Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Na podjeździe do domu, 

zazwyczaj zarezerwowanym

dla mojego auta,

zastukotał dźwięk

podkutych końskich kopyt,

dało się słyszeć ostrą pracę, 

zmęczonych długim galopem chrap.

Zapadła krótka, niespokojna cisza…

rżenie osmańskiej, 

przysadzistej i gniadej klaczy,

poniosło się w wieczorny mrok.

Dawniej na wsi takiej jak ta,

odezwałoby się ku niemu,

panie koguta, ryk bydła

czy kwik prosiąt.

Teraz jedynie usidlone 

w metalowe kraty kojców 

lub przycupłe w 

zamarzniętych zaspach ogrodzeń psy,

szczekały przeraźliwie, ujadały i wyły.

Drżały już nie z zimna a trwogi.

Podwinęły ogony między tylne łapy

i przekrwionym wzrokiem,

łypały lękliwie

ku postaci

ostatniego ducha dawnych dni.

 

 

Klacz zatrzymała się, 

dumnie prężąc mocarną pierś.

Wyciągnęła łeb naprzód, 

eksponując pięknie ułożoną 

i zaczesaną grzywę.

Uprząż na jej głowie, 

zdobiła ją jak końską księżniczkę.

Wysadzana była 

szafirowymi i rubinowymi guzami.

Wędzidło i uzdy

z najwyższej klasy skóry,

przeszywane złotą i srebrną nicią.

Turecka, krótka

i wysoko osadzona kulbaka

niczym tron monomacha.

Uginała się wręcz od złota i kamieni.

Perski czaprak pod jej ciężarem,

szczelnie osadził się na bokach klaczy,

zdobiąc grzbiet

jak koronacyjny płaszcz.

Jeździec musiał być

doskonały w swym fachu

lub ufać klaczy bardziej 

niż komukolwiek innemu.

A to dlatego, 

że jechał bez wsparcia strzemion 

a popręk założony był luźno 

tak by nie zadawać 

zbędnego bólu zwierzęciu 

i pozostawić mu

jak największą swobodę.

 

 

Jeździec gładko

przełożył nogę i opadł na 

niedawno odśnieżoną kostkę podjazdu.

Poklepał wierną towarzyszkę 

i ruszył ku drzwiom domostwa.

A był to nie zamek,

nie pałac czy dwór szlachecki

a zwykły nowoczesny dom.

Piętrowy,

z żółtą elewacją, dużymi oknami,

dachówką na dachu 

i założoną nie tak dawno fotowoltaiką.

W salonie i kuchni na parterze

panował mrok,

ale w mniejszym pokoju na piętrze paliło się światło nocnej lampki,

ledwie rozjaśniające, 

grube, białe, okienne rolety.

Jeździec stanął na progu,

bacząc jeszcze widać na kolejny ruch.

Odetchnął ciężko, 

pogardził przyciskiem dzwonka

i zapukał donośnie.

 

 

Światło momentalnie zgasło.

Dało się słyszeć odgłos

zamykanych drzwi

i lekkie acz prędkie kroki na schodach.

Szczęk zamków, naciśnięcie klamki

i już mógł ją ujrzeć na powrót.

A nie było ku temu

sposobności przez lata.

Stanęli naprzeciw siebie.

 

 

Szczęść Ci Boże Mario Antonino 

w ten wieczór wigilijny.

Jeślim nie gość w dom Twój,

to i z pewnością nie Bóg

a prędzej diabeł,

lecz może w oczach Twych ciemnych, 

jeszcze ojciec marnotrawny

a jeśli już nawet i nie on 

to może chociaż wędrowiec 

co prosi o gościnę i miskę strawy.

A pamiętaj 

wędrowca przegnać z progu swego,

to grzech śmiertelny,

szczególnie w ten jeden wieczór.

 

 

Widział łzy w jej oczach,

nie spodziewała się go 

jeszcze kiedykolwiek ujrzeć.

Choć prawdę powiedziawszy

nie widziała go

przez większość swego życia.

Jej ojciec nigdy dla niej nie umarł.

Nie wyrzekła się go, 

choć matka błagała ją o to,

tworząc jej w myślach od maleńkości 

obraz człowieka porywczego,

tyrana i pijaka

co bardziej ukochał wojnę 

i złotą wolność nad rodzinę.

 

 

Był kim był.

Mówiono, że Stadnicki Diabeł 

to przy nim święty z ikony.

Walczył całe życie.

W obronie swych praw, dóbr, honoru.

W obronie Rzeczypospolitej 

i świętego ukraińskiego,

rodzinnego stepu.

Ostatnie lata walczył

i ze swymi demonami.

A jak wiadomo Fortuna to stara murwa. 

Raz groszem sypnie 

a innym razem rzyć gołą ukaże 

i kijem jak mołojca,

do krwi ostatniej obije.

 

 

Więc teraz na starość

przybył się żegnać.

Ze światem jaki chciał

od zatracenia uchować,

ale i z jedyną córką.

Jedyną osobą, która mu pozostała.

Wejdź ojcze. 

Zaprosiła go gestem do środka,

po czym gorąco uściskała.

Nie była już dziewczynką,

panną na wydaniu 

ani niewiastą w kwiecie wieku.

Dobijała już do lat czterdziestu

a on nie widział jej od przeszło ośmiu.

Cudowne i grube, jasnorude włosy uplotła w warkocz

sięgający końca pleców.

Oczy jej prawie czarne w świetle,

tak bliźniacze jego oczom,

rzucały wesołe iskierki 

i były niczym przepełnione 

optymizmem i miłością lustro

w cudownej urody ramie,

jej bladej, piegowatej cery.

 

 

Była od niego niższa o głowę.

Szczupła i wiotka wręcz.

Doskonała byłaby z niej 

stepowa wilczyca.

Pamiętał jak uczył ją jazdy konno,

walki karabelą czy ubierał nie w suknie 

a zdobne sukmany i żupany.

Zawsze prawił jej,

że musi mieć umysł lotny i wolny 

a prawicę silną i niezależną.

Bo jest ostatnia z rodu ludzi wolnych.

Ujął jej dłoń i ku swemu zadowoleniu 

ujrzał na serdecznym palcu

rodowy sygnet 

z jasieńczykowym kluczem

i parą pawich piór.

 

 

Nigdy go nie zdejmuję

i noszę jako obrączkę

której się nigdy nie doczekałam 

i już nie doczekam.

Widać taki mój los ojcze 

żem zaślubiona samotnej śmierci 

ale wiernie trwam jako ostatnia z rodu.

Masz jeszcze czas dziecko,

by Twe łono wydało 

błogosławionego dla mnie wnuka

i jemu przekażesz kiedyś ten pierścień,

jako wszyscy poprzedni Tobie

od czterystu lat.

 

 

Ty mieszkasz tu jak w bajkowej bańce.

Znoju ani śmierci tu nie ma.

Krwi i cierpienia nie zaznałaś nigdy.

Do wojny i pokoju

starań nie musiałaś toczyć.

Toć teraz polska wieś

bezpieczna i spokojna.

Bogactwo dawnych dworów 

zgrabione pod liche strzechy.

Myśmy już wszystko zapomnieli,

często to słyszę

od zdrajców herbowych.

A ja pamiętam i trwać będę.

Bo nie sądy i trybunały

będą o mnie stanowić

ani plebejskie konstytucję

na pohybel panom braciom spisane.

Ja jestem prawem.

I prawem i lewem 

mogę ciąć prostaczków przygłupich łby

tą oto miłą kochanką.

Wyjął z czarnej pochwy, 

długą, kozacką szablę.

Pokrytą ornamentami

na głowni i rękojeści.

Ja jestem duchem przeszłych lat,

co żyją póki i ja dycham jeszcze.

 

 

Nie widziała ojca te osiem lat.

Zmienił się, zestarzał, opadł z sił.

Jego łysa czaszka

nosiła ogrom blizn i cięć.

Stracił prawe oko 

a lewe przecięte było na wskroś 

blizną zapadłą lekko i czernawą.

Wąs siwy i długi opadał na 

gęstą i jeszcze okazalszą brodę.

Był w zdobnym żupanie 

o czerwonej jak krew barwie,

przepasanym jedwabnym pasem

z klejnotami 

Kontusz ze złotogłowia

narzucił niedbale 

a na nim jeszcze szal z sobola.

Buty o noskach wysokich,

widać nosił od dawna 

bo poznały na własnej skórze 

ciężar jego żywota.

 

 

Ugość mnie dziecko przez te noc.

Porozmawiamy i powspominamy.

Byle nie Twą matkę nieboszczkę,

niech ją diabły

ochoczo chędorzą w piekle 

za to kim była i czym się stała.

Rachuję, że wina czy marmazji 

u Ciebie niestatek?

Lipcowego dwójniaka w beczkach 

też raczej nie trzymasz?

Więc choć kawy zaparz 

może mi od niej trzewia nie pogniją.

Nalej też wody czystej

do wiadra i napoj 

moją kochaną Strzygę,

co by mogła skosztować 

czego innego niż krwi wrogów.

 

 

Ale najpierw słuchaj tego

co rzeknę Ci teraz.

Następnym razem

przybędę tu martwy już.

Lub dojdzie Cię wieść o mym zgonie.

Tylko jedną mam prośbę

najdroższa Mario.

Zdobądź me prochy 

i jedź czym prędzej wtedy za granicę 

która teraz wszystkich dzieli 

lecz której ja nie uznaję.

I rozpuść mnie na wiatr 

nad ukochanym stepem.

Przysięgasz mi Mario?

Przysięgam ojcze.

 

 

 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


×
×
  • Dodaj nową pozycję...