Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Historia edycji

Należy zauważyć, że wersje starsze niż 60 dni są czyszczone i nie będą tu wyświetlane
Stukacz

Stukacz

SZANTY:

 

 

Szkwał, łajba się kołysze

Świst Neptuna w uszach słyszę

Ster na lewo – kapitan krzyczy

Majtek trzęsie się i ryczy

 

Szczury lądowe co z nami płyną

Trzęsą się i wyją

 

W dali okręt i piraci

Patrzę w twarze braci

Ci drą się na te szczury

Szable – i z krzykiem:  do góry

 

Statkiem buja i kołyszę

Biegnę – ledwie dyszę

 

Huki armat, ogień płonie

Statkiem buja – prawie tonie

 

I w burtę już stukają

Na nasz statek napadają

Dwie piratki – panny dwie

Piękne jak we śnie

 

Dwie piękne, groźne i gotowe

Obie złotogłowe

Na statek nasz jak w szale

A tu sztorm i dzikie fale

Ach, Neptunie za cóż, cóż

Zginąć z rąk tych pięknych róż

 

Pierwsza – legenda, pies u boku

Już gotowa jest do skoku

Abordaż lada chwila

Statek nasz ich okręt mija

 

Druga cicha lecz groźniejsza

Nawet fala od niej mniejsza

Zginąć cięciem ostrza jej

To zaśpiewać hejże-hej

 

Już krew bucha i bucha

Z rozdartego szablą brzucha

 

Dwie piękne, groźne i gotowe

Obie złotogłowe

Na statek nasz jak w szale

A tu sztorm i dzikie fale

Ach, Neptunie za cóż, cóż

Zginąć z rąk tych pięknych róż

 

Litości wielkie fale

Litości dziewki w szale

Myśmy zwykli marynarze

Jak z obrazka nasze twarze

 

Szczury lądowe bierzcie

Wierzcie nam, ach, wierzcie

My za morzem, my za wami

Dość nam przygód ze sztormami

Darujcie – piękne, mądre

Do tawerny i na flądrę

 

Dwie piękne, groźne i gotowe

Obie złotogłowe

Na statek nasz jak w szale

A tu sztorm i dzikie fale

Ach, Neptunie za cóż, cóż

Zginąć z rąk tych pięknych róż

 

Stukacz

Stukacz

SZANTY:

 

 

Szkwał, łajba się kołysze

Świst Neptuna w uszach słyszę

Ster na lewo – kapitan krzyczy

Majtek trzęsie się i ryczy

 

Szczury lądowe co z nami płyną

Trzęsą się i wyją

 

W dali okręt i piraci

Patrzę w twarze braci

Ci drą się na te szczury

Szable, i z krzykiem – do góry

 

Statkiem buja i kołyszę

Przerażony wyję, dyszę

 

Huki armat, ogień płonie

Statek buja, prawie tonie

 

Piraci w burtę już stukają

I nasz statek napadają

Dwie piratki – panny dwie

Piękne jak we śnie

 

Dwie piękne, groźne i gotowe

Obie złotogłowe

Na statek nasz jak w szale

A tu sztorm i dzikie fale

Ach, Neptunie za cóż, cóż

Zginąć z rąk tych pięknych róż

 

Pierwsza – legenda, i pies u boku

Już gotowa jest do skoku

Abordaż lada chwila

Statek nasz ich okręt mija

 

Druga cicha lecz groźniejsza

Nawet fala od niej mniejsza

Zginąć cięciem ostrza jej

To zaśpiewać hejże-hej

 

Już krew bucha i bucha

Z rozdartego szablą brzucha

 

Dwie piękne, groźne i gotowe

Obie złotogłowe

Na statek nasz jak w szale

A tu sztorm i dzikie fale

Ach, Neptunie za cóż, cóż

Zginąć z rąk tych pięknych róż

 

Litości wielkie fale

Ach, litości dwie dziewczyny w szale

Myśmy zwykli marynarze

Jak z obrazka nasze twarze

 

Szczury lądowe bierzcie

Wierzcie nam, ach, wierzcie

My za morzem, my za wami

Dość nam przygód ze sztormami

Wy – piękne, mądre

Darujcie – do tawerny i na flądrę

 

Dwie piękne, groźne i gotowe

Obie złotogłowe

Na statek nasz jak w szale

A tu sztorm i dzikie fale

Ach, Neptunie za cóż, cóż

Zginąć z rąk tych pięknych róż

Ach, Neptunie za cóż, cóż

Zginąć z rąk tych pięknych róż



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Waldemar_Talar_Talar Całkowicie się zgadzam, ale teraz ludzie jakby mniej odporni i niejednemu w / po jednej złej chwili wali się świat. Pozdrawiam
    • @Waldemar_Talar_Talar Nasze życie jest wszystkim, co mamy, a nie jest tylko nasze. Nikt z nas nie zdoła się go dokładnie nauczyć - skoro żyjemy pierwszy raz. Wszystko co nas w nim spotyka jest "przyprawą istnienia", darem - tak cierpienie, jak szczęście. Cieszmy się, że zostaliśmy zaproszeni na tę ucztę... przez Kogoś. Pozdrawiam Serdecznie :-)
    • Molo było niewielkie. Pełne gnilnych glonów,  rozprutych desek  i wymytych przez fale kłód, mających utrzymywać konstrukcję w całości. Czuć było pod gołą stopą  każdą zmianę natężenia wody, każdy silniejszy podmuch wiatru, każdy ruch piasku na dnie. Było mi tu swojsko. Niestabilnie i wrogo. Nawet balustrada była cała we rdzy. Siedziała na niej grupka rybitw. Rozmawiały w ptasim języku, przekrzykując się nawzajem, niczym emerytki osiadłe przez cały dzień na parkowej ławce. Gdy tylko się zbliżyłem ucichły, obrzucając mnie nienawistnym spojrzeniem. Zerwały się do lotu skrzecząc dziko. Rozpostarły swe skrzydła  nad samym lustrem tafli. Dopiero w połowie toni, wzbiły się w nisko osadzone chmury. Zniknęły mi z oczu. Moim żywiołem nie jest woda ani powietrze. Jest nim ogień rozpalający pokłady nieskończonej samotności i odseparowania. Jest nim ziemia. Doskonale zimna i wilgotna. Pokryta mchem, koniczyną i robactwem. Mam nadzieję, że kiedyś mnie przyjmie. Moje zastygłe w śmierci ciało  i bladą, sosnową trumnę. Żaby wesoło rechotały  w przybrzeżnych szuwarach. Czasami ryba wzburzyła wodę, łaknąc w swe skrzela,  dawki ożywczego tlenu. To znów liść zniesiony tu  przez północne podmuchy  osunął się z gracją na falę. Był suchy i martwy a jednak mimo wszystko drwił sobie z tego. Nie zamierzał tonąć. Przeciwnie. Tańczył w tę i z powrotem, próbując się przystosować  do energii i klimatu nowego miejsca. Ważki obsiadły wodne pałki i lilie. Drzemały w cieple sierpniowego upału. Nawet drapieżnikom należał się wolny dzień. Urlop od instynktu zabójcy. Rodzina kaczek podpłynęła bezgłośnie. Zadzierały łepki ku mnie, czekając na porcję suchego chleba. Dla nich to trucizna. A ja nie jestem mordercą. Wyobraziłem sobie siebie w wodzie, patrzącego na Ciebie jak te kaczki. Prosiłbym o koło ratunkowe. Ale dla mnie ratunek to trucizna. Nie potrafię pływać w tej mętnej zupie, którą nazywa się życiem. Utonąłbym na Twoich oczach. Z korzyścią dla obojga. Na plaży opodal zebrał się już mały tłum. Byłaś tam i Ty. Leżałaś na niebieskim kocu, ubrana w piękny dwuczęściowy, biały kostium. Uwielbiasz lato, wodę i słońce. Kochasz życie. Opalanie swych doskonałych krągłości. Błogość zatrzymania chwili relaksu. Kochasz być dopieszczona naturą. Całowana promykami. Muskana letnią bryzą. A mnie dzień boli, nęka, zabija. Wygania mnie w cień, noc  w niespokojny, koszmarny sen. Słońce mnie rani.  Oślepia. Wiatr przynosi podszepty o rychłym końcu. Jak można nie lubić lata? Jak widać. Trupy wolą mgły listopadowe. Przenikliwe, wilgotne zimno. Zamiecie, zawieje i dobrotliwe,  szczere łzy deszczu. Dłonie i stopy kostnieją wtedy na dobre a serce zamiera w piersi. Obiecałem Ci  wieczorny spacer po promenadzie. Kolację, lody i kwiaty. Dla Ciebie te najpiękniejsze. Dla mnie te złe. Są moją obsesją i inspiracją. Piękno które gnije na moich oczach. Wszystko wokół wspaniale gnije, bo życie jest jedynie  skuteczną do bólu trucizną.  
    • Zabrali Ci parasol chociaż pada deszcz potykasz się o krople  które są jak kamienie.    Nie masz siły iść dalej wszystko jest przeciwko  nawet niebo nie pomaga.   Na prawo i lewo rozrzucasz myśli wszędzie ich pełno zaznaczasz nimi swój teren.   Nie będą Cię widzieć i nie usłyszą krzyczysz głośno Twój głos  znika gdzieś w zaroślach.   Tam gdzie kwitną kwiaty podsycasz rośliny swoimi łzami  jesteś jak lód który topnieje.   Czas zatacza koło idziesz razem z nim dlaczego tak daleko i dlaczego nie wracasz.   Krople rosy zamienione w deszcz ogromne jak głazy i twarde jak lód kiedyś stopnieją Ty razem z nimi.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...