Strumień kwiatów opływa moje trzewia
Twoje łzy lecą mi na kolana
Mój mózg sam nie wie czy jesteś żywa
Przez moje lamenty uformowana
Korzystam z chwili by spojrzeć w niebo, a usta moje pełne są strzępków papieru, które bezskutecznie pragną wyrwać się ku twemu spojrzeniu.
Przenikam przez asfalt spadam coraz niżej
Błyszczę znikam drżę, chwytam pajęczynę
Moje uszy marzną, usta moje klną
Milion wersji siebie tworzę patrząc w toń
Między przestraszonymi zębami wije się ciemna wstęga i pełznie w głąb mojego przełyku.
Tysiące chmur znów spadają z nieba
A ty duszo moja jak sen milczysz wciąż
Próbuję dać powód mojej bezradności
Zawiązał mi język ten marności wąż
Miarowy stukot podeszwy przemieścił moją świadomość na inną częstotliwość rzeczywistości.