Ja się trochę wtrącę.
W obronie tego, aby każdy człowiek w miłości mógł być sobą.
Bo nie może być tak, że tylko odczucia jednej osoby się liczą, a druga ma się wciąż dostosowywać i gasnąć.
Nikt nie ma wpływu na intensywność i temperaturę przeżywania, na temperament.
Nakrywanie pokrywką doprowadzi do nagromadzenia i jeszcze większej erupcji.
Albo będzie to wybuch do wewnątrz i zniszczy tylko jedną osobę, albo na zewnątrz, i porani oboje.
Tak samo, jak
7 godzin temu, Alicja_Wysocka napisał(a):Dla kogoś wrażliwszego, ostrożniejszego, może to być przytłaczające,
tak samo dla kogoś żarliwego, jak peel w tym wierszu, przytłaczająca musi być ciągła konieczność kontroli i tłumienia czegoś, co jest jego immanentną cechą, jak określony smak i zapach dla danego gatunku owocu.
Oboje wówczas się duszą.
7 godzin temu, Alicja_Wysocka napisał(a):prawdziwa obecność oznacza reagowanie na to, co druga osoba faktycznie czuje, a nie na to co Ty.
Ale to działa zawsze w obie strony.
Czy da się znaleźć aurea mediocritas?
Z punktu widzenia jednej osoby - może mniej lęku, więcej zaufania i ciekawości, otwartości na doznania, których wcześniej nie doświadczała.
Z punktu widzenia drugiej - może coś jak supermiłość (super - w podobnym znaczeniu jak we freudowskiej koncepcji superego), która pozwoli na świadome samoograniczenie i odnajdzie w tym poświęceniu źródło równie mocnych emocji, albo poszuka sobie surogatów (choćby poezja), jednocześnie nie odczuwając upokorzenia.
I jedno, i drugie, musiałoby się wykazać wyjątkową odwagą i siłą, by dopuścić myśl o częściowym przesunięciu swoich granic, w jedną lub w drugą stronę, aż osiągną optimum.
Paradoksalnie, ustępuje tu nie słabszy, lecz mocniejszy emocjonalnie.
Zawsze pojawia się pytanie, czy warto i co na to moje ego - i o to rozbija się dynamika relacji.