Na paszporcie w strefie przygranicznej
rano wyszła, a przyszła wieczorem.
Aż się jeszcze wciąż tłuką po głowie
w ruskie słowa myśli obleczone.
Na pierożku w chomątku, wyprawa.
Tam przed siebie, po horyzont pola.
Czy ziemniaki posadzili w marzec?
Kilometrów do klasztorku z dziesięć.
Dojść i wrócić, dom został po stronie,
skąd po dzisiaj ściga zbiega kolej.
Ziemia woła go w bruzdy i łany,
człowiek młodym był w niej, zakochanym.
Koszulinę przez ramię założył,
które ściska jak obręcz dar Boży.
W niej odłoży na jutrzejsze jutra
wolę lacką, bo jego, nie udar.
Tam na drodze gdzieś w ciszy zrodzony,
z duchem modli się, światłem w niewoli.
Pieśń z radością pod chmury zabiera,
wszędzie dobrze, lecz dotyka nieba.