi przebaczy. Może wypowie słowo, które mnie zauroczy i resztę świata. Resztę świata, w którym istnieję jako kto? No właśnie — kim jesteśmy w oczach Boga? Boże, nie karz mnie za te bluźnierstwa. Nie karz mnie za stawianie pytań. Czy moja ludzka entropia, nawet kiedy nic nie robię, zbliża nas do siebie? A może oddala i dlatego świat wymusza na nas ciągły ruch i postęp? Kobiety… ach, te kobiety. W którym miejscu jesteśmy, ubóstwiając was? Czy to nie ta sama siła pcha nas ku wam? Czyż to nie Bóg pod którąś z waszych spódnic właśnie się schował? No powiedz, piękna — schował się Bóg pod twoją spódnicą? Czy nie jest częścią wszechogarniającego nas fizycznego zachwytu nad pięknem? Częścią popędu? Czy może tylko moim pijackim bełkotem?
  13. @wiedźma od razu odpowiem. Nie jest dobrze.😉
  14. @obywatel miało być oczywiście. Nie karz mnie dzisiaj za pychę. Moje niedopatrzenie. Pozdrawiam
  15. Jest źle? Jest dobrze. Jest źle!? Jest dobrze!... Jest źle? Nie jest dobrze. Więc jest źle? Tak. Jest źle. Cholera, mówiłem, że jest źle...
  16. Dzisiaj znowu Cię zobaczyłem. Tym razem w oczach pijaka, którego rankiem ujrzałem w lustrze. Już nie jestem tym człowiekiem, za którego mnie miałeś. Siedzę w obskurnym pokoju. Tak, jest obskurny, ale ma widok na low paradise. I można z niego podglądać przez dziurkę od klucza anielskie ogrody. Widać w niej anioły, jak nawalają co dnia, by było pięknie. By żyło się dobrze. Onieśmielony pijackim bełkotem... znowu podał mi ktoś do ust. Jak kapłan podaje swym wiernym. Ten sam wolny ptak co kiedyś, kusząc, powiedział: — Weź szczyptę pod język. Weź, mówi. Poczujesz się tak samo jak on. — Kto? — pytam. Obszczany i śmierdzący od jego pijackiej prawdy ruszyłem w miasto. Cholerne upiory. Nie wiem, skąd one się biorą. Boże, pytam Ciebie, bo nie mam kogo spytać. Usiadłem na chodniku obok Adasia. Jest noc ciemna jak oczy Belzebuba. Ja i Ty. Oddaleni setkami, trylionami, a może setkami trylionów lat od siebie. Widzisz, znów nawaliłem... Ale Ty przecież wiedziałeś, że nawalę. Przecież jesteś moim Panem. I nie ustrzegła mnie przed sobą Twoja ręka. Moja, Twoja mać wpisana w mój żywot. Ty już przecież wiedziałeś. Ha-ha, wiedziałeś, kiedy się rodziłem. Rzygam anielskim bełkotem. Tyle pozostało z anielskich ogrodów. Rażony ciężarem nocy spoglądam po raz ostatni w niebo. Może Cię dojrzę, chociaż w dymie papierosa. Błogosławiony jazz i swing. I cała muzyka świata. Blues życia za ciężki jest, by oddychać. Ale co mi tam. Nie karz mnie dzisiaj za pychę. Za ordynarny język. I za to, że nic cennego po sobie nie pozostawiłem.
  17. Widzisz, kiedy modlę się oczami, otwieram je ku Panience. Wtedy przeszywa mnie jasność. Ty tam jesteś, lecz mnie tam nie ma. Kiedy modlę się oddechem, uchylam niewidzialne okno, by zaczerpnąć Twojego światła. Widok mam wprost na Jana Pawła. Modlę się rękami. Modlę się ramionami. Modlę się tańcem. Modlę się nogami. A kiedy chcę modlić się słowem, proszę Cię, bardzo Cię proszę… — Nie rezygnuj z tego — szepnął ktoś. — Bądź taki na wieki. Czuję się jak oldskulowy manekin, który wpatruje się w nią pustymi gałami. Od tego patrzenia posmutniał już świat cały. A w nim prawdy zamknięte zaczęły nagle kiełkować. Ziemia przestała je ukrywać. Tylko świat nadal pozostawał smutny, że to właśnie od mojego patrzenia wszystko zaczęło rosnąć. Że ludzkość zaczęła rozbrzmiewać. Chciałbym po ludzku zapalić papierosa i pogadać z tobą jak gość. Panie, proszę Cię, bardzo Cię proszę. Kiedy Ty tu jesteś, mnie tam nie ma. Kurtyna spojrzeń unosi się do góry, lecz tylko wtedy, gdy się modlę — szczerze się modlę. Modlę się oczami, modlę się słowem, rękoma i całym ciałem. Kiedy padam do Twych stóp. Kiedy pomagam Ci nawet wtedy, gdy tego nie chcesz, widzę ten sam grymas na twarzy całego świata. Co u Ciebie… chyba to tyle.
  18. Wzlatuję i osiadam z kurzem, który lato przyniosło na butach. Szybuję, jakby z wiatrem niesiony, całując stóp twoich odbicia. Echem głośnym niesiony, co od drzew i skał się odbija. Siadam i kraczę między wrony, tak jak one, snując blady strach. Jedno życie, jeden świat, jedna miłość, jeden kwiat. W stracha juchę obleczony, wyję z wiatrem w świata szmat. Gasnąc w oddali jak świetliki — nikt nie zdoła pokochać cię tak. A może po mnie samotność zapłacze lub sypnie garścią ziarna, by mogła na nowo się narodzić, nasza miłość jak gwiazda zaranna…
  19. — Jesteśmy na miejscu, wałkoniu jeden! — zawołała. Stroskany o twoje ciało, by przetrwało... A może zatroskany? Strasznie zatroskany! – myśli obijały mu się w głowie. Oj, gdyby tylko wiedziała, jak często o niej marzył. — No chodź tu do mnie, ty mój stroskany geniuszu. Niech cię przytulę. Mocno przycisnęła jego głowę do piersi. Tak mocno, że przez moment zabrakło mu tchu. Zamiast cokolwiek odpowiedzieć, parsknął tylko powietrzem o jej białe piersi – te, o których zawsze śnił. Miał je teraz tuż pod nosem. Wystarczyło mocniej je objąć i zacząć je całować. Poczuł, jak zadrżała cała jej suknia. — Niech panicz przestanie... Nie możemy się tak zachowywać — szepnęła. — Przecież wszyscy na nas patrzą! Oj, proszę, przestań... — Cały czas o pani myślałem — wyszeptał. — Kiedy byłem w szkole, kiedy pisałem wypracowania, widziałem panią. Nawet gdy uczyłem się trygonometrii, myślałem tylko o pani. — To miłe, co mówisz. Ale przecież jestem o wiele lat starsza od ciebie. — Kochałem panią już wtedy, gdy miałem pięć lat. Odkąd za dziecka kąpaliśmy się razem nago. Zaśmiała się, a jej twarz spłonęła rumieńcem. — Nie myślałam, że to pamiętasz. Byłeś wtedy takim cudownym dzieckiem… moim cukiereczkiem. Już wtedy bardzo lubiłam z tobą przebywać. — Czy mój ojciec jest…? — Tak, pan jest w domu — zawołała, nagle odzyskując pewność siebie i przybierając służbowy ton. — Będziesz mnie nadal uczyć? — zapytał. — Może… nie wiem tego jeszcze. — Grasz pięknie na fortepianie. Mogłabyś dawać mi nadal lekcje. — Jeżeli tylko państwo się zgodzą, chętnie będę spędzała z paniczem każdą chwilę. Jestem… jestem nadal do panicza dyspozycji. Poprawiła swój gorset, po czym pewnym krokiem udała się do salonu. „Nazwała mnie cukiereczkiem” – pomyślał. „Czy zechce mnie kiedyś rozwinąć i skosztować? Czy doczekam tej chwili?”. Te i inne myśli obijały mu się o czaszkę, gdy szedł w głąb domu. — Jesteś wreszcie, wałkoniu jeden! — zawołał ojciec. Miał surową minę, ale na jego twarzy zarysował się jednak cień uśmiechu. — No chodź tutaj, niech cię uścisnę. Wyrosłeś… od ostatniego razu. Matka cię nie pozna, kiedy wróci. Idź proszę, odpocznij. Zobaczymy się wszyscy rankiem. W nocy wyruszył na białym koniu w kierunku Głębowic. Zeskoczył z siodła i prowadził zwierzę za sobą, idąc szybkim krokiem. Przed nim wyrastały szerokie schody prowadzące w dół skarpy. — Czy da się dojść tymi schodami do starej drogi? — zapytał mijanych, maszerujących, nieobecnych ludzi. — Dojdzie panicz, dojdzie do samej starej drogi — odpowiedzieli bez emocji. Zszedł do rozległego ogrodu, kierując się prosto na stary trakt. Teraz prowadziły go już tylko zmysły, wprost do ogrodu czerwonych róż. Mógł biegać i tarzać się w ich delikatnych płatkach. Pachniały jej ciałem… tak bardzo nim pachniały. — Paniczowi się coś śniło? — zaśmiała się z dziwnym grymasem na twarzy, poprawiając mu poduszkę. — Państwo proszą panicza na śniadanie. Poczuł nagłą złość, że to tylko sen. Poczuł wściekłość, że nie śniła razem z nim.
  20. Podobno nasz mózg nie jest przygotowany do tego, by odbierać cały czas pozytywne odczucia. Dlatego coś co ładne musi trwać krótko. Szczęście, euforia, piękno. Zauważamy je łatwiej na tle odmiennych odczuć. 😉 Trochę dużo mi się napisało... Pozdrawiam
  21. Zmysły nasze odbierają wszystko. Tyle, że potem gdzieś to wszystko umyka. No może nie wszystko. Dziękuję 😉
  22. Staruszka z niedowierzaniem obracała w palcach kolorową torebkę, jakby trzymała artefakt z innego świata. Dla niej, żyjącej w rytmie udoju Noszki i ciepła bijącego z kuchennej blachy, jedzenie z proszku było czymś niemal magicznym – i pewnie trochę podejrzanym. Jest na Morzu Białym wyspa, do której można dojść pieszo tylko podczas odpływu. Trzeba wybrać odpowiedni moment, by zdążyć przed powracającą wodą i nie dać się pochłonąć morzu. Nad samym brzegiem stoi wielki, ceglany dom. Podczas przypływu jego podwórko wypełnia się słoną wodą, a gdy morze się cofa, zostawia po sobie skarby i odpadki, które można zbierać gołymi rękami. W tym domu mieszka samotna kobieta. Od kilkunastu lat wyczekuje męża, który nie wrócił z rejsu. Trwa w tym zawieszeniu między lądem a wodą, licząc, że kolejny przypływ w końcu przyniesie go do domu. — Ona wciąż tam stoi i patrzy w horyzont — szepnęła Meg, gdy mijaliśmy ceglane mury. — Myślisz, że on kiedykolwiek wróci, czy to tylko kolejna legenda tego wybrzeża? — Nie wiem — odparłem, patrząc na mokry piasek pod stopami. — Niektórzy po prostu budują swoje życie na czekaniu. To ich jedyny fundament. Obraz ceglanego domu, który przy każdym przypływie jest odcinany od świata, a jego podwórko zamienia się w morskie dno, to klasyczny motyw w rosyjskiej prozie i legendach północy. Często pojawia się on w opowieściach o Pomorach – mieszkańcach wybrzeży Morza Białego, którzy od wieków żyją w rytmie pływów, a ich domy budowane są z trwałej, czerwonej cegły, by wytrzymać słoną wilgoć i napór wody. Kobieta wyczekująca męża staje się żywym symbolem wierności, trwającym w miejscu, które technicznie rzecz biorąc, nie powinno istnieć, bo co kilka godzin należy do morza.
  23. @hania kluseczka Traktuje je jak etiudy. Ćwiczę palce żeby nie zesztywniały. Pozdrawiam
  24. Westchnąłem i pomyślałem jaki jestem biedny. Przeżegnałem się na wznak. Przykleiłem czoło do szyby, by obserwować. Obiecała, że przyjdzie. Mamy zawsze wracają do swych dzieci. Przecież musi kiedyś wrócić. Siedzę na stole w samych gatkach, przyklejony do kaloryfera. Mam świetny głos. Potrafię śpiewać i zostanę piosenkarzem. Kiedy zostałem skarcony, pomyślałem: „Zostanę prezydentem. To wy będziecie mnie słuchać”. Od tygodni regularnie ćwiczę. Gram w piłkę. Teraz to jednak zostanę piłkarzem. Potem jeszcze były ciężary, po czym znowu wróciłem do muzyki. Tym razem akordeon i klawisze. Blues młodości rozbrzmiewa po leśnych zakamarkach i ciasnych prywatkach. A teraz. Czym się zająć, co robić? Przeżegnałem się na wznak. Przykleiłem czoło do szyby samochodu. Była jak melodia, którą odwiedziłem niegdyś w snach. Zobaczyłem ją w niebieskiej sukience. Blond włosy i niebieskie oczy. Taką ją zapamiętałem. Podczas spaceru żartowała i uśmiechała się. Obiecywaliśmy sobie: „Ja o tobie nie zapomnę”, „Jesteś mój najmilszy”. Tak rozbrzmiewał mój pierwszy blues. Blue Valentine, bo tak miała na imię. To tylko jedna z wielu melodii. „Mógłbyś być dobrym bluesmanem” – powiedział ktoś kiedyś. Lecz ja utkwiłem w tym jednym kawałku na całe życie. I nucę sobie co dnia: „Blue Valentine, Blue Valentine...”.
  25. Jastrząb to symbol. Takie duchowe odbicie nas samych. Coś w rodzaju avatara. Buty to też symbol. Coś czego jeszcze nie mamy, a pragnęlibyśmy mieć. A może czego szukamy...
×
×
  • Dodaj nową pozycję...