@Poet Ka
Dziękuję. Piękne nici wyciągasz. Niektóre całkiem niespodziewane. Ale to znakomicie jeśli wiersz staje się ekranem dla projekcji odmiennej, ale też podobnej wrażliwości.
@Alicja_Wysocka
Bardzo mi odpowiada ten wątek o transformującym doświadczeniu.
Dziękuję.
@Charismafilos
Bracie, znakomity motyw odczytujesz. Dzięki!
Tak widzę, że różne rzeczy ten wiersz do różnych osób mówi.
Uciekłem jak tchórz.
Mężczyzna powinien
brać odpowiedzialność
za swoje czyny i życie.
Powinien sterować poczynaniami
na tyle skutecznie
by omijać zdradliwe
skały niepowodzeń
i sztormy porażek.
Bogactwo, wierność, stałość uczuć
i leniwa codzienna stagnacja
w ułożonym spokojnie życiu
u boku pięknej żony
i gromadki pociech.
Brzmi romantycznie.
Zbyt pięknie.
Nie dla mnie bezpieczny, cichy dom.
Nie dla mnie zakwitłe ogrody,
różanej miłości.
Nie potrafię żyć, życiem milionów.
To ich marzenia.
Ich sukces i normalność.
Dla mnie normalność to chaos.
Pustka wewnątrz
a burza na zewnątrz jestestwa.
Dla mnie życie to chwila,
mgnienie, ciągły ruch.
Ciągła walka z samym sobą.
Depresyjnym balastem przeszłości.
Czasami to ludzie
a innym razem demony choroby,
są moją kotwicą.
A ja wyrywam się i wiercę niespokojnie.
Staję wręcz dęba
i duszę się w obroży niemocy.
Wreszcie i tak przegrywam.
Bezwolnie poddaje się ich woli.
I cierpię w swym człowieczym wraku.
Gdzieś pośrodku
oceanu czarnych myśli.
Na dennym, piaskowo-żwirowym dnie.
Rozpadam się od rufy po dziób.
Gniją we mnie pokłady zrozumienia.
Żagle rwą się na strzępy,
ulatując w niebyt żywiołu.
I tylko beczki z prochem,
czekają na zapalną iskrę.
Odpal lont skręcony naprędce.
I zawlecz go do prochowni.
Chociaż raz okaż miłosierdzie
a nie zimną obojętność.
Dlatego właśnie
ciągle miałem uśmiech na twarzy.
Zapewniałem Cię,
że kocham ponad wszystko.
Spędzałem czas tylko przy Tobie.
Chłonąłem każdy dotyk,
słowo, czułość.
Lecz we mnie tlił się już pożar.
Wiedziałem, że zostać z Tobą na stałe,
równałoby się tragedią dla obojga.
Bo ja nie jestem
księciem na białym koniu
ani dostojnym kapitanem.
Jestem tylko przerażonym majtkiem,
co szuka protekcji
w szponach wiecznej tułaczki.
Dlatego rankiem próżno wyglądałaś mnie przed bramą kościelną.
Zostałaś sama przy ślubnym ołtarzu.
Skradłem Ci serce wiem to.
Lecz nie szukaj zemsty
ani sprawiedliwości
po zhańbieniu jakie Cię spotkało.
Moją karą jest
samotna żegluga po wieczność.
Nocą, zaciągnąłem się w porcie
na pokład jakiejś starej brygantyny.
Kapitan zwyzywał mnie
od szczurów lądowych
i zakichanych dzieciaków.
Zapytał kim miałbym być
na jego okręcie.
Nic nie wartym balastem. Odpowiedziałem.
Rozbawiłem go tak szczerze,
że podarował mi funkcję nawigatora.
Rankiem odbiliśmy od nabrzeża.
Wychodziliśmy przez główną redę.
Wspinałem się ku oku na grotmaszcie.
Wtedy ujrzałem Cię
obok opustoszałego doku.
W białej, ślubnej sukni
z szerokim trenem.
Welonie opuszczonym na twarz.
Z bukietem róż w dłoniach.
Patrzyłaś z
życzeniem śmierci na ustach.
A ja zatonąłem w Twych oczach
po raz ostatni.
Czując się jak rozbity wrak,
gdzieś tam na serca dnie.