Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Historia edycji

Należy zauważyć, że wersje starsze niż 60 dni są czyszczone i nie będą tu wyświetlane
Migrena

Migrena





okna wiszą w ciemności jak zimne akwaria

miasto głęboko pod nami mruczy
w kablach
w rurach
w wybebeszonych ulicach

wchodzę do windy

metalowa matryca

lustra powielają milczenie tracąc
kształt w nieskończoności

szklane oko kamery w narożniku sufitu
żre obecność bez mrugnięcia jak bezduszny świadek
który nie odróżnia modlitwy
od erekcji
od głodu
od drżenia ciała

drzwi prawie się schodzą i wtedy twoja ręka przebija je w ostatnim calu

wchodzisz gwałtownie jakby noc wciąż trzymała cię za kark

pachniesz lodowatym tlenem
mokrym asfaltem
i tym nagłym zwierzęciem
które wibruje pod twoją skórą

drzwi ryglowane ciężkim klik

krwawe cyfry nad nami
rosną w neonowym odliczaniu

w szybie wysoko nad kabiną stalowy kabel wyje pod ciężarem naszej ciszy

jedyny nerw wyrwany z krtani miasta napięty do pęknięcia
napięty tak mocno że zaczyna pamiętać ból

stoimy za blisko
zbyt blisko na obcych
to już jest wtargnięcie

twoje ramię parzy moje
ten dotyk nie znika
wgryza się
znajduje drogę do tętnic

winda szarpie w górę
lekki wstrząs
metal dyszy

twoje oczy są gęste
niecierpliwe pełne nocnego żaru
patrzysz tak jakbyś mnie rozcinała
jakbyś przypominała sobie topografię moich blizn i moich szwów

smak soli na karku

twoja dłoń kotwiczy na moim biodrze
a grawitacja zdycha bez pytania

to jest spokój drapieżnika
który odnalazł swoje terytorium
swoją własność

piętra mijają
dziewięć
dziesięć
jedenaście

w tej ciasnej puszce powietrze zaczyna drżeć i gęstnieć
od skóry
od potu
od ciepła

twoje włosy na mojej szyi są jak zapalnik cichy prąd idzie po kręgach w dół kręgosłupa

twój oddech jest za krótki
zbyt gorący na miejsce
gdzie ludzie mają tylko stać i milczeć czekając na ocalenie drzwi

twoje usta przy moich bez słów

ciało wykłada swoją rację
powoli
brutalnie
cierpliwie
nieodwołalnie

palce ryją nowy alfabet
- mój ból i rozkosz

w szybie windy metal skowyczy
jakby budynek poczuł
że w jego sterylnym wnętrzu
pękło coś żywego krwistego i niebezpiecznego

twoje udo twarde ciepłe i czułe
dyktuje moją uległość

twarz przy twarzy
usta tak blisko że ślina miesza się ze śliną
że oddech miesza się z oddechem

ta stalowa klatka
zawieszona w próżni szybu
staje się jedyną amboną świata
gdzie liczy się tylko prawo skóry

przyciągasz mnie
nie ma już pomiędzy
jest tylko łomot serca
i to bezwstydne wycie mięśni

głód który nie potrzebuje nazwisk bo jest starszy niż język

nasze tkanki pamiętają się
z jakiegoś pierwotnego błotnistego życia gdzie ciało było jedyną mową

winda zwalnia
świat pod nami karleje
świat nad nami jeszcze nie wie

a tutaj w tej skrzyni uniesionej w noc
twoje usta pożerają mój oddech zachłannie jak ostatni haust powietrza pod wodą

ciało wierzy natychmiast

choć drzwi zaraz wyplują nas
w jasny korytarz
choć beton upomni się o schematy
i swoje reguły
przez te kilka sekund
między jednym piętrem a drugim
 - zewnątrz nie istnieje

wieżowiec jest tylko klatką piersiową
w której bije nasze wspólne jedyne tętno

ten beton
ta noc
to miasto
są tylko tłem dla potu na twojej skórze
dla tego krótkiego czarnego pożaru
który trawi nas bez pytania
który zapala się między ludźmi

dwoje obcych ludzi
w mechanicznym sercu kolosa
zatrzymało obrót ziemi
w jednym wspólnym
spalającym nas
oddechu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Migrena

Migrena





okna wiszą w ciemności jak zimne akwaria

miasto głęboko pod nami mruczy
w kablach
w rurach
w wybebeszonych ulicach

wchodzę do windy

metalowa matryca

lustra powielają milczenie tracąc
kształt w nieskończoności

szklane oko kamery w narożniku sufitu
żre obecność bez mrugnięcia jak bezduszny świadek
który nie odróżnia modlitwy
od erekcji
od głodu
od drżenia ciała

drzwi prawie się schodzą i wtedy twoja ręka przebija je w ostatnim calu

wchodzisz gwałtownie jakby noc wciąż trzymała cię za kark

pachniesz lodowatym tlenem
mokrym asfaltem
i tym nagłym zwierzęciem
które wibruje pod twoją skórą

drzwi ryglowane ciężkim klik

krwawe cyfry nad nami
rosną w neonowym odliczaniu

w szybie wysoko nad kabiną stalowy kabel wyje pod ciężarem naszej ciszy

jedyny nerw wyrwany z krtani miasta napięty do pęknięcia
napięty tak mocno że zaczyna pamiętać ból

stoimy za blisko
zbyt blisko na obcych
to już jest wtargnięcie

twoje ramię parzy moje
ten dotyk nie znika
wgryza się
znajduje drogę do tętnic

winda szarpie w górę
lekki wstrząs
metal dyszy

twoje oczy są gęste
niecierpliwe pełne nocnego żaru
patrzysz tak jakbyś mnie rozcinała
jakbyś przypominała sobie topografię moich blizn i moich szwów

smak soli na karku

twoja dłoń kotwiczy na moim biodrze
a grawitacja zdycha bez pytania

to jest spokój drapieżnika
który odnalazł swoje terytorium
swoją własność

piętra mijają
dziewięć
dziesięć
jedenaście

w tej ciasnej puszce powietrze zaczyna drżeć i gęstnieć
od skóry
od potu
od ciepła

twoje włosy na mojej szyi są jak zapalnik cichy prąd idzie po kręgach w dół kręgosłupa

twój oddech jest za krótki
zbyt gorący na miejsce
gdzie ludzie mają tylko stać i milczeć czekając na ocalenie drzwi

twoje usta przy moich bez słów

ciało wykłada swoją rację
powoli
brutalnie
cierpliwie
nieodwołalnie

palce ryją nowy alfabet
- mój ból i rozkosz

w szybie windy metal skowyczy
jakby budynek poczuł
że w jego sterylnym wnętrzu
pękło coś żywego krwistego i niebezpiecznego

twoje udo twarde ciepłe i czułe
dyktuje moją uległość

twarz przy twarzy
usta tak blisko że ślina miesza się ze śliną
że oddech miesza się z oddechem

ta stalowa klatka
zawieszona w próżni szybu
staje się jedyną amboną świata
gdzie liczy się tylko prawo skóry

przyciągasz mnie
nie ma już pomiędzy
jest tylko łomot serca
i to bezwstydne wycie mięśni

głód który nie potrzebuje nazwisk bo jest starszy niż język

nasze tkanki pamiętają się
z jakiegoś pierwotnego błotnistego życia gdzie ciało było jedyną mową

winda zwalnia
świat pod nami karleje
świat nad nami jeszcze nie wie

a tutaj w tej skrzyni uniesionej w noc
twoje usta pożerają mój oddech zachłannie jak ostatni haust powietrza pod wodą

ciało wierzy natychmiast

choć drzwi zaraz wyplują nas
w jasny korytarz
choć beton upomni się o schematy
i swoje reguły
przez te kilka sekund
między jednym piętrem a drugim
 - zewnątrz nie istnieje

wieżowiec jest tylko klatką piersiową
w której bije nasze wspólne jedyne tętno

ten beton
ta noc
to miasto
są tylko tłem dla potu na twojej skórze
dla tego krótkiego czarnego pożaru
który trawi nas bez pytania
który zapala się między ludźmi

dwoje obcych ludzi
w mechanicznym sercu kolosa
zatrzymało obrót ziemi
w jednym wspólnym
spalającym nas
oddechu

 

 

 

 



 

Migrena

Migrena





okna wiszą w ciemności jak zimne akwaria

miasto głęboko pod nami mruczy
w kablach
w rurach
w wybebeszonych ulicach

wchodzę do windy

metalowa matryca

lustra powielają milczenie tracąc
kształt w nieskończoności

szklane oko kamery w narożniku sufitu
żre obecność bez mrugnięcia jak bezduszny świadek
który nie odróżnia modlitwy
od erekcji
od głodu
od drżenia ciała

drzwi prawie się schodzą i wtedy twoja ręka przebija je w ostatnim calu

wchodzisz gwałtownie jakby noc wciąż trzymała cię za kark

pachniesz lodowatym tlenem
mokrym asfaltem
i tym nagłym zwierzęciem
które wibruje pod twoją skórą

drzwi ryglowane ciężkim klik

krwawe cyfry nad nami
rosną w neonowym odliczaniu

w szybie wysoko nad kabiną stalowy kabel wyje pod ciężarem naszej ciszy

jedyny nerw wyrwany z krtani miasta napięty do pęknięcia
napięty tak mocno że zaczyna pamiętać ból

stoimy za blisko
zbyt blisko na obcych
to już jest wtargnięcie

twoje ramię parzy moje
ten dotyk nie znika
wgryza się
znajduje drogę do tętnic

winda szarpie w górę
lekki wstrząs
metal dyszy

twoje oczy są gęste
niecierpliwe pełne nocnego żaru
patrzysz tak jakbyś mnie rozcinała
jakbyś przypominała sobie topografię moich blizn i moich szwów

smak soli na karku

twoja dłoń kotwiczy na moim biodrze
a grawitacja zdycha bez pytania

to jest spokój drapieżnika
który odnalazł swoje terytorium
swoją własność

piętra mijają
dziewięć
dziesięć
jedenaście

w tej ciasnej puszce powietrze zaczyna drżeć i gęstnieć
od skóry
od potu
od ciepła

twoje włosy na mojej szyi są jak zapalnik cichy prąd idzie po kręgach w dół kręgosłupa

twój oddech jest za krótki
zbyt gorący na miejsce
gdzie ludzie mają tylko stać i milczeć czekając na ocalenie drzwi

twoje usta przy moich bez słów

ciało wykłada swoją rację
powoli
brutalnie
cierpliwie
nieodwołalnie

palce ryją nowy alfabet
- mój ból i rozkosz

w szybie windy metal skowyczy
jakby budynek poczuł
że w jego sterylnym wnętrzu
pękło coś żywego krwistego i niebezpiecznego

twoje udo twarde ciepłe i czułe
dyktuje moją uległość

twarz przy twarzy
usta tak blisko że ślina miesza się ze śliną
że oddech miesza się z oddechem

ta stalowa klatka
zawieszona w próżni szybu
staje się jedyną amboną świata
gdzie liczy się tylko prawo skóry

przyciągasz mnie
nie ma już pomiędzy
jest tylko łomot serca
i to bezwstydne wycie mięśni

głód który nie potrzebuje nazwisk bo jest starszy niż język

nasze tkanki pamiętają się
z jakiegoś pierwotnego błotnistego życia gdzie ciało było jedyną mową

winda zwalnia
świat pod nami karleje
świat nad nami jeszcze nie wie

a tutaj w tej skrzyni uniesionej w noc
twoje usta pożerają mój oddech zachłannie jak ostatni haust powietrza pod wodą

ciało wierzy natychmiast

choć drzwi zaraz wyplują nas
w jasny korytarz
choć beton upomni się o schematy
i swoje reguły
przez te kilka sekund
między jednym piętrem a drugim
zewnątrz nie istnieje

wieżowiec jest tylko klatką piersiową
w której bije nasze wspólne jedyne tętno

ten beton
ta noc
to miasto
są tylko tłem dla potu na twojej skórze
dla tego krótkiego czarnego pożaru
który trawi nas bez pytania
który zapala się między ludźmi

dwoje obcych ludzi
w mechanicznym sercu kolosa
zatrzymało obrót ziemi
w jednym wspólnym
spalającym nas
oddechu

 

 

 

 



 

Migrena

Migrena





okna wiszą w ciemności jak zimne akwaria

miasto głęboko pod nami mruczy
w kablach
w rurach
w wybebeszonych ulicach

wchodzę do windy

metalowa matryca

lustra powielają milczenie tracąc
kształt w nieskończoności

szklane oko kamery w narożniku sufitu
żre obecność bez mrugnięcia jak bezduszny świadek
który nie odróżnia modlitwy
od erekcji
od głodu
od drżenia ciała

drzwi prawie się schodzą i wtedy twoja ręka przebija je w ostatnim calu

wchodzisz gwałtownie jakby noc wciąż trzymała cię za kark

pachniesz lodowatym tlenem
mokrym asfaltem
i tym nagłym zwierzęciem
które wibruje pod twoją skórą

drzwi ryglowane ciężkim klik

krwawe cyfry nad nami
rosną w neonowym odliczaniu

w szybie wysoko nad kabiną stalowy kabel wyje pod ciężarem naszej ciszy

jedyny nerw wyrwany z krtani miasta napięty do pęknięcia
napięty tak mocno że zaczyna pamiętać ból

stoimy za blisko
zbyt blisko na obcych
to już jest wtargnięcie

twoje ramię parzy moje
ten dotyk nie znika
wgryza się
znajduje drogę do tętnic

winda szarpie w górę
lekki wstrząs
metal dyszy

twoje oczy są gęste
niecierpliwe pełne nocnego żaru
patrzysz tak jakbyś mnie rozcinała
jakbyś przypominała sobie topografię moich blizn i moich szwów

smak soli na karku

twoja dłoń kotwiczy na moim biodrze
a grawitacja zdycha bez pytania

to jest spokój drapieżnika
który odnalazł swoje terytorium
swoją własność

piętra mijają
dziewięć
dziesięć
jedenaście

w tej ciasnej puszce powietrze zaczyna drżeć i gęstnieć
od skóry
od potu
od ciepła

twoje włosy na mojej szyi są jak zapalnik cichy prąd idzie po kręgach w dół kręgosłupa

twój oddech jest za krótki
zbyt gorący na miejsce
gdzie ludzie mają tylko stać i milczeć czekając na ocalenie drzwi

twoje usta przy moich bez słów

ciało wykłada swoją rację
powoli
brutalnie
cierpliwie
nieodwołalnie

palce ryją nowy alfabet
- mój ból i rozkosz

w szybie windy metal skowyczy
jakby budynek poczuł
że w jego sterylnym wnętrzu
pękło coś żywego krwistego i niebezpiecznego

twoje udo twarde ciepłe i czułe
dyktuje moją uległość

twarz przy twarzy
usta tak blisko że ślina miesza się ze śliną
że oddech miesza się z oddechem

ta stalowa klatka
zawieszona w próżni szybu
staje się jedyną amboną świata
gdzie liczy się tylko prawo skóry

przyciągasz mnie
nie ma już pomiędzy
jest tylko łomot serca
i to bezwstydne wycie mięśni

głód który nie potrzebuje nazwisk bo jest starszy niż język

nasze tkanki pamiętają się
z jakiegoś pierwotnego błotnistego życia gdzie ciało było jedyną mową

winda zwalnia
świat pod nami karleje
świat nad nami jeszcze nie wie

a tutaj w tej skrzyni uniesionej w noc
twoje usta pożerają mój oddech zachłannie jak ostatni haust powietrza pod wodą

ciało wierzy natychmiast

choć drzwi zaraz wyplują nas
w jasny korytarz
choć beton upomni się o schematy
i swoje reguły
przez te kilka sekund
między jednym piętrem a drugim
zewnątrz nie istnieje

wieżowiec jest tylko klatką piersiową
w której bije nasze wspólne jedyne tętno

ten beton
ta noc
to miasto
są tylko tłem dla potu na twojej skórze
dla tego krótkiego czarnego pożaru
który trawi nas bez pytania
który zapala się między ludźmi

dwoje obcych ludzi
w mechanicznym sercu kolosa
zatrzymało obrót ziemi
w jednym wspólnym
spalającym nas
oddechu



 



×
×
  • Dodaj nową pozycję...