Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Oleńka 

 

Niewiele chce powiedzieć, w tej co zakochany 

Jestem, bo często mówię, panna wierzy szczerze 

Zaś Wam teraz wyjawię, skarb to niezrównany, 

Lico gładkie, a włosy - hebanu przymierze. 

Wzrok ma iście książęcy, może z Aleksandry? 

Ród jej dumny, omija kłamstwa i meandry. 

A ja to jest Mikołaj, za żonę ją bierze! 

 

I powiem ja Wam teraz, jak to Pan Bóg ludzi 

Wiążę mocno, przed ołtarz potem wiedzie parę. 

Młodzi my, więc w nas miłość wyobraźnię budzi, 

Człowiek wczoraj nieżywy, dziś dba o swą wiarę, 

Mą wiarą jest ta miłość, co ci w słowie nie zginie, 

I ślubuję jej stałość w wspólnej nam godzinie, 

Więc zaś dumnie wypełnię obietnicy miarę. 

 

Krew po palcach mi spływa, krew na papier kapie, 

Ale przestać o niej nie potrafię, o niej opowiadać. 

Aleksandra jedyna – to sen, sen na jawie, 

Mój przyjaciel najlepszy, jak z chłopem pogadać, 

Zaś gdy pisać przestaję, bo armaty grzmią, 

Muzy wszystkie wtem milkną, choć jedna ich panią 

Ona jest, ona Muz królową, działa kończą władać. 

 

W kurzu i w pyle pałac, łzą cegły zbryzgane, 

Nic więcej dać nie mogłem, panna zagościła. 

A wraz z nią przyszli majstrzy, ściany zapomniane, 

Lecz panna nie czekała, pędzlem zaś rządziła. 

Gdy ściany blask zyskały, chciała gospodyni 

Męża znaleźć, co Bogu dzięki za Nią czyni, 

Bo miłość w tym pałacu, życie obudziła. 

 

Zbudziła mnie i płacze, kresu się boimy, 

Miłość ją przerażała, mnie nie - choć zmęczony. 

I pocieszam mą pannę, łzy przez dotyk znikły. 

Rozumiem doskonale, uczuciem dręczony 

Byłem, więc całkiem szczerze, płaczemy zaś razem, 

Nasz strach dobiega końca, gdy ciało tknie z ciałem. 

Może to miłość trudna - człowiek jest spełniony. 

 

Opowiadałem pannie, jak kiedyś to żyłem, 

Jak dotyk zaciśnięty - w pięść - serce wydzierał. 

Jak łzy zawsze spływały, gdy poniżan byłem, 

Jak strach do życia zmuszał, życie mi zabierał, 

Panna wojsko zwołała, łotewskich to strzelców, 

By pałacu nam strzegli, po sam koniec wieków. 

Znów panna zaskoczyła - z niej taki generał! 

 

Pałac niezwyciężony, wokół niego rośnie 

Ogród przepiękny, miłość Boża go otacza, 

Bóg ogrodem przysługę czyni dzisiaj wiośnie. 

Dowód na to jest jasny - miłości wystarcza, 

By pałace wciąż wznosić, być niepokonanym, 

By świat dobrze sam pojąć, pannie być dojrzałym. 

Żegnajcie moi mili - spóźnień nie wybacza! 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...