idę przez dzień
przez wybebeszone podbrzusze sadu
wszystko pęcznieje
w jednej wściekłej sekundzie
światło wbite w liście
drży jak roztrzaskane szkło
chleb parzy dłonie zakalcem i słońcem
wiatr zostawia na skórze osad
spalin i mięty
wciągam powietrze:
smakuje klamką mostów, mułem rzeki
co niesie rozdęte truchła ryb
i złoto obrączek
ziemia po deszczu pachnie
świeżo rozkopanym grobem
a jednocześnie
pierwszym porankiem świata
powietrze ciężkie od narodzin
sekundy pękają jak nasiona
ciskane w biały żar
pytam: dlaczego oczy mają brzegi
skoro horyzont jest tylko pęknięciem w szkle
którego nie da się zaleczyć patrzeniem?
świat jest zbyt wielki dla mojej czaszki
pić go całymi haustami!
hartować przełyk
w fosforyzującym ścieku konstelacji!
ale język puchnie od nadmiaru smaków
przełyk jest za wąski
dla tej wezbranej rzeki
rozhermetyzować się
w samym środku własnej tkanki
bo ciało to tylko pergamin
rozpięty na turbinie świata
krew - spóźniona lawa -
wypala drogę na zewnątrz
serce tłucze się o żebra
myli druty z niebem
w płucach noszę wiatr starszy od miast
w kościach sól mórz
które wyschły zanim narodził się lęk
każde uderzenie serca to młot
w betoniarce świtu
niech światło rozsadzi kości!
niech pęknę jak owoc
zbyt długo trzymany w słońcu!
bo wszystko wyje o uwagę
trawa przebija asfalt
z precyzją skalpela
kamień nagrzany słońcem
pamięta dotyk dłoni sprzed tysiąca lat
skóra pamięta więcej niż rozum
a ja wciąż głodny
głód starszy niż moje imię
chcę jeszcze jednego drzewa
ciemnego od soków
jeszcze jednego świtu który jak nóż
wejdzie pod gardło nocy
nie nadążam kochać świata
świat zdarza się zbyt gwałtownie
stoję z otwartymi ustami
czas wlewa mi się do gardła
jak wrzący ołów
i zastyga
w dławiący fundament pod język
idę dalej
pamięć - składowisko zużytych luster
gdzie każde "kocham”
pachnie chlorem i starym lodem
usta mokre od życia
spuchnięte od słów
bo śmierć to jedyny mechanizm
którego nie umiem jeszcze zatrzymać zębami